📻 Krzysztof Garwatowski: Bzdura chwytliwie opakowana

Nie rozumiemy treści etykiet i łatwo nas złapać na modne hasła

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


 

Woda bez tłuszczu, antysmogowy węgiel, dietetyczny majonez, woda bez GMO czy bezglutenowe płatki kukurydziane – specjaliści od marketingu napiszą na opakowaniu dowolną bzdurę, żeby tylko złapać na nią naiwnych i opętanych modą poszukiwaczy zdrowych produktów.

Kto miał choć minimalną styczność z handlem, doskonale wie, jak ważne jest opakowanie towaru. Musi być atrakcyjne wizualnie, przyciągać wzrok i zachęcać do zakupu. To oczywiste oczywistości. Równie ważne jest to, co na opakowaniu napisane. Nikogo zatem nie zdziwi, że na etykietach i opakowaniach produktów wszelkiego rodzaju pojawiają się niedopowiedzenia, półprawdy, a czasem zwykłe ściemy i kłamstwa. Ich autorzy zwykle wychodzą z założenia, że jesteśmy niedouczeni, nie rozumiemy treści etykiet, a przede wszystkim łatwo nas złapać na hasła związane z ekologią, zdrowym trybem życia czy dietą.

KAŻDE płatki kukurydziane są bezglutenowe, a napisanie o tym na opakowaniu służy wyłącznie podbiciu ceny.

Często wykorzystują przy tym naszą naiwność i owczy pęd w podążaniu za modami. Bez GMO? Proszę bardzo! Może być nawet woda bez modyfikacji genetycznych, chociaż dalibóg w wodzie ani pół genu nie ma. (Pomijam tu świadomie całą kwestię tego, co o rzekomej szkodliwości GMO mówią badania naukowe – to temat-rzeka na co najmniej kilka tekstów). Niskotłuszczowa woda to jeszcze pikuś. W końcu nie ma w niej tłuszczu, więc w gruncie rzeczy etykieta nie kłamie. Chociaż robi, nomen omen, wodę z mózgu. Podobnie z bezglutenowymi płatkami kukurydzianymi – to też nie jest kłamstwo. Wystarczy jednak przypomnieć sobie, że kukurydza po prostu nie zawiera glutenu. Żadna i nigdzie. Zatem KAŻDE płatki kukurydziane są bezglutenowe, a napisanie o tym na opakowaniu służy wyłącznie podbiciu ceny. Płatki bezglutenowe potrafią być nawet dwukrotnie droższe od identycznych płatków, na których opakowaniu nie została zamieszczona taka informacja.

Problem zaczyna się, gdy w pogoni za zyskiem producenci umieszczają na opakowaniach prawdziwe bzdury.

Wilgotność do 20% to dla węgla bardzo dużo i oznacza, że płacimy za wodę jak za węgiel.

Węgiel antysmogowy. Na etykiecie czytamy, że jest zgodny z ustawą antysmogową i ma niską zawartość wilgoci. To dwie bzdury. Po pierwsze, nie ma ustawy antysmogowej. Są uchwały antysmogowe niektórych samorządów, chcących ograniczyć spalanie w piecach materiałów przyczyniających się do powstawania smogu. Po drugie, dokładna lektura specyfikacji rozwiewa złudzenia. Wilgotność do 20% to dla węgla bardzo dużo i oznacza, że płacimy za wodę jak za węgiel. Ta woda wylatuje potem kominem. Prawda jest taka, że antysmogowa skuteczność węgla jest taka, jak skuteczność stosowania szklanki wody jako środka antykoncepcyjnego. Żeby ją uzyskać, powinniśmy po prostu zrezygnować z palenia węglem. W ogóle.

nazwa light działa na podświadomość i wydaje nam się, że majonezu light możemy jeść dużo bez narażania się na tycie.

Majonez light. Jeden z ulubionych sosów jest, niestety, bardzo kaloryczny. Producenci wpadli więc na pomysł stworzenia wersji light i wmawiają nam, że możemy ją jeść bez obawy o tuszę. To oczywiście bzdura. Co prawda, majonez light rzeczywiście zawiera mniej tłuszczu i ma niższą wartość kaloryczną, ale nadal wysoką – łyżka majonezu light to ok. 70 kcal i 8 g tłuszczu, łyżka zwykłego majonezu – ok. 110 kcal i 12 g tłuszczu. Trudno zatem uznać go za produkt dietetyczny, a to właśnie sugeruje nazwa. Dodatkowo obniżenie zawartości tłuszczu osłabia smak. Żeby tego uniknąć, do majonezu light dodaje się więcej soli i substancji smakowych. Jednak prawdziwy problem leży gdzie indziej. Majonez (każdy, również ten light) pobudza apetyt i sprawia, że jemy więcej. Do tego nazwa light działa na podświadomość i wydaje nam się, że możemy go jeść dużo bez narażania się na tycie. Nic z tego! Jedyny sposób użycia majonezu to wyrzucenie z diety.

Podobnie ma się sprawa z margarynami, masłami i jogurtami light. We wszystkich tych produktach konieczne było zastąpienie tłuszczu innymi substancjami, które pozwoliły na utrzymanie smaku. I zwykle te dodatki nie są zdrowe.

