📻 REO GLOBAL: Lajki, dolary i demokracja

Suwerenność narodowa w epoce cyfrowego kapitalizmu jest mrzonką

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego tekstu. Czyta Hubert Augustyniak. ’17”40



W 2007 roku ekonomista Dani Rodrik sformułował hipotezę trylematu globalizacji brzmi zawile, ale tak naprawdę jest prostą i intuicyjnie zrozumiałą diagnozą być może najważniejszego wyzwania, przed jakim w drugiej dekadzie XXI wieku stanął świat. Rodrik mówi, że nie możemy mieć dłużej wszystkich trzech rzeczy, na jakich ufundowany był wymarzony ład Zachodu pod koniec XX wieku: demokracji, nieskrępowanej globalizacji gospodarczej i suwerenności państw. Z tej trójki możemy sobie pozwolić na dwie. Wybór nie jest łatwy, a każda jego konsekwencja przynosi ze sobą widma, które rzekomy koniec historii miał ze świata raz na zawsze przegnać: nacjonalizm, protekcjonizm i izolację, wojny handlowe, populizm i autokratyczne tendencje.


Możemy – przestrzegał Rodrik – przejrzeć się w zatem w trzech wariantach nowego porządku demokracja-globalizacja-suwerenność. Możemy mieć zglobalizowany świat i demokratyczne państwa – co miała na skalę kontynentu gwarantować Unia Europejska – ale ucierpi na tym autonomia i suwerenność państw narodowych. Po decyzji obywatelek i obywateli Wielkiej Brytanii, aby UE opuścić, i przy trwałych napięciach między poszczególnymi krajami członkowskimi a administracją Komisji Europejskiej, nawet nie trzeba tłumaczyć, jakie ryzyko przynosi ten wariant.

Gospodarcza globalizacja będzie nas kosztować ograniczenie demokracji lub suwerenności.

Możemy też mieć państwo narodowe i globalizację – ale państwo, które integruje się z globalną gospodarką kosztem wolności decydowania o polityce społecznej, energetycznej czy finansowej, siłą rzeczy ogranicza przestrzeń demokracji. O tym z kolei przypomina nam klęska lewicowej trzeciej drogi i gnicie w prawie całym zachodnim świecie politycznego centrum – które utożsamiane jest z bezosobowymi, odklejonymi od rzeczywistości, uwiązanymi różnymi zewnętrznymi interesami rządami meryto- i technokratów, którzy na niewiele mają wpływ.

Możemy więc też mieć państwo narodowe i demokrację – ale wówczas kosztem ponadnarodowej integracji gospodarczej i politycznej wraz z jej instytucjami. Coś za coś – mówił w najprostszy sposób Rodrik. Gospodarcza globalizacja będzie nas kosztować ograniczenie demokracji lub suwerenności.

Globalizacja 4.0
Gdy Rodrik przedstawiał ten problem w 2007 roku, świat był trochę innym miejscem. Pierwszy Iphone dopiero czekał na swoją premierę, Facebook wciąż był daleko w tyle za ówczesnym gigantem mediów społecznościowych MySpace, a Google ledwo co łapał się na listę 500 największych firm na świecie. Dekadę temu cztery z pięciu najwyżej wycenianych spółek na świecie zajmowały się starym biznesem: surowcami, produkcją artykułów przemysłowych, bankowością. Cztery z nich były tradycyjnymi korporacjami zatrudniającymi setki tysięcy ludzi i mogącymi pochwalić się długoletnią historią. Wyjątkiem był Microsoft.

To banał, ale w kapitalizmie platform globalizacja nie ma już logo McDonalds’a, IKEI czy Nike.

