Leszek Kadej: Czy sprostamy?

Koniec roku 2020 coraz bliżej

  • Rząd zdusił rozwój odnawialnych źródeł energii: farm wiatrowych, słonecznych, biogazowni, małych elektrowni wodnych.
  • Jeśli Polska nie wypełni celów unijnych, trzeba będzie dokupić zielonej energii od innych państw. To miliardy, które popłyną za granicę.
  • Współspalanie węgla z drewnem może okazać się języczkiem u wagi.


Cele unijnej polityki energetyczno-klimatycznej na 2020 rok sprowadzają się do hasła: 3 razy 20. To redukcja emisji CO2 o 20%, wzrost efektywności energetycznej o 20% i 20% energii z odnawialnych źródeł. Zwłaszcza w przypadku OZE liczba 20 może być myląca. Sposób obliczania udziału źródeł odnawialnych jest dość skomplikowany. Przede wszystkim 20 proc. OZE to średnia dla całej Unii.

Jedni więcej, drudzy mniej

Polska wynegocjowała z Komisją Europejską niższy cel, który uwzględnia poziom rozwoju gospodarczego naszego kraju. Zgodnie z tymi ustaleniami wykazać się za 2020 rok 15-procentowym zużyciem energii – prądu oraz ciepła – pochodzącej z odnawialnych źródeł (a także 10-procentowym jej udziałem w sektorze transportowym). Co to dokładnie oznacza?

W rozumieniu dyrektywy chodzi o udział energii z OZE w końcowym zużyciu energii brutto. Dlaczego mówimy tu o zużyciu? Ponieważ to nie to samo, co tzw. moc zainstalowana. Moc określa więc potencjał źródła energii, jednak w kalkulacji unijnej nie moc się będzie liczyła, ale to, w jakim stopniu źródła odnawialne zostały wykorzystane. Ile prądu dostarczyły.

Uwaga – to nie tylko prąd

Na cel unijny składają się wszystkie rodzaje zużywanej energii, nie tylko elektryczna. Wkład do końcowego zużycia brutto mają trzy sektory: elektroenergetyka, ciepłownictwo (wraz z chłodnictwem) oraz transport.
Sam prąd ma umiarkowane znaczenie dla unijnego celu.
Polska ustaliła z Komisją Europejską, że w ostatecznym wyniku 54 proc. udziału będzie miało ciepłownictwo, prąd – 25 proc., a transport – 21 proc. Ważny jest więc wkład źródeł odnawialnych do zużytej energii elektrycznej, w produkcji zużytego ciepła oraz w zużytym w transporcie paliwie.

Najwięcej zależy od ciepłownictwa

Czyli produkcji tzw. zielonego ciepła. W praktyce mamy jedno znaczące źródło – spalanie biomasy. 70 proc. całej energii z OZE w Polsce pochodzi ze spalania biomasy, w większości drewna do ogrzewania. Przy czym spora część tej wielkości jest wyliczana metodami czysto statystycznymi. Jak bowiem sprawdzić, ile drewna płonie w piecach i kominkach gospodarstw domowych i jaka to część zużywanej energii? To oszacuje GUS.
Na podstawie ankiet, przeprowadzanych w wytypowanej grupie gospodarstw. Obliczenie produkcji energii na większą skalę – głównie w lokalnych ciepłowniach na biomasę – przychodzi znacznie prościej.
GUS precyzyjnie wyliczył, że udział OZE w produkcji ciepła wszelkiego rodzaju wyniósł w 2016 roku 14,7 proc. Jest to wynik w miarę przyzwoity. Co więcej z roku na rok rośnie, więc mamy szansę spełnić zaplanowany do 2020 roku cel. Musimy jednak pamiętać, że zielone ciepło wymaga odpowiednich zachęt i wsparcia, ponieważ ciepło z biomasy jest zazwyczaj droższe niż z węgla.

Znacznie gorzej jest z elektroenergetyką

Przez kilka lat udział OZE w produkcji zużytego prądu rósł. W latach 2015-16 przekraczając 13%.  z tendencją spadkową. Ta najpewniej utrzymuje się do dzisiaj. Nawet przedstawiciele rządu przestali ostatnio robić dobrą minę do złej gry i zaczęli przyznawać, że cel w tym obszarze (15%) jest prawdopodobnie nieosiągalny. Zużycie prądu rośnie, a nowych OZE przybywa powoli. Lukę szybko i relatywnie tanio byłyby w stanie wypełnić wiatraki, ale ustawa odległościowa skutecznie zablokowała rozwój energetyki wiatrowej, przynajmniej na dwa ostatnie lata.

Jeśli chodzi o inne źródła, to elektrownie wodne, nawet zakładając szybki wzrost ich mocy nie są w stanie dostarczyć brakującej energii. Znaczenie fotowoltaiki i biogazu jest marginalne i w ciągu dwóch lat ich wkład gwałtownie nie wzrośnie.

Przesądzi współspalanie?

Przez kilka lat powszechnym procederem w polskiej energetyce było współspalanie drewna z węglem. Dodatek np. 15% drewna do węgla brunatnego powodował, że na papierze elektrownia produkowała 15% zielonego prądu. Czyli całkiem sporo. Od 2016 roku rząd obciął o połowę wsparcie dla współspalania, co spowodowało odchodzenie od niego. Z powodu załamania się ceny zielonych certyfikatów, na Towarowej Giełdzie Energii, współspalanie stało się kompletnie nieopłacalne. I oto niespodziewanie w ostatnich miesiącach ich cena niespodziewanie wzrosła. Zachodzi wręcz podejrzenie, że nastąpiło to w wyniku celowej manipulacji mającej przywrócić opłacalność współspalania.

 

Polityka rządu doprowadziła do tego, że od 2016 roku praktycznie nie przybywa źródeł odnawialnych. Właściciele wielu farm wiatrowych stoją na skraju bankructwa. Nie jest to klimat do podejmowania nowych inwestycji. Nieprędko też powstaną nowe biogazownie czy małe elektrownie wodne. Fotowoltaika rozwija się wprawdzie dynamicznie, ale do końca 2020 roku nie będzie miała znaczącego wpływu na spełnienie unijnego celu.

W tej sytuacji może okazać się, że osiągnięcie 15% udziału OZE w zużyciu prądu będzie możliwe jedynie wtedy, kiedy wzrośnie produkcja energii w procesie współspalania. Procederze, który w nowej perspektywie unijnej 2021-30 będzie zakazany, a który przez kilkanaście lat był przez nas, podatników, dofinansowywany w ramach systemu zielonych certyfikatów…

A jeśli nie sprostamy?

Rząd przez długi czas twierdził, że problemu roku 2020 nie ma. Jednak ostatnio nie mógł już zaprzeczać oczywistym faktom i jego przedstawiciele zaczęli przyznawać, że unijnego celu możemy nie spełnić.

Trzeba będzie płacić, a dokładniej dokonać transferu statystycznego, czyli dokupić brakujący wolumen zielonej energii od tych państw, które będą miały nadwyżkę. A będą takie. Wartość takiego zakupu idzie w miliardy, które zupełnie bezużytecznie dla polskiej energetyki popłyną za granice.

📻 Beata Wiszniewska: KONIEC WSPÓŁSPALANIA!