Grzegorz Cydejko: Lotos i Orlen – zapowiedziana katastrofa

Polskich polityków zabawa w korporacje.

W świecie, w którym korporacje prowadzą programy kosmiczne, ich rakiety mają wozić ludzi na Marsa, transformują się w podłączone do słońca, wiatru lub jądra Ziemi środowiska zapewniające ludziom energię, komunikację i zdrowe życie – nasze nadal drepcą w kółko po swoich śladach.

Paliwo dla płonnych nadziei
Wbrew pozorom korporacje warto mieć nie po to, by dawały partyjnym lukratywne posady albo zwykłym ludziom stabilną robotę, aby mogli przerzucać pieniądze z pensji na rachunki hipotecznych kredytodawców. Ani po to, by zapewniać władzy wyborczy sukces. W gruncie rzeczy korpo są po to, by organizować ludzi, a zwłaszcza ich talenty, inwencję, patenty i start-upy wokół ekonomicznie formułowanego celu. Niechby i nasze Orleny i Lotosy przeszły tę transformację – poczęły zarządzać talentem swych ludzi, zgromadzonym majątkiem, skupowanymi z rynku wartościami intelektualnymi. Jak na korporacje przystało. Mało kto to rozumie, a zwłaszcza politycy.

Kilka tygodni temu, kiedy najnowszy prezes państwowego koncernu paliwowego PKN Orlen Daniel Wszystko Mogę Obajtek zapowiedział wykup Grupy Lotos, zakotłowało się od mniej lub bardziej sztampowych komentarzy i opinii dotyczących skutków tego ruchu. Nie natrafiłem na taki, który by dotyczył sedna sprawy, czyli głębokiego sensu istnienia korporacji. – Połączone firmy byłyby w stanie podbijać europejskie rynki – orzekła rządowa telewizja. I był to może najbardziej kuriozalny, ale nie jedyny żałośnie głupi wniosek z zapowiedzianej katastrofy.

Bezkonkurencyjny kociołek
Wykluczmy więc ślad intelektu w przekazie rządowym. Zatem o co w tym wszystkim chodzi? Kiedy jedna spółka zależna od rządu przejmuje od tego rządu drugą spółkę, przekazuje swą zdolność inwestycyjną na rachunek rządu, czyli partyjnie motywowanych wydatków. Te, załóżmy, sześć miliardów złotych, które wart mógłby być pakiet akcji Lotosu, wypadnie z kieszeni akcjonariuszy Orlenu do kociołka, w którym politycy warzą dla siebie wyborcze poparcie.

Gdyby chodziło o zdolność do podbijania rynków, pieniądze zostałyby w PKN Orlen. Gdyby było ich na jakiś biznesowo korzystny cel za mało, można byłoby złożyć konsorcjum z Lotosem, innymi spółkami, rząd mógłby wraz z inwestorami objąć emisję akcji, wykupić obligacje korporacyjne i w ten sposób zwiększyć zdolność płockiego koncernu do ekspansji zagranicznej. Mógłby wspomóc ją na wiele jeszcze sposobów, ale zabierając ze spółki gotówkę, tylko i wyłącznie osłabia zdolność PKN do konkurowania na rynkach europejskich. O obniżeniu wartości spółki dla akcjonariuszy nawet nie ma co mówić, bo to oczywiste.

6 miliardów złotych wypadnie z kieszeni akcjonariuszy Orlenu do kociołka, w którym politycy warzą dla siebie wyborcze poparcie

Niewiele więcej sensu jest w tłumaczeniu, że przecież korporacje są po to, by przejmowały inne, koncentrowały aktywa, zwiększały dzięki temu przychody, a obniżały koszty w wyniku efektu skali. Prawda, że firmy powinny przejmować pasujące do ich profilu i planów aktywa, szukać synergii przychodowych i kosztowych. Powinny, bo zarówno efekt skali, jak i dywersyfikacji geograficznej albo produktowej bywają korzystne dla aktywnych spółek, ich pracowników i akcjonariuszy. Czy przejęcie Lotosu jest w perspektywie taką korzystną okazją inwestycyjną dla Orlenu?

