Lidia Piechota: Eko Patrol

Zepsuł mi się samochód. I to był początek przygody!

Doceniam to, co mam, każdego dnia. Uczę się być maksymalnie tu i teraz. Nie za tydzień czy jutro. Liczy się aktualny ułamek sekundy. Okazuje się, że to trudna sztuka. W świetle wielu zobowiązań, planów i do tego mojej osobistej ekscytacji własnymi pomysłami na przyszłość, można to nawet nazwać sztuczką, do tego karkołomną. Bo łatwo się zapomnieć, bo ważny jest umiar, bo przecież warto jednak pewne rzeczy zaplanować.

Wierzę, że otwartość zmysłów na zdarzenia pomaga obrać dobry kierunek, nie przesadzić i kiedy naprawdę pojawia się chęć odczuwania w chwili obecnej, spokoju w codzienności i wdzięczności, to właśnie to się dzieje. Ale do rzeczy. Bo rozpracowując mechanizm prostej sytuacji, łatwo się w niej zapętlić.

Zepsuł nam się samochód. Dokładniej – zatarł się silnik. No dobra, to ja go zatarłam. Było ciepło, a nawet gorąco. Nie jechałam bardzo szybko, ale za wolno też nie. Kontrolka zaświeciła się zbyt późno. Silnik zgasł, a ja zatrzymałam się dosłownie na zjeździe z autostrady. W drodze do Opola. Daleko od domu i od celu. Udało mi się zjechać na bok. Skrócę tę drogową scenkę do minimum. Stałam na ruchliwej drodze, w upale, z niedziałającym, zapakowanym po dach autem, 6-latkiem, psem i… byłam spokojna. Nie wiem, skąd i kiedy nabyłam tę umiejętność, ale nie panikuję. Organizuję, od razu układam plan i przytulam syna.

Wycieczka lawetą okazała się nie lada atrakcją, więc Zachariasz spędził miło czas, podziwiając 230 kilometrów łąk, wiatraków, lasów i innych polskich krajobrazów. Przy okazji zamęczał kierowcę pytaniami: Dlaczego ten wiatrak nie działa?, A ile masz lat?, A dużego masz psa?… Oglądaliśmy zdjęcia psów laweciarza i rozmawialiśmy o tym, że łatwo się zapędzić w tym pędzie, a najgorzej, to jak się jest jeszcze na dorobku.

Przed nami było półtora tygodnia w moim rodzinnym Opolu – wiele zadań, mnogość destynacji, bez samochodu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, auto zostało zepchnięte z lawety na parking przy warsztacie znajomego mechanika. I tyle. Radź sobie teraz, matko.

Prawo jazdy robiłam, żeby nie jeździć z całym dobytkiem i dzieckiem pociągami. Egzamin zdałam dziewięć dni przed porodem. Samochód jest naszą bazą, prawie domem, jednym z nielicznych stałych elementów w naszym nomadzim życiu. Teraz go nie było. I tu zaczyna się przygoda. Nie ma we mnie akceptacji na tzw. uziemienie, więc opcja siedzenia cały tydzień (bo tyle miał trwać remont silnika) na działce u mamy nie wchodziła w grę. I tu zaskakujące uczucie. Ucieszyłam się, że mam pretekst, aby pokazać mojemu dziecku alternatywne sposoby przemieszczania się po mieście. Autobus, rower, deskorolka, nóżki… Ruszyliśmy od razu.

Szybko okazało się, że wrzucanie do samochodu całej swojej czasoprzestrzeni jest nie do powtórzenia w przypadku jednego plecaka, który mogę zarzucić na plecy, wychodząc z domu pieszo. Miałam go więc wypakowany do granic możliwości. Zachariaszowi także dałam kilka fantów do noszenia. Niech pomaga matce. Na pierwszy ogień poszła wycieczka na wspomnianą działkę. Było niedaleko. Zac na rowerze. Ja na longboardzie. Bardziej ekologicznie się nie da. Frajda ogromna, a ja zadowolona ze zrobionego treningu. Podróż deskorolką, z obciążeniem na plecach, po polskich chodnikach w zróżnicowanym stanie, okazała się ciekawym przeżyciem. Mięśnie krzyczały z zachwytu. Ja w milczeniu delektowałam się zmęczeniem. Był upał, więc wycieczka nosiła znamiona ekstremalnej.

