Magda Gacyk: Co wyląduje na naszym talerzu

„Robaczywa” kuchnia

fot. unsplash.com, Annie Spratt

Przyszłość należy do entomofagów. Ci, którzy zadbają o dietę bogatą w tłuste pędraki, pękate gąsienice i wypasione pasikoniki mają większą szansę przetrwać zbliżający się katastroficzny kryzys żywnościowy. W awangardzie zmian, oczywiście, Dolina Krzemowa. 

Rozpełzła żądza
Głód doprowadził do upadku wiele potężnych cywilizacji. Jesteśmy na najlepszej drodze, by powtórzyć ich los – twierdzi w książce Pełna planeta, puste talerze (Full Planet Empty Plates) Lester R. Brown, założyciel opiniotwórczego Worldwatch Institute oraz Instytutu Polityki Ziemi (Earth Policy Institute). – Każdy sobie piętkę skrobie, każdy kraj dba tylko o swoje zasoby żywności. Żyjemy z roku na rok i nie może się to skończyć dobrze.

Od dobrych kilku lat przejadamy wszystko, co produkujemy. Popyt rośnie. Rezerwy spadają. Zmiany klimatu powodują, że zbiory są niepewne. Prawie miliard ludzi na świecie nie je do syta. Naukowcy biją na alarm. Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzega przed nadciągającą klęską głodu. Jeśli drastycznie nie zmienimy podejścia do wyżywienia mieszkańców naszej planety, za 30–40 lat będziemy musieli zmierzyć się prawdopodobnie z największym głodem w historii ludzkości.

Rozwiązaniem może być globalne zastosowanie doktryny zrównoważonego rozwoju, która zakłada życie na takim poziomie, na jaki nas stać. Nie żadne après nousle déluge i łapczywe konsumowanie, z przekonaniem, że nie warto zawracać sobie głowy konsekwencjami, bo po nas choćby potop. Zamiast rozpasanej żądzy posiadania rozważny styl życia. Wyjściem awaryjnym byłoby też przerzucenie się na inny sposób odżywiania. Głównie wegetariański. Poczesne miejsce w takiej diecie zajmowałyby wodorosty jako niewymagające i łatwe w produkcji. Znalazłoby się też miejsce na proteinę zwierzęcą, choć inną niż dotychczas, bo – z ekonomicznego i ekologicznego punktu widzenia – nie da się utrzymać obecnego poziomu produkcji zwierząt hodowlanych. Czas na zmianę. W awangardzie zmian, oczywiście, Dolina Krzemowa. A na arenę wkraczają owady i robaki.

Kuchnia tech-mex
Na przystawkę podano omlety z jaj muchówek z farszem z zielonej fasolki i papryczki pasilla. Natychmiast przyniesiono także szklanice tequili. Początkowo byłam przekonana, że to dla tych, którzy – nieprzyzwyczajeni do owadzich specjałów – muszą zalać robaka. Szybko okazało się jednak, że sam trunek doprawiony jest solą ze sproszkowanymi ważkami, alkohol występował zatem jako swoisty wspomagacz nowych, organoleptycznych wrażeń.

na stół wjechały tortille z niebieskiej kukurydzy z larwami ćmy bartnika. były przepyszne, o lekko migdałowym smaku, apetycznie trzeszczące przy nadgryzaniu.

Niedługo później na stół wjechały tortille z niebieskiej kukurydzy z larwami ćmy bartnika. Posypane to było tradycyjnym meksykańskim, świeżym białym serem oraz polane zielonym sosem ziołowym. Larwy były przepyszne, o lekko migdałowym smaku, apetycznie trzeszczące przy nadgryzaniu. Po tortillach pojawiła się aztecka sałatka Anahuac: plaster orzeźwiającej bulwy jicama, posypany pieczonymi świerszczami, prażonymi pestkami dyni i kawałkami dyni, smażonymi w kaczym tłuszczu. Wszystko to pokropiono vinaigrettem z limonki. Przed deserem zaserwowano mus jajeczny z pikantnym wywarem pomidorowym oraz chiniquil, larwy owada żerującego na agawie. Kolację wieńczył mącznik młynarek zatopiony w karmelu.