Wszystko Mogę, nawet fuzję
Nie można tego wykluczyć. Są metody, by uprawdopodobnić taki scenariusz, ale są one dostępne tylko u niezależnych doradców biznesowych – i za niemałe pieniądze. Jak rozumiem, ekspertyz jeszcze nie ma. Nie przedstawiono argumentów przychodowych lub kosztowych ani radzie nadzorczej, ani walnemu zgromadzeniu spółki, ani tym bardziej jej innym interesariuszom. Wygląda więc na to, że Daniel Wszystko Mogę Obajtek został wynajęty po prostu do przeprowadzenia fuzji w interesie jednego akcjonariusza, czyli dominującego w Lotosie akcjonariusza rządowego. Czytaj – ministra Tchórzewskiego.

Każde z wcześniejszych przejęć Orlenu przebiegało inaczej. Pojawiała się okazja do zakupu aktywów w Czechach, Niemczech, na Litwie, w Stanach Zjednoczonych czy Norwegii – przeprowadzane było badanie korzyści ekonomicznych, przygotowana lepiej lub gorzej grupa menedżerska do zarządzenia projektem i uruchamiany proces akwizycji oraz inkorporacji aktywów do struktur firmy. Z punktu widzenia sztuki zarządzania nawet krytykowany czasem jako motywowany politycznie zakup litewskiego koncernu Mażejkiu Nafta był przeprowadzony poprawnie. Mimo zbyt wysokiej ceny i początkowych strat z tej spółki budował korporację Orlen i jej zdolność do kolejnych, lepiej trafionych inwestycji.

Jeśli celem ministra jest wyjęcie z Orlenu funduszy na pożyteczny cel, jakim jest budowa niskoemisyjnej elektrowni jądrowej? Wszak i po to mamy korporacje, by akumulowane w nich środki służyły ważnym celom akcjonariuszy. Tak czasem ważnym, że trzeba przymknąć oko na łamanie ładu korporacyjnego i podeptanie interesu mniejszościowych udziałowców, którzy gdyby chcieli inwestować w elektrownie jądrowe, mieliby na to inne sposoby niż kupowanie akcji Orlenu. Co z argumentem słusznego celu wywłaszczenia tych udziałowców? Wywłaszczeniem nas wielu, bo choćby poprzez fundusze emerytalne mamy prawo do pieniędzy spółki?

Wyjść z nafty
Pytanie podstawowe brzmi: czy rzeczywiście pieniądze z Orlenu trafią na przynajmniej społecznie, jeśli nie biznesowo słuszny cel? Przypomnę, że jednym z nieoficjalnie podawanych powodów odwołania poprzednich władz spółki była ich niechęć do przekazania pieniędzy państwowemu akcjonariuszowi na atom i zamiar przeznaczenia sporej ich części na wykupienie udziałów mniejszościowych udziałowców czeskiej spółki Grupy Orlen, czyli Unipetrolu.

Czy lepszy dla długofalowych interesów spółki jest Unipetrol, czy Lotos – nie tu miejsce na analizę. Załóżmy więc, że lepszy Lotos, a dodatkowo lepiej, że Orlen po pozbyciu się nawisu finansowego nie będzie musiał bezpośrednio ponosić ryzyka wieloletniej inwestycji w elektrownię jądrową.

