Leszek Kadej: Coś drgnęło

Zdrowy rozsądek przebija się z trudem.

fot. pixabay.com

Rządy i politycy zazwyczaj mówią jedno, a robią drugie. A to, co mówią brzmi znacznie mądrzej, niż to, co później robią. Nie inaczej bywa u nas, ale ostatnio pojawiło się kilka przykładów świadczących, że można głupio mówić, a robić już trochę mniej głupio.

Węgiel dalej ma być w Polsce podstawą w wytwarzaniu energii, bo jest własny, co gwarantuje tzw. bezpieczeństwo energetyczne. To typowe hasło-wytrych, może znaczyć dosłownie wszystko, zależnie od bieżących potrzeb. I to jest właśnie głupie gadanie rządu, bo jego przedstawiciele w kółko to powtarzają.

Wiatr od morza
Tymczasem największy polski koncern energetyczny, kontrolowany przez ten sam rząd, ogłasza może jeszcze nie strategię, ale wizję. Ta wizja to wiatraki na morzu (offshore) plus duże elektrownie gazowe.

Czyli coś dokładnie odwrotnego, niż widzimisię rządu i partii u władzy. Za to całkowicie zbieżne z trendami rozwiniętego świata. Koszty budowy offshore maleją z dnia na dzień i wszystko wskazuje na to, że w następnej dekadzie wiatraków na morzu przybędzie znacząco. Na polskim Bałtyku także, bo kilka dni wcześniej wejście w ten interes – do spółki z polską prywatną firmą – zapowiedział norweski gigant energetyczny Statoil. A elektrownie gazowe potrzebne są do produkcji energii w czasie słabszego wiatru na morzu.

Przy okazji można tutaj rozwiać popularny mit, jakoby morskie wiatraki dostarczały energii tylko przez połowę czasu. Otóż kręcą się one przez 90 proc. czasu, tylko nie zawsze z maksymalną mocą. W sumie ich moc wykorzystana jest mniej więcej w połowie, ale wskaźnik ten będzie rosnąć, bo wiatraki są coraz doskonalsze i do kręcenia się potrzebują coraz słabszego wiatru. Ale teraz i tak jest nieźle, zważywszy, że paliwo jest za darmo.

Wiatr w polu
Mało tego, rząd przyjął właśnie projekt nowelizacji ustawy o OZE, który przy okazji luzuje nieco śrubę, dokręconą lądowej energetyce wiatrowej w 2016 roku. Co prawda zakaz rozpoczynania budowy wiatraków w odległości od zabudowań mniejszej niż 10-krotność ich wysokości zostaje, ale cały szereg pomniejszych zmian ułatwi życie inwestorom i pozwala im na dostawienie w Polsce całkiem sporej liczby wiatraków o pokaźnej mocy.

Plotka głosi, że na posiedzeniu rządu najtwardsza w całym gabinecie przeciwniczka wiatraków – pani minister edukacji, która kiedyś obiecywała, że załatwi całą branżę –wykonywała co prawda gesty Rejtana, ale nic nie wskórała. – Idziemy z wiatrakami na ugodę – można było usłyszeć od jednego z ministrów.

Taniec ze smogiem
Ale to jeszcze nie koniec. Rząd po cichu podjął próbę ponownego przemycenia do przepisów możliwości wprowadzania opłat za wjazd do centrów miast samochodami spalinowymi. Przepis ten uważany jest za potężny oręż w walce o czyste powietrze. O tyle uzasadniony, że w dużych polskich miastach z samochodów pochodzi prawie dwie trzecie trucizn, wdychanych przez mieszkańców. Za pierwszym razem się nie udało, rząd – jakby z ulgą – gładko zrezygnował z opłaty, kiedy tylko poseł – reprezentujący rzekomą opozycję – zakrzyknął, że w ten sposób centra zostaną otwarte dla bogatych, a zamknięte dla biednych. Jeżeli w krótkim czasie rząd podejmuje ponowną próbę, to może to świadczyć na przykład, że dogadał się po cichu, żeby takich wystąpień już nie było.

Aby jednak nie było zbyt różowo, to w ramach jakoby walki ze smogiem rząd przyjął projekt dotyczący norm jakości węgla. Nie warto wchodzić w szczegóły, wszystko napisane jest tak, żeby przypadkiem nie zaszkodzić żadnej z krajowych kopalni. Bo wiele z nich wydobywa i sprzedaje coś, co tylko z nazwy i koloru jest węglem. Regulacja jest w większości fikcją, w dodatku można się w ciemno założyć, że wejdzie w życie na tyle późno, iż za rok będziemy mieli dokładnie taką samą sytuację jak teraz.

A jeżeli chodzi o zakaz sprzedaży do sektora komunalno-bytowego groźnych, acz popularnych substancji zwanych mułami i flotami, to wieść gminna niesie, że zostanie on ominięty z dziecinną łatwością. Na przykład polskie muły zmaterializują się za czeską granicą, gdzie każdy będzie mógł sobie kupić do woli. O ile Czesi wcześniej nie zakażą wwożenia do swojego kraju gór niebezpiecznych trucizn.

Smogu od tego pewnie nie ubędzie ani grama, bo rząd próbuje walczyć ze skutkami palenia węglem, a nie z przyczyną – czyli samym używaniem węgla do indywidualnego ogrzewania. A to parę milionów ton rocznie, dla państwowej branży górniczej być albo nie być.

W sumie, jak na polską rzeczywistość można przyznać, że coś drgnęło. Rewolucji jeszcze nie widać, ale co poniektórzy najwyraźniej po cichu pogodzili się z faktami i z rzeczywistością. A to może wyjść nam tylko na dobre.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here