Lidia Piechota: „Dlaczego nie?” – to moja ulubiona zasada

Więc robię coraz więcej ciekawych i radosnych rzeczy

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito

 

Co zrobić, żeby dziecko słuchało, żeby frustracja nas nie pokonywała i żeby efekty interakcji z małym człowiekiem były zachwycające? Wiem, ale nie powiem Wam, co macie robić. Mogę za to podzielić się tym, co testuję osobiście.

Wcale nie jest banałem stwierdzenie, że każde dziecko jest inne. Dodając do tego niezaprzeczalny fakt, że każdy rodzic jest inny, tworzy się nam obrazek, który wymaga indywidualnego podejścia i autentycznego wsłuchania się w siebie. Wygłaszam taką opinię nie po to, żeby epatować mądrością, ale dlatego, że tak naprawdę jest. Choćbyśmy bardzo chcieli nałożyć na relację z dzieckiem jakikolwiek szablon, to się nie uda. Może zadziałać na chwilę, a potem szablon i tak będzie wymagał przycięcia i nowego, intuicyjnie spersonalizowanego podejścia.

Zostając rodzicem, jesteśmy zarzucani stosem mądrości w książkach, w sieci, od uczynnych krewnych czy znajomych. Jedno jest pewne – absolutnie nikt nie ma zamiaru skrzywdzić – ani Was, ani Waszego dziecka. Jeżeli więc czyjeś sumiennie stosowane zalecenia nie działają, możecie mieć pretensje jedynie do siebie. To Wasz wybór, jak wychowujecie – jak rozmawiacie, jak wyciągacie konsekwencje i jak budujecie poczucie bezpieczeństwa.

Moje dziecko mi wierzy. To coś, z czego jestem szczególnie dumna. Właściwie zdałam sobie sprawę z tego dopiero niedawno. Zauważyłam, jak bardzo irytuje mnie, gdy ktoś, kto chce do czegoś przekonać Zachariasza, zwyczajnie ściemnia, np. Wyjdź z wody, bo zaraz zamykamy basen – to ratownik na basenie; Nie wchodź na lawetę, bo tu stoi policja i zaraz nas zatrzymają – laweciarz z pomocy drogowej. A już najbardziej niedopuszczalna ściema to: Słuchaj mamy, bo przyjdzie pan i cię zabierze – pani na placu zabaw; i jeszcze jedno wyjątkowo denerwujące: Nie podchodź do psa, bo cię ugryzie – ktokolwiek. Tego typu idiotyczne pseudoargumenty mają, w mniemaniu wygłaszających je, nauczyć dziecko poprawnych odruchów. Dziecko ma być grzeczne (co to znaczy?!), bo ktoś mu nakłamie? Ja mojemu dziecku mówię prawdę. I ono to wie.

Zachariasz czuje się bezpieczny. Dlaczego? Własnie dlatego, że mówię prawdę. Bezpieczeństwo wynika z tego, że smyk zna zasady i nie zastanawia się, czy to, czego doświadcza, jest na pewno dla niego. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale pewnie wtedy, kiedy Zac zaczął chodzić do przedszkola, poczułam wyraźną potrzebę wprowadzenia w nasze życie systemu, nazwijmy to, zasad. Tak naprawdę są dwie: tak znaczy tak, a nie znaczy nie. Nie ma odstępstw od tych reguł. Jeśli nie jestem pewna, odpowiadam: Nie wiem, poczekaj sekundkę, powiem ci za chwilę albo: Kochanie, to nie jest najlepsze rozwiązanie. Może znajdźmy jakieś lepsze. Taka postawa wymaga ogromnej samodyscypliny. Trzeba widzieć cel, a wtedy konsekwencja jest w zasięgu. Co więcej, czasem trzeba po prostu udowodnić to, że się mówi prawdę. Zdarzyło mi się kiedyś wyjść za drzwi samej, gdy Zac ociągał się z ubraniem, a nieopatrznie powiedziałam wcześniej: Jak się teraz nie ubierzesz, to idę sama. Nigdy więcej aż tak się nie ociągał. To tylko przykład.