Rys. specjalnie dla REO: Marek Skwarski

Kiedy jednak głębiej wejrzeć w sens istnienia takiej korporacji, jak Orlen, trzeba przyjąć, że lepiej, by już teraz dywersyfikował swoją działalność, niż skupywał aktywa tradycyjnego biznesu paliwowego. Nawet inwestycja w elektrownię atomową jest z perspektyw dochodowości biznesu naftowego lepsza niż tkwienie w ropie. Giganci branży petrochemicznej, jak Shell czy Saudi Aramco, w przyspieszonym tempie szukają możliwości przesunięcia części swoich aktywów do pokrewnych albo nowych dla siebie branż. Pierwsza gigakorporacja idzie w rozwój sieci infrastruktury dla aut elektrycznych. Arabska megekorporacja planuje zaś największą na świecie emisję publiczną swych akcji, by przynajmniej część obecnej wartości przenieść w inne niż nafta rejony. Dlaczego nie mielibyśmy oczekiwać podobnych strategii od naszych korporacji?

nawet Inwestycja w elektrownię atomową z perspektywy dochodowości biznesu naftowego jest lepsza niż tkwienie w ropie.

Powinniśmy. W marcu, kiedy niemal dzień po dniu Porsche, a potem Toyota ogłaszają, że wycofują z oferty samochody z napędem dieslowskim, za to jeszcze więcej inwestują w napęd elektryczny lub wodorowy, każda prognoza zapotrzebowania na paliwa ropopochodne powinna być zrewidowana przynajmniej małym minusem. Przeniesienie się do energetyki jądrowej, rozwój nowych technologii związanych z odnawialnymi źródłami energii czy choćby petrochemiczna działalność to kierunki takim firmom, jak nasz Orlen czy Lotos, najbliższe. Niechby w to szły. Ode mnie otrzymałyby za takie przesunięcie aktywności pozytywną tróję.

Ustawowy zakaz przesuwania
Wyższą ocenę rezerwujmy na rzeczywiście kreatywne strategie wyjścia z węglowodorowego klinczu. Wniknijmy też w prawdziwie ważny powód istnienia korporacji – jest nim nie tyle prosta akumulacja renty z akcyzowego albo wysokodochodowego biznesu, ale działalność w sensie largo innowacyjna. To korporacje, mając finansowy tłuszczyk, są predestynowane do prowadzenia badań, rozwoju nowych technologii odkrywanych przez światową naukę, przejmowania na pewnym etapie rozwoju modeli biznesowych, start-upów albo rozwijających rewolucyjne technologie firm, skupu patentów i talentów z szerokiego rynku. Dopiero za takie zdolności i za taką aktywność możemy je nagrodzić i stwierdzić, że realizują ważną dla społeczeństwa misję.

Światowe korporacje wyrosłe na tradycyjnym biznesie energetycznym przechodzą gwałtowną transformację. Wyprzedają elektrownie węglowe, zamykają kopalnie (właśnie ostatnią zamykają Niemcy), tracą zainteresowanie poszerzaniem praw do wydobycia ropy (nasze firmy skupowały udziały głównie w polach dookoła zagospodarowanych przez innych złóż na Norweskim Szelfie Kontynentalnym i Morzu Północnym), zmieniają nawet nazwy na takie, które kojarzą się z innowacjami, a nie z przerobem kopalin na energię (Innogy, EON itd.).

Kiedy Daniel Wszystko Mogę Obajtek skutecznie, za pomocą specjalnej ustawy, wykluczył rentowność takich inwestycji, mamy jako społeczeństwo w perspektywie raczej wielomiliardowe odszkodowania w arbitrażu międzynarodowym za regulacyjne wywłaszczenie niż własne przyspieszone przesuwanie aktywów w innowacyjne technologie.

Nasze korporacje próbowały także sił w motywowanej technologicznie dyslokacji aktywów do biznesów rokujących efektywniejsze wykorzystanie wyporności finansowej. Wspomnijmy choćby powstanie, rozwój i skapitalizowanie się na Polkomtelu. KGHM próbował poprzez fundusz inwestycyjny wziąć udział w rozwoju technologii grafenowej. Podobne próby podejmują kolejne zarządy wielkich firm. Jakoś tak jednak się nie udaje. Poza Polkomtelem, na którym wszyscy zarobili, ale zarobili na eksploatacji polskiego rynku. Z punktu widzenia interesu Polaków dopiero zewnętrzna sprzedaż przynosi wzrost zamożności społeczeństwa. Innowacyjne projekty nie stały się wehikułem przenoszącym polski intelekt i wiedzę na inne rynki.

