Leszek Kadej: Co by tu… poudawać?

Kolejne rządy boją się zainwestować w OZE. A twierdzą, że dbają o gospodarkę.

Jeżeli chcemy sensownie planować rozwój gospodarczy, musimy zadbać o odpowiednią ilość energii. Najlepiej na wiele lat w przód. Tymczasem kolejne rządy – bo obecny nie jest tu wyjątkiem – brną w tymczasowość, odsuwając w nieskończoność podjęcie jakichkolwiek wiążących decyzji. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: skoro dana decyzja nie zapada, oznacza to ni mniej ni więcej, że jest ciężkostrawna politycznie. Ministrowie lubią powtarzać, że są za coś odpowiedzialni. Ale dopóki odpowiadają co najwyżej stołkiem, a nie własnym portfelem, to taka odpowiedzialność jest po prostu fikcją.

Węgiel na Śląsku skończy się za 20 lat
Dziś z rządu płynie w zasadzie tylko jeden spójny przekaz. Że w 2050 roku połowę energii elektrycznej będziemy produkować z węgla. Załóżmy chwilowo, że bierzemy to za dobrą monetę, nie patrząc na inne okoliczności, typu zobowiązania klimatyczne. W takim scenariuszu Polska szykuje się do roli wielkiego importera węgla, pewnie największego z rozwiniętych państw świata. Bo polskiego węgla w takim horyzoncie nie wystarczy, żeby nakarmić odpowiednią produkcję elektrowni węglowych.

Przy niezmienionym poziomie wydobycia – a rządzący deklarują, że chcą go utrzymać – w miarę dostępny węgiel, jako takiej jakości, na Górnym Śląsku skończy się najdalej za 20 lat. Pewnie, zostanie go jeszcze mnóstwo, bo pokłady ciągną się osiem kilometrów w głąb. Można snuć wizje automatycznej kopalni bez udziału ludzi fedrujących dwa, trzy czy cztery kilometry pod ziemią. Prawdopodobnie państwo będzie próbowało coś takiego zbudować. Państwo, bo żaden prywatny inwestor złamanego grosza na coś takiego nie wyłoży. Ale jak zwykle pieniędzy nie starczy i skończy się na imporcie, najpewniej z Rosji, gdzie cena – jak słusznie mawiał pewien minister – jest ustalana administracyjnie, w zależności od potrzeb politycznych.

Trzeba powiedzieć sobie jasno. Hasło 50% prądu z węgla w 2050 roku – jeżeli zostanie zrealizowane – oznacza masowy import węgla, a wszystkie nowe elektrownie węglowe będą już za kilkanaście lat napychać portfele oligarchom ze Wschodu. Ale na razie udajemy, że tak nie jest.

Obecny rząd twierdzi, że zbuduje atom, żeby dłużej utrzymać przy życiu węgiel. To tak, jakby dla stwierdzenia zgonu wybudować supernowoczesny szpital.

Może atom… Tylko po co?
A inne decyzje? Na przykład elektrownia jądrowa. Atom to źródło energii, technologicznie dopracowane i prawie zupełnie nieuciążliwe. Budzi wprawdzie wątpliwości społeczne co do bezpieczeństwa, skoro według najnowszych badań CBOS przeciwko jej budowie jest 50% mężczyzn i aż 80% kobiet, ale z atomem jest też inny problem. Dziś koszty i czas budowy każdego nowego projektu należy na dzień dobry pomnożyć przez dwa albo i przez trzy.

Elektrownia jądrowa generacji III+ ma to do siebie, że w realiach rynkowych nie da się jej zbudować w terminie i w budżecie. I to w zasadzie kończyłoby każdą rozsądną dyskusję, ale obecny rząd wspina się wyżej, twierdząc, że zbuduje atom po to, żeby dłużej utrzymać przy życiu węgiel. To tak, jakby dla stwierdzenia zgonu wybudować supernowoczesny szpital. Rzecz jest tak oczywista, że przynajmniej część rządu zdaje sobie już z tego sprawę. Ale inna część udaje, że atom tu i teraz to jednak sensowny pomysł.

Inwestycja w OZE nie da efektu politycznego
W krajach rozwiniętych – a na tle świata Polska takim jest – odnawialne źródła energii zaczynają przyciągać większość pieniędzy, które inwestuje się w energetykę. Tylko że są to pieniądze prywatne. Dość wspomnieć o planach amerykańskich gigantów energetycznych. Ale Polska to nie Ameryka. Tutaj prywatny jest wrogiem, zwłaszcza państwowych molochów energetycznych.

W Polsce fundusze w energetyce są mniej lub bardziej kontrolowane przez rząd. A to oznacza, że o tym, gdzie trafią, będą decydować polityczne interesy. Najprościej jest zaskarbić sobie wdzięczność i podziw wyborców, uruchamiając jakąś gigantyczną, centralną budowę. OZE z definicji są zdecentralizowane, więc kierowanie tam pieniędzy nie ma odpowiedniego efektu politycznego. Z takiego punktu widzenia wsparcie dla OZE jest złem koniecznym, na dokładkę narzuconym z zewnątrz, czyli z Brukseli. Czyli trzeba będzie źródła odnawialne gnębić, udając, że się im pomaga.

Mamy więc udawanie do sześcianu. Niestety, historia uczy, że na udawaniu można całkiem daleko zajechać. A ci, co udają, zazwyczaj nie ponoszą żadnych konsekwencji. Co najwyżej stracą stołek.