Dzieci uczą nas wielu rzeczy. Także tych, które trochę poszły w odstawkę i trzeba je odkurzyć. Przepraszanie i dziękowanie to piękne umiejętności, które niezwykle uzdrawiają atmosferę.

Umiem przepraszać, choć to trudna sztuka. Dzieci uczą nas wielu rzeczy. Także tych, które trochę poszły w odstawkę i trzeba je odkurzyć. Przepraszanie i dziękowanie to piękne umiejętności, które niezwykle uzdrawiają atmosferę. Najpierw robią dobrze temu, kto dziękuję lub przeprasza. Następnie uczą pokory i poprawiają humor obu stronom. Kiedy przesadzę, kiedy się zirytuję, kiedy podniosę głos, kiedy przypadkiem sprawię przykrość – przepraszam. Kiedy czuję się cudownie, kiedy jestem spokojna, dumna – dziękuję.

Programuję moje dziecko przez sen. Mówię te powyższe rzeczy Zachariaszowi codziennie i przez sen: Jesteś cudowny i wspaniały, kocham Cię najbardziej na świecie, dziękuję, że jesteś. Jesteś moją największą motywacją. Możecie w to wierzyć lub nie, ale tak sobie programuję mojego szamana i to działa. Kiedy dzień był ciężki, tłumaczę mu trudne sprawy także w nocy. Wtedy też ponownie przepraszam, jeśli jest taka potrzeba. Podczas snu umysł dziecka odpoczywa, a podświadomość, która jest odpowiedzialna za bezwarunkowe odruchy, jest najbardziej chłonna na kodowanie. Przy okazji takie nocne sesje oczyszczają też moją głowę i pozwalają spokojnie zacząć nowy dzień.

Zrozumienie, proste komunikaty i empatia są kluczem do sukcesu.

Pielęgnuję swój poziom empatii. Pewnie, że mierzymy wszystko swoją własną miarą i bardzo trudno jest się postawić w czyjejś sytuacji. Tym bardziej że każdy z nas jest inny, jak już przyjęliśmy. Będąc znudzonymi rzeczywistością dorosłymi, tym trudniej jest postawić się w sytuacji dziecka, poczuć ten ogrom nowości, niezrozumiałych bodźców i uczuć. Gdy dziecko płacze lub marudzi, nie ma na celu zrobić nam na złość. To jego sposób komunikacji. Być może robi tak, bo uważa, że to jedyne skuteczne rozwiązanie. Być może rodzice lub inni dorośli wcześniej tylko na ten rodzaj komunikatu reagowali. Mądre dziecko ze zdrowym instynktem zachowuje się tak, żeby osiągnąć swój cel. To od naszej reakcji zależy, co się wydarzy za chwilę i w kolejnej podobnej sytuacji. Panika, irytacja, krzyk przekreślają szanse na porozumienie, zwiększając prawdopodobieństwo jeszcze większej awantury następnym razem. Zrozumienie, proste komunikaty i empatia są kluczem do sukcesu. Gdy Zachariasz płacze, bo np. przewrócił się na rowerze, nie mówię mu: Popatrz! Jaki piękny motyl leci! Przytulam i okazuję zrozumienie.

Uderzyłeś się w kolano, tak? Boli?” „Taaaa, boli” „Rozumiem. Pokaż. Kolano jest całe. Chcesz buziaka w kolanko?” „Taaak. Nie ma krew?

Maluchy potrzebują zbudowania takiego szkieletu zachowania – nie panikujemy, słuchamy, wykazujemy zrozumienie, proponujemy alternatywę i dajemy wybór.