Dziesięć lat później pięć najwyżej wycenianych firm na świecie zajmuje się bez wyjątku biznesem cyfrowym: Apple, Alphabet/Google, Microsoft, Amazon i Facebook. Ostatni na tej liście powstał mniej niż 15 lat temu i w 2007 roku nie był nawet notowany na giełdzie. Dziś Facebook wyceniany jest na 414 miliardów dolarów – po 20 milionów na każde miejsce pracy w firmie[->]. General Motors – firma synonim przemysłowego kapitalizmu drugiej połowy XX wieku – w przeliczeniu na jedno miejsce pracy jest warta niemalże… stokrotnie mniej. To banał, ale w kapitalizmie platform globalizacja nie ma już logo McDonalds’a, IKEI czy Nike.

Dziś Zachód w trójkącie między globalizacją, demokracją i suwerennością szuka przede wszystkim tej ostatniej: czy to w Ameryce Donalda Trumpa, czy pokryzysowej Grecji albo Wielkiej Brytanii po referendum Brexitowym. Odzyskanie kontroli – w Ameryce nad granicami, w Grecji nad systemem finansowym, w Wielkiej Brytanii nad rynkiem pracy – było hasłem przewodnim najważniejszych wyborów ostatnich lat. Za każdym razem więcej kontroli na poziomie kraju oznaczać musi mniej globalizacji.

Ale paradoks globalizacji tylko się zaostrza: globalizacja dziś to Facebook, Google i Amazon. To korporacje, które w jeszcze mniejszym stopniu poddają się narodowej kontroli i regulacjom. A z różnych nacjonalistycznych i suwerennościowych pomysłów mogą sobie wprost kpić.

I najlepiej widać to tam, gdzie dotychczas państwo narodowe miało historyczny monopol: na ustalanie i ściąganie podatków.

Suwerenność jako źródło nieszczęść
Na początku stycznia Apple ogłosił, że przenosi do Stanów blisko ćwierć biliona (!) dolarów zysków, które wcześniej firma trzymała na kontach poza granicami kraju. To zaś oznaczało, że Apple zapłaci jednorazowo 38 miliardów podatku dla amerykańskiej skarbówki. To więcej niż całe roczne wydatki budżetowe Słowacji czy Ukrainy, więcej niż roczny produkt krajowy brutto państw z dołu pierwszej setki listy Banku Światowego, mniej więcej tyle ile najwięksi członkowie NATO – z wyjątkiem USA – wydają rocznie na obronność. Apple za jednym zamachem zapłaci ponad 10% wszystkich (!) wpływów z podatku od korporacji, jakie rocznie notuje amerykański budżet i więcej, niż wynoszą wszystkie wpływy budżetowe z ceł i taryf.

Donald Trump obiecywał, że weźmie się za barki z tymi, którzy wyprowadzają z Ameryki miejsca pracy, zaś jego doradca Stephen Bannon był największym zwolennikiem gospodarczego nacjonalizmu, jaki od dawna postawił stopę w Białym Domu. Fakt, że Apple zapłaci podatki w USA – dodatkowo obiecując zarazem nowe inwestycje i stworzenie 20 tysięcy miejsc pracy – może wyglądać jak tryumf nowej, bardziej narodowej polityki gospodarczej nad bezhołowiem globalizacji. Nic bardziej mylnego. Apple zdecydował się na ten krok po reformie prawa podatkowego przez urzędującą administrację – i na zapłaceniu 38 miliardów podatku tak naprawdę… oszczędził.

Technologiczni giganci z wielkiej czwórki obracają kwotami, które przewyższają budżety wielu krajów.

Pozwolę, żeby wytłumaczył to za mnie Josh Hoxie z Institute of Policy Studies: – Zacznijmy od dolarów. Apple ma za granicami USA 252 miliardy dolarów zysków, z których nie musi odprowadzać podatków. To ponad 90% podręcznej gotówki firmy. Zyski te podlegałyby opodatkowaniu od razu po sprowadzeniu ich do USA. Przed reformą podatkową [z listopada 2017] firma zapłaciłaby 78,6 miliarda dolarów. Apple nie chciał tyle płacić, więc latami trzymał zyski zagranicą. Przez ten czas ta firma i jej podobni uparcie walczyli, aby zmienić prawo podatkowe na swoją korzyść. Sam Apple wydał w trzecim kwartale 2,3 miliona dolarów na lobbing. Czterej pozostali giganci technologiczni – Microsoft, Facebook, Alphabet (który posiada Google) i Amazon – dorzucili kolejne 14 milionów.