Napoje gazowane typu cola light (wszystko jedno jak się nazywają – mogą być light, zero cukru, dietetyczne czy co tam jeszcze komu przyszło do głowy). Co prawda, zgodnie z deklaracją producentów, cukru nie zawierają, ale mają za to w składzie: barwnik: karmel E 150 d, kwas: kwas fosforowy, substancje słodzące: cyklaminian sodu, acesulfam K, aspartam, aromaty, w tym kofeina, regulator kwasowości: cytrynian trisodowy. Jednym słowem: czysta, żywa chemia. I znowu, niesieni modą na odchudzanie, czujemy, że pijąc taką bezcukrową colę, przestrzegamy dietetycznych reguł – i pijemy jej więcej. A wraz z nią więcej chemicznych składników. Każdy z nich działa na organizm.

Kwas fosforowy prawdopodobnie zwiększa ryzyko osteoporozy. Według różnych badań aspartam i acesulfam K, czyli słodziki, niszczą florę bakteryjną jelit, co może prowadzić do przewlekłych schorzeń, w połączeniu z kofeiną mogą powodować zaburzenia gospodarki hormonalnej i cyklu miesiączkowego, a w dużych dawkach powodują nawet sześciokrotny wzrost poziomu metanolu we krwi. Cytrynian sodu zaburza równowagę kwasowo-zasadową. Po opublikowaniu badań, z których wynikało, że w karmelu stosowanym do barwienia napojów zawarty jest 4-methylimidazol (4-MEI), substancja uznawana za rakotwórczą, największe koncerny oficjalnie ogłosiły, że zmieniają barwniki. Miejmy nadzieję, że dzisiaj używany karmel już go nie zawiera. Podsumowując, może i te napoje są light, ale na pewno nie są zdrowe. Wbrew temu, co sugeruje nazwa. Lepiej zastąpić je naturalnymi, wyciskanymi sokami owocowymi albo zwykłą wodą.

Napis bez dodatku cukru może oznaczać, że zamiast cukru użyto syropu glukozowo-fruktozowego zwiększającego zagrożenie zachorowania na cukrzycę typu drugiego.

Czytanie etykiet to nie lada sztuka. Nawet jeśli są na nich prawdziwe informacje, to są one poukrywane. Wielki napis 100% na kartonie soku wcale nie musi oznaczać, że jest to czysty sok bez dodatku wody i cukru. Przy liczbie może być dopisek malutką czcionką albo gwiazdka z odsyłaczem i dopiero po dokładnej lekturze doczytamy, że 100% owszem, dziennego zapotrzebowania na witaminę C, a poza tym to właściwie nie sok, tylko zwykły napój. Napis bez dodatku cukru często może oznaczać, że zamiast cukru użyto syropu glukozowo-fruktozowego, uzyskiwanego w wyniku chemicznego przetworzenia skrobi kukurydzianej, a powodującego szybkie tycie i zwiększającego zagrożenie zachorowania na cukrzycę typu drugiego (to tylko dwie z jego licznych, cudownych właściwości).

Kuriozalnym przykładem jawnego kłamstwa etykietowego był mus waniliowo-czekoladowy, w którym nie było ani czekolady, ani wanilii. Był za to pełen przeróżnych substancji identycznych z naturalnymi. Na szczęście nie ma go już na rynku.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podejmuje działania przeciwko nieuczciwym praktykom producentów, jednak tak naprawdę jesteśmy skazani na samodzielność.

Czy da się zmusić producentów, żeby przestali na etykietach łgać w żywe oczy? Niestety, nie. Prawo nigdy nie będzie wystarczająco szybkie i szczegółowe, żeby to osiągnąć. Trudno sobie wyobrazić ustawę lub rozporządzenie, które by dokładnie regulowały znaczenie pojęcia light dla wszelkich typów produktów spożywczych. Chociaż interwencje w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów powodują podejmowanie działań administracyjnych przeciwko nieuczciwym praktykom producentów, jednak tak naprawdę jesteśmy skazani na samodzielność. Albo będziemy pogłębiać wiedzę, czytać etykiety i starać się zrozumieć, co na nich napisane, albo świadomie podejmiemy ryzyko spożywania diabli wiedzą czego.

Jednak zawsze, gdy na opakowaniu zobaczymy wielkie litery z krzykliwym hasłem, odwołującym się wprost do najnowszej mody żywieniowej albo obiecującym niestworzone rzeczy, powinniśmy bardzo uważnie przestudiować etykietę. Cóż, żeby jeść naprawdę zdrowo, musielibyśmy mieć w kuchni wyłącznie własnoręcznie wyhodowane i zebrane warzywa i owoce oraz mięso i nabiał od zaufanego rolnika. W dzisiejszych czasach to raczej niewykonalne.



W przyszłym tygodniu zajmę się szarlatanami, którzy zbijają fortunę na chorobach i cierpieniu, oferując cudowne terapie w miejsce tradycyjnej medycyny. Ilu ludzi mają już na sumieniu?

Zapraszam do komentowania i przesyłania nominacji w Konkursie na Bzdurę Tygodnia. W tym tygodniu bezapelacyjnie nagrodę zdobywa program II Zlotu Zwolenników Czakramu wawelskiego za zestawienie w jednym ciągu skuteczności jasnowidzenia, seansu z udziałem medium, przebudzenia energii Śpiącego Rycerza z patriotyzmem gospodarczym i dyskusją nad nową Konstytucją RP. Polecam lekturę, wydatnie poprawia humor (nie czytać przy jedzeniu!).



REO poleca: 

Krzysztof Garwatowski: Magia to potęga!

Krzysztof Garwatowski
Rocznik 1967. Eksharcerz, eksnauczyciel, obecnie dyrektor programowy w wydawnictwie Pink Press. Aktywnie działa w społeczności lokalnej na warszawskiej Białołęce. Wyznawca nauki i wielbiciel science-fiction.