📻 O BRONI: Mówisz o pokoju. W CYBER-STANACH tymczasem…

Dolina Krzemowa buduje superżołnierza

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra.

I jest już o czym pogadać. Ktoś przeczytał, że gdyby Silicon Valley oderwała się np. po jakimś potężnym trzęsieniu ziemi i odpłynęła chociaż kawałeczek w głąb oceanu wraz z pacyficzną płytą tektoniczną i musiała sobie radzić jako wyspa, to i tak będzie piątą potęgą ekonomiczną na świecie. Piątą! Będzie więc kasa na wojskowość.

Wszyscy kiwają głowami, że tak owszem, to ma sens. Jeden z lokalnych separatystów zamawia na to konto dodatkowe piwo.

Wybór trunków jest imponujący. Jak to w monopolowym.

Bateh Brothers Liquors nie jest jednak zwykłym sklepem z alkoholami. Pół wieku temu powstał jako saloon. Klientami byli kierowcy ciężarówek, którzy przejeżdżali przez Cupertino w drodze do pobliskiej cementowni. Interes kręcił się tak dobrze, że po drugiej stronie drogi otworzono konkurencyjny saloon. Teraz jest tam stacja benzynowa.

George, właściciel lokalu, z sentymentem wspomina dawne czasy. Nie było żadnej tam Doliny Krzemowej, tylko Dolina Zachwytu Serca, duma kalifornijskich sadowników, uprawiających brzoskwinie, jabłka i śliwki węgierki. Jest, jak jest, ale kiedy pojawili się ci od komputerów, zrobiło się przyzwoicie, a więc nudno. Skończył się biznes z panienkami lekkich obyczajów dla TIR-owców, trzeba było przerzucić się wyłącznie na napoje wyskokowe.

George nie jest zachwycony zmianami ostatnich lat. Dlatego zarówno on, jak i zaprzyjaźnieni lokalsi, którzy wpadają pogadać o starych czasach i ponarzekać na rządzących w Kalifornii lewaków, uważają, że trzeba wykorzystać szansę i wyrwać się spod władzy urzędującej w Sacramento.

Marzenia podgrzewa Tim Draper, jeden z najsłynniejszych kapitalistów inwestycyjnych w USA. Widzi Kalifornię podzieloną na trzy niezawisłe, samofinansujące się stany, w tym Centralną Kalifornię. I od pięciu lat walczy, żeby doprowadzić kontrowersyjny pomysł pod głosowanie, na co wydał już z własnej kieszeni ładnych kilka milionów dolarów.

Czy armia jest tu potrzebna?

Wszyscy zebrani w Bateh Brothers Liquors są zgodni, że jest szansa na stworzenie całkiem nowego bytu gospodarczo-politycznego. Ma być na bogato: szkoły, drogi i niskie podatki. A potem Łysy Doug, który ma już wypite, próbuje stać się głosem rozsądku. Z pijackim uporem powtarza, że Centralna Kalifornia Tima Drapera nie będzie w stanie się utrzymać bez sił zbrojnych.

Te młodziaki od IT nie wiedzą, co to jest bezpieczeństwo narodowe – mówi, czkając. – Nigdy nie musieli o nic walczyć. Mój brat był w Wietnamie, nasłuchałem się.

Nie przesadzaj – hamuje go Ann, drobna, wyzywająco wymalowana blondynka, jedna z niewielu kobiet, które regularnie pojawiają się u George’a. – Tu są najnowsze technologie, najtęższe mózgi. Poradzą sobie bez armii.

Niby jak? – śmieje się George. – Co oni wiedzą o wojnie? W wojnę ci kolesie potrafią tylko grać. Znają się strzelankach, jakichś „Call of Duty”, „Battlefield” czy innych. I tyle.

He, he, nieźle – śmieje się właściciel. – Oni mogą najwyżej te swoje roboty do sprzątania i odkurzania poustawiać na granicach.

Reszta ostatecznie przyklaskuje: ten pomysł z wydzielonym nowym stanem jest jednak absurdalny.

