Leszek Kadej: Prąd drożeje. Ale czy podrożeje?

Na giełdzie energii ceny prądu znacznie wzrosły. Czy przełoży się to na wyższe rachunki dla odbiorców indywidualnych? Wiele wskazuje na to, że tak. Choć będzie to w dużej mierze decyzja polityczna.


Nie można dzisiaj rozmawiać o energetyce w oderwaniu od zmiany klimatu. Przeciwdziałanie globalnemu ociepleniu wymaga zmniejszania emisji dwutlenku węgla. Stąd wiele państw prowadzi politykę przechodzenia na gospodarkę niskoemisyjną, a jak się da – zeroemisyjną. Unia Europejska dysponuje specjalnym narzędziem, które ma motywować kraje członkowskie do odchodzenia od węgla. Jest to system ETS, który obciąża zakłady emitujące CO2 specjalnymi kosztami. Właśnie wprowadzono mechanizm, który ma zwiększyć te koszty. I zwiększa.

Tymczasem decyzją polityczną Polska opiera (ca 85%) i będzie opierać (ca 60% do 2030 roku) produkcję prądu głównie na węglu. Skutki tego odczuje każdy w swojej kieszeni. Jak podaje Gazeta Wyborcza już w przyszłym roku rachunek za prąd może wzrosnąć nawet o 15%, ponieważ drożeje węgiel i uprawnienia do emisji CO2. Czy tak się stanie?

1.
Po pierwsze drożeje węgiel kamienny, z którego powstaje ponad połowa energii elektrycznej w Polsce. Wprawdzie drożeje na wolnym rynku, ale nie wiadomo, w jaki sposób kontrakty między polskim górnictwem (państwowym), a energetyką (państwową) nawiązują do cen rynkowych. Z Ministerstwa Energii płyną sugestie, że te dwie rzeczy wiele wspólnego ze sobą nie mają. Otóż można usłyszeć, że elektrownie dotąd kupują węgiel tanio, bo kilka lat temu – po zmianie rządu – podpisały korzystne kontrakty z ledwo wtedy zipiącymi kopalniami.

2.
Drugim czynnikiem podwyżek jest wzrost kosztów emisji CO2, który najbardziej uderza w węgiel brunatny. Podaje się, że to źródło tańszego prądu, nie dodając jednak przy tym, że generacji z węgla brunatnego towarzyszy największa emisja. Co – zgodnie z polityką unijną (wieloletnia reforma systemu ETS, która ma na celu podwyższenie cen uprawnień do emisji właśnie wchodzi w życie) – spowoduje, że będzie to najdroższy sposób wytwarzania energii.
Kto twierdzi, że jest to zaskoczenie – nie wie co mówi. W ciągu roku uprawnienia do emisji zdrożały trzykrotnie, a pewnie podrożeją jeszcze bardziej. Poziom 20 euro za tonę CO2 jest w zasięgu ręki, a to sporo więcej niż szacowany pułap, powyżej którego wytwórcom opłaca się już rozglądać za nowymi technologiami w miejsce węgla. I w Polsce rozglądają się za gazem, o czym napisał dla REO Piotr Maciążek.

3.
Droższy węgiel i uprawnienia do emisji CO2 to przyczyny podwyżki notowań na Towarowej Giełdzie Energii. Na TGE handluje się głównie kontraktami terminowymi, które odnoszą się do dostawy energii w określonej przyszłości. Najwięcej szumu jest o podwyżki kontraktów przyszłorocznych. To rzeczywiście może oznaczać, że w 2019 roku będzie drożej, ale….


Po pierwsze sprzedano (i kupiono) stosunkowo niewielką część potrzebnej w przyszłym roku energii. Większość handlu jeszcze przed nami, bo tradycyjnie to pod koniec danego roku idzie najwięcej kontraktów na rok następny. Gdyby okazały się tańsze, to w sumie, po wymieszaniu cen z wszystkich transakcji, podwyżka okazałaby się nieznaczna. Ale jeśli pod koniec roku wytwórcy będą sprzedawali drożej, to będzie drożej. Na razie wszyscy przyjmują, że będzie rzeczywiście drożej, bo CO2 raczej nie stanieje, a co do węgla, to w Polsce nie do końca wiadomo, po ile jest.

4.
Musimy jednak pamiętać, że dla odbiorców indywidualnych w Polsce ceny energii elektrycznej są taryfowane. Regulator – Prezes Urzędu Energetyki – co roku określa taryfy, czyli maksymalny pułap ceny prądu. Sprzedawcy teoretycznie mogą zaoferować nam energię taniej, ale drożej nie mogą.
Tradycja jest taka, że pod koniec roku najwięksi sprzedawcy prądu występują do URE o zatwierdzenie taryf dla gospodarstw domowych na przyszły rok. Albo planują je obniżyć, albo podnieść i wtedy wskazują obiektywne okoliczności (tzw. koszty uzasadnione), które ich do tego zmuszają. Bezwzględnie wzrost kosztów zakupu paliwa (węgla) i uprawnień do emisji CO2 takimi kosztami są i Prezes URE pewnie by się na podwyżki zgodził.

5.
W tym miejscu wkracza jednak polityka. Jesienią czekają nas wybory samorządowe. W przyszłym roku –do europarlamentu, a następnie sejmowe. Rząd zrobi więc wszystko, aby energia nie podrożała. Najwięksi sprzedawcy prądu są przecież częścią kontrolowanych przez państwo grup energetycznych. Wystarczy, że po prostu o podwyżki taryf nie wystąpią i ich nie będzie, a wyborcy nie zapłacą więcej. A że dla koncernów oznacza to świadome wpędzenie się w straty i działanie na szkodę akcjonariuszy?
No cóż, jeżeli interes polityczny przeważa nad ekonomicznym, to wytłumaczy się to misją, odpowiedzialnością, czymkolwiek…. Gdyby jakiś prokurator szykował się do ścigania jakiegoś zarządu za działanie na szkodę akcjonariuszy, to przecież prezydent może od razu zastosować prawo łaski.

6.
Inna sprawa, że państwowi producenci mogą chcieć sobie powetować straty na odbiorcach przemysłowych. W segmencie tym nie ma taryf, jest wolny rynek. Z politycznego punktu widzenia to bezpieczniej – firmy mogą zapłacić więcej, bo przeciętnego wyborcę bezpośrednio po kieszeni to nie uderzy. Owszem, na końcu zapłaci i za tę ułudę, ale winnego będzie znacznie trudniej wskazać.

Za realnością takiego scenariusza może przemawiać plan Ministerstwa Energii, które jeszcze w tym roku ma przygotować nowe ulgi dla przemysłu energochłonnego, który podwyżki odczuje najsilniej. Zwolni się takich odbiorców z jakichś opłat, podatków itp., a że w gospodarce cudów nie ma, to ubytek tych dochodów pokryje się po cichu z kieszeni obywatela.

A wszystko po to, żeby jeszcze przez następny rok kopalnie fedrowały, elektrownie dymiły, wyborcy byli szczęśliwi. Jeśli jednak państwa unijne kontynuować będą odchodzenie od gospodarki opartej o paliwa kopalne i jednocześnie rozwijać odnawialne źródła coraz tańszej energii, to może się zdarzyć, że Polska zostanie czarną wyspą z najdroższym prądem w regionie.