📻 Leszek Kadej: Jak się tu sprzedaje?

Politycy przerobili giełdę energii w atrapę wolnego rynku.

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podkaście (czyta Hubert Augustyniak):


W ciągu ostatnich tygodni z różnych stron docierają do nas informacje o rosnących cenach prądu. Przerażonych wizją podwyżek uspokajamy, przynajmniej do końca roku nasze rachunki nie skoczą w górę. Ale odbiorców przemysłowych sprawa może niepokoić, ponieważ na giełdzie energii elektrycznej wolnego rynku jest coraz mniej.

Na początek przypomnijmy szybko, że ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w Polsce są w dużej mierze regulowane. Regulator – Prezes URE (Urzędu Regulacji Energetyki) co roku zatwierdza taryfy, według których płacimy. Niektóre pozycje na skomplikowanym rachunku za energię – z ceną za sam prąd – można obniżyć, ale podnieść bardziej niż regulator pozwolił, już nie. Jednak więksi odbiorcy, czyli firmy, działają na teoretycznie wolnym rynku i mogą sobie kupować jak chcą, szukając tańszych ofert i ryzykując, że trafią na droższe. Na sprawnie działającym rynku konkurencja minimalizuje podwyżki. Jednak z konkurencją mamy coraz większy problem, o czym za chwilę.

Mówiąc o rynkowych cenach energii zazwyczaj mamy na myśli ceny na rynku towarowym terminowym (RTT) Towarowej Giełdy Energii. Handel energią elektryczną ma pewne specyficzne rozwiązania, wynikające chociażby z tego, że na dużą skalę nie da się jej magazynować. Różne rynkowe instrumenty mają bilansować produkcję i zużycie w danym momencie. Oczywiście nie zawsze się to udaje i wtedy do akcji wkracza operator, dbający o prawidłowe działanie całego systemu. Jednak dla omawianego problemu są to kwestie nieistotne, dla nas najważniejsze są ceny w kontraktach terminowych. Czyli w transakcjach, w których kupuje się określoną ilość energii z dostawą w określonym czasie przyszłym (zależy od rodzaju kontraktu) i po określonej cenie. Przy czym podstawowy typ takiego kontraktu to base – dostawa stałej ilości przez określony czas, np. kwartał czy miesiąc.

skala i forma wzrostu hurtowych cen prądu na giełdzie energii nie wynika wyłącznie ze wzrostu cen emisji CO2 i węgla.

Porównując podobne kontrakty tego typu, zawierane przed rokiem i w ostatnich tygodniach, pierwsza konstatacja jest taka: energia zdrożała i to solidnie. Przed rokiem w kontraktach base za dostawy kwartalne w drugiej połowie 2017 roku oraz za miesięczne – w sierpniu i we wrześniu  – trzeba było zapłacić od 155 do 170 zł za MWh. A ostatnio – 220-260, a momentami nawet ponad 300 zł za MWh. Czyli bez dwóch zdań jest drożej. Pozostaje próba wskazania przyczyny.

Około 80% polskiego prądu powstaje z węgla, w większości z kamiennego. Produkcji tej towarzyszy więc emisja dużych ilości CO2. Za co trzeba płacić. Ceny uprawnień do emisji w systemie ETS w ciągu ostatniego pół roku podskoczyły z 5 do 16 euro za tonę. Co w warunkach polskich przekłada się obecnie na jakieś 45 zł za 1 MWh więcej. Żadna niespodzianka, o konieczności zwiększenia ceny emisji CO2 mówiło się od dawna i temu służyła reforma ETS przeprowadzona przez Unię Europejską w zeszłym roku. Po drugie, w tym samym czasie podrożał węgiel. Górnictwo się cieszy, że może sprzedawać drożej i ma lepsze wyniki. A energetyka oficjalnie twierdzi, że tutaj tkwi przyczyna podwyżek.