Tu, w zależności od poziomu szlochu, następuje buziakowy grad na płacząco-już-prawie-śmiejące się ciałko. Jeśli nie pomaga, z pełnym spokojem, proponuję plaster, psikanie octeniseptem, bo przecież ma magiczne właściwości (to nie ściema). Zwykle mam przy sobie kilka rodzajów kolorowych plastrów i zajmuję Zachariaszowi głowę wyborem – troll na kolanie czy może żabka? Działa bezbłędnie. Nie mówię mu: Przestań beczeć, nic się nie stało – tym bardziej jeśli widzę, że naprawdę się przestraszył. To szczególnie istotne, gdy dziecko jest malutkie. Mój sześciolatek już sprawnie przetwarza komunikaty i czasem pokazuje, że boli bardziej niż w rzeczywistości, kiedy potrzebuje uwagi. Daję mu ją, ale nie pozwalam na histerię. Maluchy potrzebują zbudowania takiego szkieletu zachowania – nie panikujemy, słuchamy, wykazujemy zrozumienie, proponujemy alternatywę i dajemy wybór. Sprawdzone w przypadku: płaczu o zepsutego robota, budowlę, która się rozleciała, marudzenie o kolejną nową zabawkę, kłótnię z miauczeniem na placu zabaw i wielu innych.

Dlaczego nie? To moja ulubiona zasada, która powoduje, że od sześciu lat robię coraz więcej ciekawych i radosnych rzeczy. Jako osoba dorosła często się spieszę, nie chce mi się robić głupot, marnować czasu, patrzeć na coś, co już znam… Zachariasz wręcz przeciwnie. Na wszystko ma czas, uwielbia się wygłupiać, lubi robić rzeczy do końca, z uwagą, w skupieniu, a jeśli coś lubi, to długo mu się to nie nudzi. Kiedy mam ochotę pociągnąć go za rękę i powiedzieć: No chodź już!, najpierw pada w mojej głowie pytanie: Dlaczego nie? I jeśli to, co chce robić Zac, nie jest niebezpieczne, nie zagraża nikomu, nikogo nie krzywdzi i nie spowoduje, że świat się zawali, a jedynie przestawię swój harmonogram o kilka lub kilkanaście minut, to nie mam argumentu i wchodzę w to! Wiem, że tyle, ile moje dziecko doświadczy teraz, tyle wykorzysta w swoim pięknym życiu w przyszłości. Mój pośpiech lub znudzenie nie powinny mu w tym przeszkadzać. Teraz, gdy mam za sobą sześć lat praktyki, dziękuję Zachariaszowi za każdy taki moment. Inicjatywy mu nie brakuje. No właśnie! Pewnie dlatego, że widzi i wie, ile z tego wynika dobrego.

Uczę się cierpliwości. Nie ma absolutnie nic dziwnego w tym, że dziecku trzeba coś powtórzyć, że trzeba użyć innych słów, że warto ograniczyć liczbę wyrazów i poczekać, aż będzie najlepszy moment na nową dawkę wiedzy, informacji i zasad. Tym samym uczę się odpuszczać, gdy warto. Taką sytuacją, kiedy nie warto się szarpać i stosować przyjęte zasady, jest stan zmęczenia. Zmęczone dziecko nie nadaje się do wyciągania konsekwencji i do tłumaczenia. Zmęczonemu dziecku należą się ramiona rodzica i święty spokój. To daje mu poczucie bezpieczeństwa. Marudzenie zmęczonego smyka ustaje szybciej, gdy widzi, że rodzic rozumie jego stan i nie wymaga od niego stawania na rzęsach i racjonalnego zachowania. Dziecko też wie, kiedy odpuścić, bo naprawdę wszystko będzie dobrze.


Intuicyjne stosowanie tych schematów pomogło mi nawiązać z moim synem partnerską relację, w której ja jestem mamą, a on dzieckiem. Nie jesteśmy kumplami ani ziomami z sąsiedztwa, choć słuchając nas, mogłoby się tak czasem wydawać. Nie należy oceniać po pozorach. Zachariasz rośnie w poczuciu bezpieczeństwa i zrozumieniu, że każdy ma prawo do błędu. Rośnie w pewności, że świat jest piękny, a z ludźmi warto rozmawiać. Wie, że tylko wyrażając spokojnie swoje zdanie, można osiągnąć cel. W związku z tym, że jest wyjątkowo energicznym i pomysłowym sześciolatkiem, co jakiś czas weryfikujemy nasze schematy, bo to ja coraz częściej nie nadążam za jego zaskakująco dobrymi pomysłami. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.