Czy jednak Dolina Krzemowa byłaby bezbronna? Czy nie potrafiłaby wykorzystać swoich pokojowych innowacji w przypadku zagrożenia?

I czy rozstawienie robotów wzdłuż jej granic jest niedorzeczną koncepcją?

podział Kalifornii
“Żołnierz” z filmu Avatar, ekspozycja na targach IFA BERLIN, fot. flickr.com

Silicon Valley od lat stara trzymać się z dala od przemysłu wojennego. Techno korporacjom i startupom oficjalnie przyświeca – powtarzane ad nauseam – hasło zmiany świata na lepsze. Jednocześnie nikt tu nie ma złudzeń, że każda, nawet najbardziej pacyfistyczna w założeniu technologia, może zostać zmodyfikowana i użyta w celach bitewnych.

Dolina Krzemowa ma swoją narrację, Pentagon swoją. Technologom nie sprzyja pokazywanie się z wojskowymi, dla tych drugich kontakty takie to forma bardziej “cywilnego” PR.

Ergo: w czasie wojny region ma szansę przetrwać bez uszczerbku. Wystarczy przyjrzeć się niektórym technologicznym i biotechnologicznym osiągnięciom Doliny Krzemowej.

AUTONOMICZNY POGRANICZNIK

Roboty już patrolują tereny przygraniczne. Dzieje się tak między Koreą Północną a Południową. SGR-A1 to autonomiczny system pozwalający na obserwowanie okolicy i oddanie strzału, bez zgody i autoryzacji człowieka. Stworzony ponad dekadę temu przez Hanwha Aerospace i Uniwersytet Korei w Seulu ma wspomagać wojska w strzeżeniu granicy przed nieprzewidywalnym sąsiadem z północy.

Niedługo do doborowego towarzystwa robotycznych pograniczników ma dołączyć gigantyczny, ważący półtorej tony kolos, który wygląda jak filmowy Optimus Prime.

Zaprojektowany został w koreańskim Hankook Mirae Technology przez Vitalya Bulgarova, który – nota bene – współpracował przy tworzeniu hollywoodzkiej sagi Transformersów. Robot nie ma jednak odgrywać roli gadżetu, którego sam widok odstraszyłby armię Kim Dzong Una. Ma funkcjonować jako połączenie wieżyczki strażniczej i broni samostrzelnej, którą można będzie również sterować od wewnątrz, zasiadając i pilotując z kabiny znajdującej się w korpusie metalowego olbrzyma.

Dolina Krzemowa nie ma wprawdzie na swoim koncie takich wynalazków, ale koreańskim Goliatem (który wciąż potrzebuje nakładów finansowych, by stać się skutecznym) zainteresował się już Jeff Bezos, szef Amazona.

Inżynierowie z Silicon Valley wymyślili za to K5 i K3, roboty, które można zatrudnić jako ochronę. Wyglądem przypominają obłe pojemniki na śmieci, ale – jak zapewniają ich protoplaści, firma Knightscope – wyposażone są za to w ogrom sensorów pozwalających na szybkie wykrycie niebezpieczeństwa: strzelaniny, pożaru czy ataku terrorystycznego.

Wprawdzie jeden z takich, patrolujących galerię handlową, ochroniarzy przegrał walkę z mocno wstawionym klientem galeryjnego pubu, ale… Jeśli wyeliminuje się usterki, to niewykluczone, że nieporadny K5 i nieco bardziej zwinny K3 będą w przyszłości skutecznie strzec granic.

WOJSKOWA SŁUŻBA INFORMACYJNA. DEPARTAMENT ENTOMOLOGICZNY

Do celów wojskowych mogą służyć roboty, mogą też bioboty. Stwory powstałe na skrzyżowaniu robotyki i biologii syntetycznej da się wykorzystać zarówno w czasach wojny, jak i w czasach pokoju.

