Leszek Kadej: Tyle, co nic

Ustawa o OZE: Rząd może powiedzieć, że zrobił, co w jego... mocy

Projekt zmiany ustawy o OZE, którego niedawne przyjęcie przez rząd odtrąbiono jako wielki sukces, ma swoje jaśniejsze i ciemniejsze strony.

W sytuacji, w jakiej dziś znajduje się sektor energii ze źródeł odnawialnych w Polsce dość trudno wyobrazić sobie, co mogłoby być jeszcze ciemniejsze niż jest, ale rząd wykazał się kreatywnością i znalazł kilka sposobów, żeby uprzykrzyć życie zwolennikom zielonej energii.

Ale trzeba też zauważyć, że projekt ma swoje jaśniejsze strony. Generalnie luzuje nieco śrubę, dociśniętą po objęciu władzy przez obecną ekipę do granic możliwości. Dzięki przedłużeniu ważności pozwoleń na budowę będzie można postawić jeszcze trochę wiatraków, choć na złagodzenie rygoru minimalnej odległości od zabudowań się nie zdecydowano.

Fotowoltaika może liczyć na swój udział w odnawialnym torcie. Zresztą na elektrowniach słonecznych zależy bardzo Polskim Sieciom Energetycznym, czyli operatorowi sieci przesyłowej. Tak się bowiem składa, że kiedy w letnie szczyty popyt na prąd sięga zenitu (klimatyzatory itp.), inne źródła nie bardzo mogą działać na całego z powodu upału. A właśnie wtedy fotowoltaika pracuje na pełnych obrotach. Najwyraźniej fakt, że ten problem powraca każdego roku, i to na coraz większą skalę, dotarł w końcu także i na najwyższe szczeble władzy.

Ale być może ważniejsze dla środowiska naturalnego jest zamknięcie kwestii definicji drewna energetycznego, czyli drewna, którego spalanie jest uważane za wykorzystanie biomasy do produkcji energii odnawialnej. To, co w tej sprawie wymyślił bowiem półtora roku temu, były już, minister Jan Szyszko, budziło grozę i warte jest przypomnienia ku przestrodze.

Otóż kierowane przez niego ministerstwo zaproponowało, żeby drewnem energetycznym było w praktyce wszystko, co wyjeżdża z lasu. Także pełnowartościowe drewno, o ile zdążyło nieco zgnić! Ówczesny dyrektor generalny Lasów Państwowych, bardzo z ministrem zaprzyjaźniony, zapowiadał otwarcie, że Lasy urządzą wielkie składy, na którym drewno – tu cytat: będzie nabierało walorów. Czytaj – gniło. Tylko po to, żeby jako surowiec energetyczny odpowiednio drogo i w każdej ilości sprzedać je energetyce, zamiast użerać się z tradycyjnymi odbiorcami, jak np. producenci mebli. Ponieważ energetyka jest w większości kontrolowana przez państwo, cena pewnie byłaby pochodną temperatury stosunków ministra od lasów z ministrem od prądu, a nie wypadkową gry rynkowej.

Projektowano też inne kwiatki. Niezapomniany Jan Szyszko chciał spalać energetycznie drewno pochodzące z rozbiórek czy ze starych mebli, nie zważając, że jedno i drugie jest nasycone całą masą środków chemicznych, przybierających po spaleniu formę wyjątkowo trujących wyziewów. Ministerstwo wyglądało na zdeterminowane, przewidziane prawem konsultacje skrócono do kilku dni, ale – na szczęście – już wtedy sprawa rozeszła się po kościach. W zasadzie nie wiadomo dlaczego. Prace zarzucono, choć cały czas w powietrzu wisiała groźba, że zostaną odwieszone.

I to jest na razie najjaśniejszy punkt nowej ustawy o OZE, bo napisano tam wprost, że drewno energetyczne to po prostu drewno, które do niczego innego się nie nadaje. A dlaczego napisałem, że na razie? Dlatego, że projekt ustawy trafi przecież jeszcze do Sejmu, a Lasy Państwowe już nie raz pokazały, że mogą tam sporo.

Miejscami projekt ustawy jest zrobiony tak, że na pierwszy rzut oka wygląda dobrze, ale w szczegółach gorzej. Być może moje zdanie będzie odmienne niż innych autorów REO, ale wystarczy popatrzeć, kto ma dostać największe fory. Otóż są to rodzaje OZE, które w Polsce wielkich perspektyw rozwoju nie mają – małe elektrownie wodne i niewielkie biogazownie.

Małe elektrownie wodne (MEW) nie są dla środowiska obojętne. Na polskich rzekach można i tak już znaleźć mnóstwo obiektów, które przegradzają je zupełnie bezsensownie i bezproduktywnie. Jedyny pożytek z nich mają urzędy melioracyjne, bo nic lepiej nie uzasadnia obecności jakiegoś jazu na rzece, jak istnienie odpowiedniego urzędu, który się tą budowlą zajmuje. A próba jej przerobienia na coś pożytecznego wymaga kilkuletniej walki na papiery. Tak czy inaczej potencjał przyrostu MEW jest znikomy.

Z kolei biogazownie, zwłaszcza małe, to już zupełna abstrakcja. Od kilku lat rządy wychwalają pod niebiosa ten typ źródeł energii, choć jest wyjątkowo drogi. I mimo hojnego wsparcia jakoś nie chcą powstawać.

Ostatecznie będzie jednak można mówić, że w Polsce obowiązuje najbardziej szczodry system wsparcia dla OZE typu FiP (taryfa feed-in-premium). A że nowych źródeł energii, które z niej mogłyby skorzystać powstanie tyle co nic albo i wcale, to już inna historia. Rząd zawsze może powiedzieć, że zrobił wszystko, co w jego mocy.

Na najciemniejszą sprawę wygląda natomiast koniec zwolnienia z VAT energii produkowanej przez prosumentów. Nie wchodząc w szczegóły, rząd chce ze wszystkich zrobić przedsiębiorców i płatników VAT. To może dać pod pewnymi warunkami jakieś korzyści, ale prawdopodobnie obliczone jest na coś innego – jak potencjalny prosument dowie się, jakiej VAT-owskiej biurokracji będzie wymagał jego panel na dachu, to machnie na wszystko ręką. I o to zniechęcenie pewnie w tym wszystkim chodziło.