Każdy towar da się sprzedać, byleby go odpowiednio opakować – to stare hasło jest przekleństwem, chyba już całej naszej cywilizacji. Na dziś wygląda to tak, że albo od opakowań w dzisiejszej formie się odzwyczaimy, albo się spod nich nie wygrzebiemy.

Nie ma chyba gospodarstwa domowego, po którym nie walałyby się najróżniejsze przedmioty, których funkcja raczej dobiegła końca. Garaże, piwnice, pawlacze, schowki – zazwyczaj pełne są pudeł, kartonów, styropianowych wytłoczek i tym podobnych rzeczy, których zadaniem było w miarę bezpieczne i wygodne dostarczenie zawartości w nasze ręce. O rozmiarach – w przenośni i dosłownie – problemu świadczy fakt, że różne folie, styropiany i kartony stanowią pokaźną część śmieci, walających się po poboczach szos, w lasach i na polach. Takich zachowań nie można usprawiedliwiać, ale trudno nie przyznać, że rozłożenie na części pierwsze materiałów z opakowania, którego nierzadko jest więcej niż użytecznego dla nas towaru czy produktu, może przyprawić o furię.

Tworzywa sztuczne, metalowe zszywki, nieraz mikroskopijne, styropian, spieniona folia-nie folia, papier, ale mocno polakierowany i tak dalej…  Tak czy inaczej, większość tego materiału skończy w najlepszym razie jako RDF, paliwo alternatywne z odpadów, i zostanie spalone. Słowo recykling jest tu więc mocno na wyrost. I to nie jest tylko problem polski. Poza nielicznymi wyjątkami cały świat się z tym boryka, w sposób bardziej, ale częściej mniej świadomy.

Gospodarka o obiegu zamkniętym wyrasta na nowego konika Europy. Komisja Europejska już szykuje wskaźniki, jakie trzeba będzie osiągać w przetwarzaniu i ponownym wykorzystaniu najróżniejszych produktów i materiałów. A opakowania pewnie pójdą na pierwszy ogień. Po foliówkach wrogiem numer jeden stają się plastikowe słomki do napojów, a uważnie śledząc pewne trendy na zachodzie Europy, można dostrzec rodzące się tendencje do rezygnacji z opakowań w ogóle. Na razie to tylko mało popularna moda, ale taki na przykład samochód elektryczny parę lat temu także można było rozpatrywać co najwyżej w kategoriach mody…..

Nie dotykając tego, co musi dojrzeć w głowach, można zadać pytanie – i co z tego? Ano to, że opakowania to znaczący sektor polskiego przemysłu, dostarczający co roku grubych miliardów PKB. Można sobie już wyobrazić, że kiedy w końcu Bruksela zajmie się na serio opakowaniami, w Polsce rozlegną się donośne chóry o tym, jak to wstrętna Unia, ani chybi za podszeptem Niemiec, znów chce zniszczyć jakiś wspaniały sektor polskiej gospodarki i puścić go z (plastikowymi) torbami. Bo im zagraża, nie potrafią uczciwie konkurować… – coś takiego na pewno usłyszymy.

Każdy strategicznie myślący rząd, zamiast szyć sobie szaty, które będzie rozdzierał, powinien już szykować się na taki scenariusz. Rządy jako takie mają jednak spore problemy z wymyślaniem czegokolwiek innowacyjnego (może poza metodami zadłużania się). Dlatego najlepszym sposobem jest sypnięcie kasą na badania rozwojowe, żeby wymyślili coś ci, którzy się na rzeczy znają. Skoro sektor dla gospodarki jest ważny, to i pieniądze powinny być odpowiednie. Historia i doświadczenie podpowiada jednak, że w Polsce granie larum daje słodsze polityczne frukty niż R&D. A straszenie powrotem znanych z czasów PRL-u opakowań zastępczych może zadziałać.

Na razie pozostaje zwracanie uwagi nie tylko na to CO kupujemy, ale także na to, w co to jest OPAKOWANE. Bez dokładnych danych trudno prorokować o skutkach, jakie przynosi koniec darmowych foliowych toreb, ale na pewno sprawy nie mają się przez to gorzej. A to już coś.