Za swoje wysiłki tytani Doliny Krzemowej zostaną sowicie wynagrodzeni. Teraz ich zagraniczne przychody będą opodatkowane jednorazowo stawką 15,5% podatku repatriacyjnego. A wszystkie zyski korporacyjne zostaną obłożne podatkiem CIT 21%, obniżonym z wcześniejszego pułapu 35%.

A więc te 38 miliardów podatku, który zapłaci Apple, oznacza tyle, że firma skutecznie uniknęła ponad 40 miliardów, które należałyby się w innym wypadku. […] Wydanie milionów na lobbing, aby zaoszczędzić dziesiątki miliardów w podatkach, to nie poczuwanie się do odpowiedzialności za kraj i społeczeństwo. To akt chciwości na użytek akcjonariuszy, którzy nieźle na tym wyszli. Reszta z nas dała się nabrać.

Te liczby nie służą wyłącznie temu, by robić wrażenie (choć powinny). Gdy zaczynamy operować w kategoriach setek miliardów lub biliona w zasięgu jednej firmy lub kilku zaledwie firm z jednej branży, mówimy o jakościowej zmianie. Zglobalizowany kapitał takiej wielkości naprawdę uwalnia się od państwa. To, co na pozór wygląda jak krok w stronę wzmocnienia państwa – repatriacja olbrzymiej sumy – faktycznie jest kolejnym dowodem na coś przeciwnego. Technologiczni giganci z wielkiej czwórki obracają kwotami, które przewyższają budżety wielu krajów – oraz mogą realnie współdecydować o kształcie amerykańskich wydatków federalnych.

Co łaska od korporacji
Przykład Apple nie jest wyjątkiem, pomimo że unikanie opodatkowania jest kolejny rok z rzędu globalnym tematem i walkę z tym procederem podejmują zarówno rządy narodowe (polski czy brytyjski), jak i instytucje ponadnarodowe. Raczej regułą jest to, że to korporacje same z dużą dowolnością decydują, jak chcą (lub nie chcą) być opodatkowane. Narodowa suwerenność i demokratyczny proces stanowienia prawa są postawione na głowie – firmy mają przywilej decydowania o tym, jak chcą się rozliczać, zaś parlamenty krajowe mają zdolność przegłosować dla nich kolejne ulgi lub wyjątki, ale nie są w stanie wyegzekwować podwyżek bądź zaległości.

Nawet represyjne reżimy, chcące – potocznie mówiąc – cenzurować internet, odkrywają, że ich władza sięga krajowych kabli i serwerów – ale i na nich się kończy.

Pod koniec 2017 roku również Facebook zadeklarował, że planuje nie księgować swoich przychodów z reklam w Irlandii – gdzie obowiązuje niski podatek i gdzie mieści się siedziba firmy w Europie – ale w kraju, gdzie zostały uzyskane. W teorii może być to krok w stronę zwiększenia suwerenności wobec globalizacji. W praktyce? Irlandzki ekonomista i ekspert Ministerstwa Finansów w Dublinie, Seamus Coffey, przekonuje, że wcale nie oznacza to, że Facebook zacznie płacić więcej podatków. Firma z Kalifornii już wcześniej rozliczała się w Wielkiej Brytanii, gdy jednak z roku na rok zadeklarowała ponad 600 milionów więcej zysku w Zjednoczonym Królestwie, natychmiast zgłosiła też kolejne 450 milionów kosztów i o 70 milionów wyższe koszty administracyjne. Efekt: należny podatek korporacyjny wzrósł o niecały milion funtów. Po ulgach i odliczeniach Facebook UK zapłacił 2,6 miliona funtów podatku.

1
2