JAK TO JEST W STANACH? (skupienia informacji) – pisze Jakub Dymek

Chodzi o jakieś plus minus 5 eksabajtów kontentu

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak. 7″23″

 

W 2010 roku Eric Schmidt, jeden z prezesów Google, podczas konferencji wyrzucił z rękawa ciekawostkę, która zszokowała słuchaczy. Co dwa dni użytkownicy sieci produkują tyle informacji, ile cała ludzka cywilizacja wytworzyła… od zarania dziejów do 2003 roku. Schmidt nie wpadł na to sam: opierał się na kalkulacjach, jakich w ramach projektu superkomputerowego w IBM dokonał badacz, Dave Turek, a przed nim próbowali tego naukowcy z kilku innych ośrodków akademickich.

Według szacunków Turka chodzi o pięć eksabajtów informacji – eksabajt to trylion (dziesięć do potęgi osiemnastej) bajtów. Biblioteka Kongresu Amerykańskiego – największy zbiór tekstów na kontynencie – spisana w całości zmieściłaby się w eksabajcie sto tysięcy razy. Oczywiście, kalkulacje Turka (i wcześniejsze szacunki) są orientacyjne, a samo zadanie doliczenia się wszystkich informacji wyprodukowanych przez ludzi ma raczej teoretyczny charakter. Jednak problem jest jak najbardziej realny.

długi czas uznawano, że problem nadprodukcji treści – lania wody – to wynik ludzkiej skazy: grafo- i megalomanii.

Czasy, gdy jeden człowiek mógł porwać się na przeczytanie wszystkiego, co zostało napisane na świecie (a byli tacy śmiałkowie!) skończyły się mniej więcej z początkiem renesansu i rewolucją gutenbergowską. Każda późniejsza epoka narzekała na zalew informacji – kontrreformacyjny kościół załamywał ręce nad powodzią druków i pamfletów, wiktoriańscy Anglicy bali się niekończącego strumienia telegramów, amerykańscy demokraci w latach 30. z przerażeniem słuchali, co wylewa się z radia. Powódź informacji stała się szczególnie popularnym hasłem w ostatniej dekadzie, ale metaforyka wody opisywała kolejne fale (no właśnie) rewolucji komunikacyjnych już wcześniej.

Przez długi czas uznawano, że problem nadprodukcji treści – lania wody – to wynik ludzkiej skazy: grafo- i megalomanii, szału katalogowania, rozrostu biurokracji i innych społecznych fenomenów nowoczesnego, piśmiennego społeczeństwa. Konserwatywna w duchu krytyka tych procesów niejako od zawsze ubolewała nad groszowymi powieściami i powstaniem tabloidów, nad namnożeniem się kanałów telewizyjnych, pędem ku tworzeniu więcej i więcej, kultem amatora. Upowszechnienie się internetu wznowiło tę dyskusję – dając nowe argumenty zarówno pesymistom, jak i optymistom.

to nie ludzie – a maszyny – leją wodę wodospadem danych, z którymi nie do końca wiadomo, co zrobić.

W ostatnim dziesięcioleciu coś się jednak zmieniło. Kryzys prasy papierowej, następnie umasowienie się mediów społecznościowych i zmiana nawyków komunikacyjnych, która objęła miliardy użytkowniczek i użytkowników, kazały postawić nowe pytania. Obawa przed zalewem amatorszczyzny odrobinę zelżała – nie spełniły się apokaliptyczne przepowiednie o ostatecznym końcu wydawnictw książkowych i muzycznych, które cyfrowe tsunami miało zmieść z powierzchni Ziemi. Dalej dyskutowano losy debaty publicznej po upadku gatekeeperów – strażników, jakimi niegdyś były duże redakcje, gremia naukowe, instytucje kontrolne – którzy na dobre i na złe pilnowali pewnych reguł. Jednak nie dało się już dłużej ignorować tego, że to nie ludzie – a maszyny – leją wodę wodospadem danych, z którymi nie do końca wiadomo, co zrobić.

Każdy login do strony internetowej, każde zameldowanie się telefonu w systemie GPS, każda transakcja finansowa – wszystkie te idące w setki miliardów dziennie aktywności – są automatycznie zapisywane i lądują w chmurze, czyli tak naprawdę nie w powietrzu i próżni, ale całkiem realnie istniejących serwerach rozsianych po świecie. Stworzyliśmy systemy, które na masową skalę, bez naszego świadomego udziału całą dobę produkują nieprzebrane morze informacji, przy którym niedawne narzekania na grafomanię i zalew amatorszczyzny stają się błahostką. Choćby wszyscy grafomani świata rzucili się do całodobowej pracy na sterydach, choćby jakimś cudem każdy i każda założyła bloga czy własny kanał na YouTube – ba! – pięć miliardów blogów i wideoblogów dla każdego na planecie. Nasz problem z informacjami od dawna nie dotyczy już ludzkiej twórczości.

do wszechobecnych informacji zaczęliśmy się odnosić, jak do powietrza; czegoś, co nas otacza i bez czego nie możemy żyć, ale zanieczyszczone czy zatrute jest śmiertelnym zagrożeniem.

Ale, co arcyciekawe, za tym spostrzeżeniem zmienił się język i metaforyka, jakim opisujemy problem. Woda ustąpiła powietrzu. Jeden z artykułów o nadprodukcji informacji przynosi zgrabną listę określeń, jakie w ostatnich latach na ten temat wymyślili obserwatorzy. Uduszenie informacjami, smog informacyjny, informacyjne zanieczyszczenie – wszystkie związane są z oddychaniem. To znaczące, że do wszechobecnych informacji zaczęliśmy się odnosić, jak do niewidzialnego powietrza; czegoś, co nas otacza i bez czego nie możemy żyć, ale zanieczyszczone czy zatrute jest śmiertelnym zagrożeniem. I jakże to trafne. Woda wszak też jest potężnym żywiołem, ale od rwącego prądu albo nawet od powodzi można uciec – powietrze otacza nas zawsze.

Ta zmiana językowa (i stojąca za nią zmiana w myśleniu) ma dwa wymiary. Jeden uświadamia nam nieuchronność i wszechobecność zmiany – bo nikt chyba nie łudzi się, że informacji nie będzie już tylko więcej, a ich chmura nie będzie pęcznieć. Drugi wymiar jest nieco mniej złowrogi – skoro komputery produkują całe to informacyjne zanieczyszczenie i smog, to czy nie możemy czuć się rozgrzeszeni z lania wody?

To w pewnym sensie wyzwalające, że po raz pierwszy od pięciu stuleci nie jesteśmy już jedynymi winnymi informacyjnej powodzi – grafomania i amatorszczyzna jeszcze (w dobie twórczości algorytmów i automatyzacji produkcji kulturalnej) same doczekają się przewrotnego renesansu. Lanie wody może za to okazać się w cenie.



REO POLECA

📻 LUDZKOŚĆ: Stan na przełom 2018 i 19. Ważny tekst Jacka Kotarbińskiego