fot. pixabay.com, deluxtrade

Menu posiłku wydawało się tyleż egzotyczne, co futurystyczne. Delektowaliśmy się w końcu jedzeniem przyszłości; za ścianą inkubatora kulinarnego Doliny Krzemowej, w którym odbywała się degustacja, rozciągała się farma. Hodowano na niej różne gatunki jadalnych owadów. Każdego dnia gotowych do konsumpcji było około 2 tys. insektów w różnych stadiach rozwoju, od larwy do dorosłego osobnika. Zasiedlały tacki, umieszczane na specjalnych regałach w klimatyzowanej szklarni. Proces produkcji był niewątpliwie dość nowoczesny, natomiast sam produkt zupełnie nie.

Mięsko samo przypełzło
Ludzkość od tysiącleci raczyła się owadami. Starożytna literatura roi się od opisów entomofagicznych uczt. W Biblii jedzenie owadów wydaje się czymś normalnym i powszechnym; nie wolno było za to spożywać mięsa świń, żółwi, myszy i paru innych wybranych zwierząt. Owadami zajadał się sam święty Jan Chrzciciel, którego pustelnicza dieta składała się z szarańczy i miodu leśnych pszczół.

Na Ziemi istnieje ponad 2 tys. gatunków jadalnych insektów i innych drobnych zwierząt. Nasi przodkowie ochoczo korzystali z tego bogactwa, jedząc larwy much, pędraki, dżdżownice, koniki polne i pająki.

Z kolei podczas owadziej biesiady, w której uczestniczyłam, a która przygotowana była przez Don Bugito, najbardziej znaną w Stanach Zjednoczonych firmę produkującą przekąski z insektów, wybrano dania z czasów prekolumbijskich, bo zarówno Aztekowie, jak i Inkowie cenili sobie wszystkie stawonogi, które dawały się zjeść. A było i jest z czego wybierać. Na Ziemi istnieje ponad 2 tys. gatunków jadalnych insektów i innych drobnych zwierząt. Nasi przodkowie ochoczo korzystali z tego bogactwa, jedząc larwy much, pędraki, dżdżownice, koniki polne i pająki. Współcześnie prawie 2 mld ludzi włącza robaki do codziennego jadłospisu.

Nie powinno to dziwić, ostatecznie 80% grup etnicznych na świecie przekazuje z pokolenia na pokolenie przepisy na robaczywe dania. Zatem: nihil novi sub sole. Tymczasem my (i tylko my), Europejczycy oraz potomkowie Europejczyków, zamieszkujący USA i Kanadę, wzdragamy się na samą myśl o jedzeniu owadów.

Robaki stały się ewidentnymi ofiarami czarnego PR-u. Zupełnie niesłusznie.

Graj w zielone
Według jednej z teorii to uczucie odrazy wzięło się z czasów, gdy ze społeczności zbierackich przerzuciliśmy się na konsekwentną uprawę rolną. Insekty przestały wiązać się nam z kuchnią, a zaczęły z plagą. Niszczyły bowiem uprawy. Ze składnika potraw stały się szkodnikiem pól. Potem zaczęły powstawać coraz większe ośrodki miejskie i nasze obrzydzenie do owadów i robactwa narastało, bo mieszczuchom kojarzyły się głównie z roznoszącymi choroby muchami, wszędobylskimi karaluchami czy jadowitymi pająkami. Rozwój cywilizacji przypieczętował ten fatalny wizerunek. Robaki stały się ewidentnymi ofiarami czarnego PR-u. Zupełnie niesłusznie. Warto się przekonać, zwalczyć niechęć i spróbować chrupiącej szarańczy, delikatnego motyla czy soczystej mrówki.

Spreparowane już specjały, jak wysokobiałkową mąkę świerszczową, można zamówić internetowo. Można też wyhodować samemu; w sprzedaży dostępne jest domowe urządzenie do uprawiania mączników. Lub samemu zebrać w ogrodzie czy na łące, omijając gatunki trujące. Rozpoznać je nietrudno, wystarczy zapamiętać prostą rymowankę amerykańskich entomofagów, która – w tłumaczeniu – brzmi tak:

Pomarańczowe, żółte, czerwone –
Przechodź od razu na drugą stronę.
Zielone, brązowe, czarne –
Natychmiast pakuj w garnek.

Smacznego!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here