Wzorcowy przykład: robokaraluchPróby zaprzęgnięcia w służbę człowiekowi karaczana wschodniego trwały od dawna i w Dolinie Krzemowej, i w innych częściach świata. Przedmiot eksperymentów był nadzwyczaj wdzięczny: owadzi minimalista, żywiący się byle okruszkiem, niewymagający, egzystujący w niełatwych i niekomfortowych warunkach, prosty w obsłudze. Wystarczyło przyczepić mu na chitynowym grzbiecie specjalną klejącą farbą niewielki plecaczek. W środku był minikomputer napakowany sensorami, mikrokamerami i mikrofonami.

Tak zaopatrzonego karalucha jako pierwsi przedstawili światu badacze z teksańskiego uniwersytetu A&M. Pokazano jak – w niezwykle rudymentarny sposób – można owadem sterować za pomocą impulsów elektrycznych. Następnie obwieszczono, że żaden robot nie może równać się z Super Karaluchem, bo to ten ostatni potrafi wcisnąć się wszędzie: w szpary zawalonych budynków, wąskie rury kanalizacji i podziemne tuneliki, a jednocześnie jest bardziej czujny i szybciej potrafi analizować trudne środowisko. Zaraz potem podobną innowacją pochwalili się naukowcy z Północnej Karoliny.

Podrasowanym owadem zainteresował się także Pentagon i zaczęły się medialne spekulacje, że karaczana mogą chcieć wyszkolić w akcjach wywiadowczych. Szpieg z Krainy Stawonogów? To brzmiało intrygująco. Dowództwo amerykańskiej armii nabrało wody w usta.

Robokaraluch nie jest jednak gatunkiem elitarnym. Parę lat wstecz niewielki start-up Backyard Brains z Michigan wypuścił zestaw do skonstruowania cyborgicznego owada. Za około 30 dolarów można szpiegować karaluchem do woli.

PRAWDZIWY ŻOŁNIERZ UŻYWA UŻYWEK

W Dolinie Krzemowej, jak nigdzie indziej, znają się na nootropikach. Potrafią łączyć i dozować suplementy, farmaceutyki i narkotyki po to, by tworzyć nootropikowe substancje i chemicznie zwiększać naturalne zdolności człowieka: wydolność, wytrwałość, koncentrację, szybkość i czas reakcji.

Korzystanie z tej wiedzy przez wojsko jest w Silicon Valley tajemnicą poliszynela. Stosowanie używek w wojskowości jest tak stare jak historia wojen. Już trzy i pół tysiąca lat przed naszą erą Sumerowie mieli osobny ideogram symbolizujący opium i oznaczający jednocześnie radość. Sumeryjskim żołnierzom fundowano porcję opiatów po wygranych bitwach. W starożytnym Egipcie zwycięstwa fetowano mocnym piwem.

Minęły wieki i obecnie sposoby na zapewnienie żołnierzowi supermocy są bardziej wysublimowane. Armia amerykańska dostarcza w warunkach bojowych czy podczas morderczych treningów go pill, małą, pomarańczową tabletkę skutecznie likwidującą zmęczenie. To chętnie stosowana w Silicon Valley dekstroamfetamina, znana głównie jako Addrell. Przepisywana nagminnie dzieciom w przypadku najmniejszego chociaż podejrzenia ADHD. Zażywana przez studentów przed sesjami egzaminacyjnymi i przez pracowników start-upów podczas ważnych firmowych projektów.

DARPA, czyli badawcze ramię Departamentu Obrony USA, na pochodnych amfetaminy nie poprzestaje. Testy przechodzi tzw. szczepionka na ból, która ma skutecznie niwelować doznania bólowe. Firma biotechnologiczna z Doliny Krzemowej, której nazwy DARPA nie ujawniła, a która opracowuje specyfik, zapewnia, że lek ma działać przez 30 dni.

Wbrew pesymistycznym ocenom starej gwardii z kultowego monopolowego Doliny Krzemowej ten nastawiony pacyfistycznie, ultraliberalny, progresywny społecznie region ma potencjał, by stworzyć armię na miarę XXI wieku.



REO POLECA

📻 Piotr Sokołowski: Zakompleksieni macho chcą nam zrobić Dziki Zachód

📻 DEBATA REO. Andrzej Leszczyński: Bronię broni