Lidia Piechota: Wiozę dziecko z „zaprzeszłości” w przyszłość

W zapiętym foteliku

  • Potrafię się nie odzywać. Nie potrafię za to machnąć ręką. Dlatego jestem wierna swoim przekonaniom, choć gdy trzeba, potrafię je zweryfikować. Nie przemawia do mnie czcze gadanie, wiele bezwartościowych słów i sztampowe argumenty typu: bo każdy jest inny, to tylko dziecko albo: kiedyś tego nie było… To ostatnie wzbudza szczególną alergię i autentyczną złość. Na co? No chyba, niestety, na głupotę.

Żyjemy w czasach bardzo męczących. Dla nas. Dla nas, którzy wychowują dzieci. Dla nas, którzy zarzucani jesteśmy ogromem skomplikowanych, przydatnych gadżetów, złotych rad, najlepszych rozwiązań. Dla nas, którym nie tłumaczono zbyt wiele. Dla nas, których raczej nie słuchano, bo przecież dzieci i ryby głosu nie mają. Mamy być rodzicami grzecznych (co to znaczy?!) dzieci i wiedzieć, jak się zachować, gdy coś nie idzie po naszej myśli, kiedy zdiagnozować dziecku jakieś spektrum lub przynajmniej brak koncentracji. Mamy ogarniać wielokrotnie więcej, niż doświadczyliśmy.

Nasze dzieci są genialne. Ich mózgi przetwarzają wielokrotnie więcej informacji i bodźców niż nasze kiedykolwiek.

Jesteśmy oceniani, krytykowani, niekoniecznie konstruktywnie, zestresowani i wciąż nie nadążamy. Boimy się do tego przyznać, bo przecież nawet nie potrafimy tego nazwać. Nie nauczono nas tego. Dlatego szukamy wymówek. Tłumaczymy siebie samych. Wracamy do tego, co było, choć wcale nie było dobre. Tamto znamy. Było nasze i oswojone.

Nasze dzieci są genialne. Ich mózgi przetwarzają wielokrotnie więcej informacji i bodźców niż nasze kiedykolwiek. Zderzenie naszego nieidealnego, nieobarczonego technologią dzieciństwa z cybernetycznym, pędzącym światem z dziś, wywołuje zgrzyt i frustrację. Wtedy właśnie padają te tłumaczenia, które nie prowadzą do niczego innego, jak bierności, obojętności i zacofania.

Gdy chcę spędzić czas z chłopakiem, zostawiam dziecko pod opieką dziadka. Mają dokądś pojechać samochodem, żeby nie spacerować przez miasto, bo zimno, bo babcia zmęczona i w sumie daleko trzeba by iść. W tym przypadku cywilizacja i posiadanie samochodu są oczywistym zbawieniem. Żeby pojechać dokądkolwiek z małym dzieckiem, samochód musi mieć fotelik. Jeśli dzieci jest dwoje, to foteliki muszą być dwa (tu słowo MUSZĄ nie da się zamienić na żadne inne). Od tej zasady nie ma odstępstw. Nie podoba mi się, że np. w taksówkach foteliki dla dzieci nie są obowiązkiem (?!). Przepinanie fotelików z samochodu rodziców do samochodu dziadków z całą pewnością nie należy do czynności, które robi się z palcem w nosie. Samo zapinanie dziecka w foteliku jest już raczej łatwą czynnością, choć w każdym przypadku wygląda nieco inaczej z racji różnych modeli fotelików.

Pytanie do rodzica: Ruszysz samochodem z niezapiętym w foteliku dzieckiem? Nie ma takiej opcji. Jeśli zapomnisz zapiąć, dziecko samo się o to dopomina. Jest tego nauczone i wie, że to ważne. Pytanie do dziadka: Ruszysz? Mając trudność z ogarnięciem zapięcia, narazisz dziecko na niebezpieczeństwo i pojedziesz z niezapiętym smykiem? Nie jestem dziadkiem. Na szczęście. Mój syn pojechał w niezapiętym foteliku, a potem jako wytłumaczenie usłyszałam: Przecież nic się nie stało. Dziecko miało samo sobie trzymać pas bezpieczeństwa podczas jazdy. Naprawdę?! No tak. Brak słów. Staram się nie wyobrażać sobie możliwych scenariuszy tamtej jazdy. Kiedyś fotelików nie było i jakoś żyjemy – takie zdanie słyszałam kilka razy. Z ust różnych ludzi. Nie jestem w stanie z taką postawą polemizować.

To przykład. Kiedyś nie było kremów z filtrem, telewizorów, telefonów, kasków rowerowych, a nawet lekarstw. Za każdym razem, kiedy nie chce mi się czegoś zrobić lub chciałabym, ale nie mam na to pieniędzy, mam to tłumaczyć właśnie w ten sposób? Bo kiedyś nie było, więc dziś też podołamy? Pewnie, że podołamy, ale nie jest to standard. Dziś standardem jest wybór, świadoma decyzja i zapewnienie optymalnego bezpieczeństwa. Dziś lepiej wiemy, kogo i dlaczego trzeba chronić. Dziś dzieci nie wychowują się same, bo wiemy, jak duże znaczenie ma bliskość i szczere więzi.

Nauczyliśmy się kombinować i dziś mniej lub bardziej umiejętnie z tych mądrości korzystamy. Jako rodzice dzisiejszych dzieci mamy sporo do nadrobienia.

Kiedyś życie było inne (czy prostsze? Nie wiem), a my nie potrzebowaliśmy tylu udogodnień. Nie było ich, więc radziliśmy sobie bez nich. Nauczyliśmy się kombinować i dziś mniej lub bardziej umiejętnie z tych mądrości korzystamy. Kiedyś rozrabiaka był po prostu niegrzecznym dzieckiem i nikt nie diagnozował mu chorób psychicznych. Dzieci alkoholików pełniły role głów rodzin, wychowywały się niejednokrotnie na ulicy i same decydowały, jak ułożą się ich losy. A że były dziećmi… ułożyły się różnie. Jako rodzice dzisiejszych dzieci mamy sporo do nadrobienia. Spokojnie, to jest możliwe.

Nie pomogę mojemu dziecku funkcjonować w tym pełnym udziwnień świecie, sama żyjąc w innej epoce. Nie pomogę mu frustracją, ignorancją i egoizmem. Pomogę mu bliskością, otwartością i autoedukacją. Po prostu. Nie jest to czcze gadanie i płytki slogan – człowiek naprawdę uczy się przez całe życie.

Zabieram więc Zachariasza na wycieczkę wehikułem czasu. Cofamy się w zaprzeszłość, żeby lepiej zrozumieć co, kiedy i dlaczego. Potem jedziemy w przyszłość, bo sama potrzebuję zrozumieć konsekwencje. Czasem nie wyrabiam na zakrętach, bo wehikuł lewituje, a ja mam prawko jedynie kategorii B, do tego zdane dziewięć dni przed porodem. Od zawsze jestem więc kierowcą-matką. To stan umysłu – dziecko w foteliku, zapięte pasy i zasada ograniczonego zaufania.

PS Wtedy na trasie mogę nawet włączyć radio i posłuchać I will survive, a nie tylko Gdzie się podziały tamte prywatki