Polityk odpowiada stołkiem, więc co mu szkodzi TEN WĘGIEL

Źródła odnawialne gnębić, udając, że się im pomaga - oto na zielone postulaty rządu PiS rada.

Z rządu płynie przekaz, że w 2030 roku nadal ponad połowę energii elektrycznej będziemy produkować z węgla (przypomnijmy, że postulatem Prezydenta Dudy jest wydobywanie węgla do XXIII wieku). OZE jest złem koniecznym, na dokładkę narzuconym z zewnątrz, czyli z Brukseli. Elektrownię jądrową zaś zbuduje się po to, żeby dłużej utrzymać przy życiu węgiel. To tak, jakby dla stwierdzenia zgonu wybudować supernowoczesny szpital…

Jeżeli chcemy sensownie programować rozwój gospodarczy, to należy zadbać o odpowiednią ilość energii. Najlepiej na wiele lat w przód. Tymczasem kolejne rządy – bo obecny nie jest tu wyjątkiem – brną w tymczasowość, odsuwając w nieskończoność podjęcie jakichkolwiek wiążących decyzji. Dlaczego? Nic prostszego. Skoro dana decyzja nie zapada, oznacza to – ni mniej, ni więcej – że jest ciężko strawna politycznie. Ministrowie lubią powtarzać, że są za coś odpowiedzialni. Ale dopóki odpowiadają co najwyżej stołkiem, a nie własnym portfelem, to taka odpowiedzialność jest po prostu fikcją.

Skąd brać ten węgiel?

Załóżmy chwilowo, że bierzemy to za dobrą monetę, nie patrząc na inne okoliczności, typu zobowiązania klimatyczne. W takim scenariuszu Polska szykuje się do roli wielkiego importera węgla, pewnie największego z bardziej rozwiniętych państw świata. Bo polskiego węgla w takim horyzoncie nie wystarczy, żeby nakarmić odpowiednią produkcję elektrowni węglowych.

Przy niezmienionym poziomie wydobycia – a rządzący deklarują, ze chcą je utrzymać – w miarę dostępny węgiel jako takiej jakości na Górnym Śląsku skończy się najdalej za 20 lat. Pewnie, zostanie go jeszcze mnóstwo, bo pokłady ciągną się na 8 kilometrów w głąb. Można snuć wizje automatycznej kopalni bez udziału ludzi fedrującej dwa, trzy czy cztery kilometry pod ziemią. Prawdopodobnie państwo będzie próbowało coś takiego zbudować. Państwo, bo żaden prawdziwie prywatny inwestor złamanego grosza na coś takiego nie wyłoży. Ale jak zwykle pieniędzy nie starczy i skończy się na imporcie, najpewniej z Rosji, gdzie cena – jak słusznie mawiał pewien obecny minister – jest ustalana administracyjnie, w zależności od potrzeb politycznych.

Trzeba powiedzieć sobie jasno. Hasło 60% prądu z węgla w 2030 roku – jeżeli zostanie zrealizowane – oznacza masowy import węgla, a wszystkie nowe elektrownie węglowe będą już za kilkanaście lat napychać portfele oligarchom ze Wschodu. Ale na razie udajemy, że tak nie jest.

📻 WSTYD. Prawda o węglu, Polsce i jej władzach

Atom na święty nigdy

A inne decyzje? Na przykład elektrownia jądrowa. Atom to świetne źródło energii, technologicznie dopracowane i prawie zupełnie nieuciążliwe. Mrożące krew w żyłach bajeczki o rzekomych tysiącach zgonów po Czarnobylu czy Fukushimie mocno hamują społeczne poparcie. Z atomem jest zupełnie inny problem: dziś koszty i czas budowy każdego nowego projektu należy na dzień dobry pomnożyć przez dwa, albo i trzy. [->]

Elektrownia jądrowa generacji III+ ma to do siebie, że nie da się jej zbudować w terminie i budżecie w realiach rynkowych. I to w zasadzie kończyłoby każdą rozsądną dyskusję, ale obecny rząd wspina się wyżej, twierdząc, że zbuduje atom po to, żeby dłużej utrzymać przy życiu węgiel. To tak, jakby dla stwierdzenia zgonu trupa wybudować supernowoczesny szpital. Trup jest trupem, zgon można stwierdzić za pomocą paru prostych badań, nie jest konieczny sprzęt za miliardy. Rzecz jest tak oczywista, że przynajmniej część rządu zdaje sobie już z tego sprawę. Ale inna część udaje, że atom tu i teraz to jednak sensowny pomysł.

OZE wyłącznie na wyborczych plakatach

W krajach rozwiniętych – a na tle świata Polska takim jest – to odnawialne źródła energii zaczynają systematycznie przyciągać coraz więcej większość pieniędzy, które inwestuje się w energetyce. Tylko, że są to pieniądze prywatne. W Polsce pieniądze w energetyce są mniej lub bardziej kontrolowane przez rząd. A to oznacza, że o tym, gdzie trafią będą decydować polityczne interesy. Najprościej jest zaskarbić wdzięczność i podziw wyborców uruchamiając jakąś gigantyczną, centralną budowę. OZE z definicji są zdecentralizowane, więc kierowanie tam pieniędzy nie ma odpowiedniego efektu politycznego. Z takiego punktu widzenia wsparcie dla OZE jest złem koniecznym, na dokładkę narzuconym z zewnątrz, czyli z Brukseli. Czyli trzeba będzie źródła odnawialne gnębić, udając, że się im pomaga.

Mamy więc udawanie do sześcianu. Niestety, historia uczy, że na udawaniu można całkiem daleko zajechać. A ci co udają, zazwyczaj nie ponoszą żadnych konsekwencji. Co najwyżej stracą stołek.


REO POLECA

📻 ODEJŚCIE OD WĘGLA jest możliwe. Nie tylko zdaniem Biedronia