Mało tego, w ostatnim czasie doszło niemal do zupełnej koncentracji produkcji węgla kamiennego w jednej państwowej spółce Polskiej Grupy Górniczej. Która może dyktować energetyce ceny. Ponieważ ta w coraz większym stopniu jest także państwowa, tak naprawdę cena węgla nie jest efektem gry popytu i podaży, tylko siły politycznych chodów tych dwóch sektorów. Oficjalnie nikt do takich praktyk się nie przyzna, ale chyba jest oczywiste, że ich prawdopodobieństwo jest bardzo wysokie. A to tylko jeden z możliwych scenariuszy, zakładających jakąś manipulację.

Sam regulator (Urząd Nadzoru Energetyki) uważa, że coś jest na rzeczy, bo skala i forma podwyżek nie odpowiadają wzrostowi cen emisji CO2 i węgla. Podobnego zdania jest organizacja największych odbiorców energii, która wskazuje na możliwość sztucznego windowania cen za pomocą dużej liczby giełdowych transakcji niewielkimi ilościami energii i domaga się zbadania sprawy przez Komisję Nadzoru Finansowego. Także stowarzyszenie, skupiające m.in. największych producentów również oczekuje, że KNF to sprawdzi. Do tej organizacji należą także i największe państwowe koncerny, co trochę przeczy ich narracji, że wzrost cen energii wynika ze wzrostu cen emisji i węgla. Dla przypomnienia, Komisja Nadzoru Finansowego badała już niecodzienne sytuacje na rynku energii w 2008 i 2011 roku, ale nikogo nie złapała za rękę.

Tymczasem, patrząc nieco z boku, sytuacja pokazuje przede wszystkim słabość polskiego rynku energii. Jeżeli mamy do czynienia z jakąś manipulacją, to widać wyraźnie, jak łatwo ten rynek rozhuśtać. Jeżeli nie jest to manipulacja, to widać równie wyraźnie, że na nie działa konkurencja, hamująca wzrost cen. Co zresztą nie dziwi, i to z kilku powodów. Po pierwsze, kontrolowane przez państwo koncerny wypierają z rynku niezależnych producentów. Na przykład PGE kupiło niemałe aktywa francuskiego EDF, i chce połknąć należącą do Kulczyków Polenergię. Trudno oczekiwać, że de facto państwowe podmioty będą ze sobą naprawdę konkurować. A tymczasem – to po drugie – wolny rynek jest utrzymywany nieco sztucznie za pomocą tzw. obligo, czyli obowiązku sprzedaży określonej części produkcji poprzez giełdę.

Hurtowy rynek prądu podatny jest na manipulacje, bo państwo zmniejszyło udział energii, która musi przechodzić przez giełdę.

Rynek powstał dzięki temu, że obligo na początku było bardzo wysokie, niemal całość prądu przechodziła przez giełdę. Ale stopniowo malało, a w tym roku wynosi 30 proc. tylko dlatego, że w ostatniej chwili posłom udało się je podnieść z 15 proc. Tymczasem najwięksi producenci, zamiast spełniać wymogi otwartego rynku i użerać się na nim z jakąś konkurencją, wolą dogadać się z wielkim odbiorcą na boku, w tzw. transakcji OTC. A jak druga strona jest również państwowa, to już w ogóle idzie gładko. Im mniejsze będzie obligo, tym bardziej państwowy sektor będzie sprzedawać i kupować między sobą. Cena oczywiście będzie zależała od politycznych chodów w rządzie, a nie od rzeczywistej wartości towaru.

I tak po niemal 30 latach wracamy do sytuacji, kiedy to państwo decyduje, co jest ile warte. A to może zwiastować tylko jedno: trzymajcie się za portfele. Bo cudów nie ma, ktoś rachunek za likwidację wolnego rynku i utrzymywanie coraz bardziej archaicznej struktury wytwarzania, opartej o węgiel, zapłaci. Jeśli nie w cenie samej energii, to w jakiejś daninie. Kreatywność rządów w dziedzinie wyciągania pieniędzy od obywateli granic nie ma, wiadomo to doskonale z historii.