Leszek Kadej: O tym, jak raz się udało

Czy uda się znowu?

30 lat temu ludzkość w trybie błyskawicznym zdecydowała się odesłać do lamusa jeden z bardziej rozpowszechnionych elementów cywilizacji.

Akcja zakończyła się powodzeniem, postępem na skalę globalną to nie zachwiało, kasandryczne wizje się nie spełniły, podobnie jak utyskiwania sceptyków i narzekania tropicieli światowych spisków. Cała operacja okazała się tak dużym sukcesem, że w zasadzie dziś już mało kto pamięta, o co chodziło i jakiego niebezpieczeństwa uniknęliśmy jako ludzkość.

A chodziło o globalny zakaz używania chloro-fluorowych pochodnych węglowodorów nasyconych, potocznie zwanych freonami, a oznaczanych skrótem CFC. Związków, które w wyjątkowo perfidny sposób niszczyły w atmosferze ozon, chroniący nas przed skutkami nadmiernej dawki promieniowania słonecznego. Freony w latach 80. były wszędzie, w każdej lodówce, w klimatyzacji, ale też we wszystkiego rodzaju sprayach. A na skutek zadziałania tzw. Protokołu Montrealskiego, po dekadzie były już tylko wspomnieniem. Nie spełniły się czarne scenariusze, wieszczące chociażby, że zakaz będzie fikcją, bo biedniejszych krajów nie będzie stać na zastąpienie CFC innym czynnikiem. Najmocniej naciskali na zakaz Amerykanie, którzy mieli nie tylko najwięcej lodówek i klimatyzacji, ale i gotowy zamiennik freonów oraz własną regulację o zakazie ich stosowania. Dla przypomnienia, Europejska Wspólnota Gospodarcza – protoplasta Unii Europejskiej – proponowała bardzo konserwatywne podejście. Żeby freonów nie ruszać, tylko jeszcze poczekać i poobserwować. Ale USA postawiło na swoim.

W efekcie powstał cały szereg zamienników dla freonów, klimatyzacja jest już w prawie każdym samochodzie, a lodówki biją kolejne rekordy energooszczędności. Zakaz CFC w żaden sposób nie wpłynął negatywnie na rozwój cywilizacyjny, mało tego, dziś pewnie już mało kto pamięta, że dziura ozonowa była kiedyś strachem numer jeden.

Dzisiaj rolę freonu przejęły zmiany klimatyczne.

Dzisiaj tę rolę przejęły zmiany klimatyczne. Problem o wiele bardziej skomplikowany i trudniejszy. Bezwzględny zakaz emisji CO2 nie wchodzi w rachubę, bo trudno wskazać obszar cywilizacji, któremu emisja gazów cieplarnianych nie towarzyszy. Co więcej, próba rozwiązania problemu emisji na wzór CFC w postaci protokołu z Kioto skończyła się fiaskiem.

Ale jest kilka analogii do początków walki z dziurą ozonową. Świadomość problemu narasta, mamy już zaczątki regulacji wymierzonych w emisje, no i mamy zamienniki – chociażby w postaci OZE. Oraz kolejne porozumienie klimatyczne na skalę globalną. Nie będzie tak łatwo i tak szybko, ale szanse są.

Największym wrogiem jest oczywiście węgiel. Mieszanina regulacji i rynku, uzupełniona coraz powszechniejszym odcinaniem finansowania z czasem powinna zadziałać. To nie będzie szybka śmierć, ale nikt poważny dziś nie powie, że węgiel ma przed sobą świetlaną przyszłość. Za to znacznie szybszy koniec może spotkać inne źródło – silniki spalinowe, a zwłaszcza diesle. Liczba miejsc, gdzie diesle już niedługo będą szykanowane wydłuża się praktycznie co tydzień.

Samochód to nie elektrownia, pozbyć się go jest znacznie łatwiej. Kres rozwoju technologii silnika z zapłonem samoczynnym zapewne już osiągnęliśmy, dalej jest już tylko upadek. Pozostaje jedynie pytanie, jak szybki. Wiele technologii zapewne wkrótce zacznie się zwijać, ale te dwie są szczególnie ciekawe z polskiego punktu widzenia. Bo i jedna, i druga to w Polsce świętość. Tak wielka, że żadna władza nie ośmiela się nawet pogrozić palcem, o podniesieniu ręki nie wspominając.

Jeśli to się nie zmieni, to za jakiś czas okaże się, że w Polsce uprawia się bałwochwalstwo, czcząc upadłych bożków – tego z węgla i tego na ropę.