fot. Lidia Piechota

Tak nam się spodobało, że ruszyliśmy dalej. Miałam odebrać paczkę z paczkomatu usytuowanego w dogodnym miejscu. Dogodnym dla posiadacza samochodu…, a nie deskorolki. Pojechaliśmy. Zrobiliśmy sześć przystanków na piciu, jeden na siusiu i cel został osiągnięty. Z powrotem przyjechaliśmy autobusem. Tak, wpakowałam się z rowerem, longboardem, dzieckiem, dwoma plecakami i psem do miejskiego autobusu pod popularnym centrum handlowym, w intensywnie handlowy dzień. To dopiero okazało się przygodą. We wnęce na wózki stałam ja ze swoim ekwipunkiem oraz dwie inne matki z wózkami. Jedno dziecko krzyczało, drugie płakało, bo obudziło je to pierwsze. Zac zatykał uszy i wciskał się w ścianę, onieśmielony zagadywaniem starszej pani, która koło niego usiadła. Wspomnienia zostaną w głowie na pewno.

Potem były jeszcze wycieczki do dziadka i na basen, także oddalony od naszego miejsca pobytu, oraz do miasta. Do dziadka dotarliśmy doszczętnie przemoczeni, bo zdecydowałam, że nie powstrzyma nas przed wyjściem z domu głośna, obfita we wrażenia letnia burza. Siedzenie na przystanku w strugach deszczu, liczenie sekund od błysku do grzmotu, skakanie przez wartkie strumyczki wody na nierównych chodnikach… Czy doświadczylibyśmy tego, jeżdżąc wygodnie samochodem? Oczywiście, że nie. U dziadka się wysuszyliśmy i poszliśmy z buta na basen – jakby wody było mało.

Dużo w tym tygodniu chodziliśmy, bo moja niecierpliwość nie pozwala mi zbyt długo bezczynnie siedzieć na przystanku. Szczególnie w upale. Tymczasem Zachariasz polubił jazdę autobusem. Kasuje bilety, ustępuje miejsca staruszkom, odlicza przystanki i uczy się liczb, sprawdzając rozkład jazdy. Niezmiernie cieszy mnie ta nasza pogoda ducha i małe, a wielkie korzyści wynikające z trudnej sytuacji.

fot. Lidia Piechota

Dziś odbieramy samochód z naprawy, ale wcześniej zaplanowałam kolejną wyprawę na basen. Tym razem wypożyczymy miejski rower typu cargo. Zamierzam zawieźć mojego zucha na pływalnię w stylowym rydwanie. Wiem, już sami macie na to ochotę!

Chodząc i jeżdżąc po mieście na różne sposoby, wiele razy rozmawialiśmy o ptakach, roślinach, spotkanych ludziach, kolorach wystaw sklepowych i wszystkim, co się po drodze działo. Dobrze, że do 30. roku życia tak właśnie funkcjonowałam, korzystając z komunikacji miejskiej, pociągów i własnych nóg. Zapewne dlatego teraz bez dramatyzowania podjęłam wyzwanie i udało mi się pokazać Zachariaszowi, że awaria samochodu to nie tragedia, a wręcz przeciwnie – to okazja do nowych doświadczeń.

Pojawił się nawet w mojej głowie pomysł, żeby sobie czasem takie ekokomunikacyjne momenty serwować specjalnie. Pewnie, że poruszanie się po Warszawie to zupełnie inna bajka niż w Opolu, w którym wszystko jest blisko. W stolicy mamy za to do wyboru jeszcze kolej miejską i tramwaje… Myślicie, że Zachariaszowi się spodoba? Sprawdzę. Po dobroci. Bez przymuszenia w postaci poważnej awarii naszej furki.

Czas do następnego artykułu z tego cyklu

Dni
Godzin
Minut
Sekund