Pole (naftowe) bez sukcesu
W przeciwieństwie do takich firm, jak CD Projekt (gry komputerowe), LPP (większa niż Lotos korporacja odzieżowa), Michał Sołowow (jednoosobowy fundusz inwestycyjny) lub Polpharma (korporacja farmaceutyczna Jerzego Staraka), wykazujących zdolność do wprowadzania innowacji technologicznych, naukowych i biznesowych, korporacje typu Orlen czy Lotos nie odniosły na tym polu żadnego sukcesu. KGHM Polska Miedź czy PGNiG również jeśli mają sukces, to w budowie i eksploatacji tradycyjnych kopalń niż w biznesie spod znaku disruptive.

Tkwiące w klinczu politycznie motywowanych decyzji biznesowych nie są w stanie zaprojektować i poprowadzić swojej transformacji tak, by skrzyknięte w ekonomicznie zorientowaną strukturę talenty, wsparte kupioną na rynku wiedzą sprzedały światu potrzebne unikalne, innowacyjne produkty.

Motywowane politycznie decyzje biznesowe nie sprzedadzą światu potrzebnych innowacyjnych produktów

W tym czasie koroporacyjna zdolność inwestycyjna objawiła się w gigantycznym sukcesie i porażce Nokii, imponuje w kolosalnym sukcesie Apple’a, pozwala Samsungowi skupować ze świata po kilkadziesiąt patentów grafenowych miesięcznie i przekształcać je w jeszcze nieznane technologie, najbogatszemu człowiekowi świata Jeffowi Bezosowi wysyłać rakiety w kosmos, a Elenowi Muskowi świadczyć usługi dla NASA.

To inni, nie polskie korporacje kupują i otwierają technologie. Musk udostępnia na zasadzie open source technologię kolei próżniowej, a polscy inżynierowie pracują w start-upach, które marzą o tym, by Amerykanin szybko je kupił. Toyota inwestuje w technologię wodorową skupioną i przekształconą w technologię napędu samochodowego. Japończycy, nie polskie korporacje, wsparli badania Olgi Malinkiewicz nad perowskitami – i to raczej oni wykorzystają nową technologię do zamiany energii Słońca na prąd i ciepło.

Partyjnie odpowiedzialne krowy
Nie przejmuje się tym społecznym i cywilizacyjnym aspektem istnienia korporacji ani polityk Tchórzewski, ani prezes Wszystko Mogę Obajtek. Naiwnością byłoby sądzić, że polskie partyjnie odpowiedzialne korporacje zmienią się w takie, które przynoszą sukces społeczeństwom dojrzałym, gdzie biznes nie jest traktowany jak dojna krowa ważna tylko na kilka lat kadencji.

Jednak nawet te słabe intelektualnie i wykorzystywane przez polityków firmy odgrywają częściowo jakąś cywilizacyjnie ważną lokalnie rolę. Paradoksalnie, protest samorządowców i lokalnych aktywistów z Wybrzeża wobec zapowiedzianej likwidacji resztek samodzielności biznesowej Lotosu mógł mieć w tle obronę tego głębokiego sensu istnienia korporacji.
W końcu Lotos to setki powiązań ze środowiskami intelektualnymi, uczelniami, firmami i utalentowanymi ludźmi z Polski północnej, od Elbląga po Słupsk i od Bydgoszczy po Oslo. Nawet tak niewielka w kategoriach światowych firma ma wciąż perspektywy na samodzielny, oryginalny sukces, gdyby związanym z nią ludziom pozwolić na pójście własną ścieżką ze skansenu nafty w świat nowej technologii.

Logika wskazuje, że już lepiej, by centra intelektualne budowane były i w Orlenie, i w Lotosie. I w PGE, i w Enerdze. Tylko w polskiej zabawie w korporacje zupełnie niestety nie o logikę korporacji chodzi.

Grzegorz Cydejko

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here