Hubert Bułgajewski: Konsumpcjonizm nas zje

Wszystko wskazuje na to, że niepohamowana chęć kupowania i posiadania, to jedna z głównych przyczyn niszczenia planety. Czy możemy to jakoś zatrzymać?

fot. unsplash.com, Lacey Williams

Zielony konsumpcjonizm albo odseparowanie wzrostu gospodarczego od zużycia energii i zasobów Ziemi, to iluzja. Iluzja, która ma za zadanie usprawiedliwiać obecny system gospodarczy prowadzący nas ku katastrofie. Trwały wzrost gospodarczy to oksymoron, bo doprowadzi do katastrofy.

Ludzka natura działa tak, że chcemy mieć wszystko i uparcie do tego dążymy lub dążyć próbujemy. Od początku swego istnienia człowiek chciał żyć wygodnie i w łatwy sposób zdobywać różnego rodzaju dobra. Dziś robimy zakupy – zdobywanie pożywienia nie polega na czasochłonnych polowaniach, lecz na wypadzie do supermarketu albo do restauracji. Z racji konsumpcji gospodarka, niemal wszystkich państw na świecie, oparta jest na wzroście gospodarczym i każdy kraj dąży, by wzrost ten trwał wiecznie. Wzrost gospodarczy jest wyznacznikiem stanu gospodarki danego państwa. Każdego kolejnego roku kraj musi wytworzyć więcej, więcej sprzedać i uzyskać większe dochody. Jeśli tak się nie dzieje, to zaczyna się recesja – kryzys gospodarczy, który może mieć wiele przyczyn. Dlatego też świat chce więcej, coraz więcej. Niestety, żyjemy na planecie o ograniczonych rozmiarach, z ograniczonymi zasobami. Wielu ekspertów i naukowców donosi, że nasz kapitalistyczny świat zderza się z tak zwanymi granicami wzrostu.

Zasoby się wyczerpują, kończą się powoli paliwa kopalne, a do tego zanieczyszczamy świat, niszcząc środowisko naturalne, które dostarcza nam wielu różnych dóbr. Spalając paliwa kopalne powodujemy, że klimat Ziemi staje się cieplejszy, co tylko przyspiesza nasze zderzenie z granicami wzrostu. Susze degradują tereny rolnicze, oceany podnoszą się i zalewają nisko położone tereny. Burze, huragany i powodzie powodują ogromne straty materialne. Ocieplający się klimat może nawet zdestabilizować funkcjonowanie niejednego państwa.

Konsumpcja stała się swoistym sposobem na wyniszczenie planety. To jednak do nikogo nie przemawia, bo wzrost gospodarczy musi trwać – jest podstawą ekonomii państwa. Sami producenci podkręcają wzrost, namawiając nas do kupienia tego czy owego. Stosują różne triki i zalewają wieloma kolorowymi reklamami. Reklama nie na darmo nazwana jest dźwignią handlu, państwo może zarobić dodatkowe miliardy.

Jeszcze 30 lat temu kupowanie wody w plastikowych butelkach byłoby uznane za niedorzeczne

Każda kolejna dekada, każde następne pokolenie, to nowe normy w konsumpcji. Jeszcze 30 lat temu kupowanie wody w plastikowych butelkach byłoby uznane za niedorzeczne, a dziś to przecież norma – nie pijemy wody z kranu, mimo że możemy sobie zapewnić czystą bieżącą wodę, nawet bez konieczności przegotowania. Dziś na całym świecie w minutę zużywa się milion butelek[->], a przemysł tworzyw sztucznych rysuje przed sobą świetliste perspektywy, szacując, że do 2021 roku zużycie to wzrośnie o 20%. Ten popyt na jednorazowe butelki obejmuje kolejne setki milionów ludzi w azjatyckich państwach, jak Chiny czy Indonezja. I nikt nie przejmuje się żadnymi ograniczeniami, czy kwestią skutków środowiskowych.

By jeszcze bardziej nakręcić handel i zyski, stworzono swoiste święta konsumpcji. W USA mamy Black Friday, czyli po prostu czarny piątek – święto zakupoholizmu, które przenosi się także do nas, do Polski. Tak po prawdzie jednak, to każdy weekend, urlop i piątek, to Black Friday. Wśród saun śnieżnych[->] – specjalnych pokoi generujących zimowe środowisko (deska ratunkowa przed skutkami globalnego ocieplenia, na razie dostępna dla mieszkańców Dubaju), czy wśród domowych urządzeń służących do podgrzewania/schładzania (inaczej niż w mikrofalówce) np…. arbuzów albo innych owoców, czy napojów[->]. A nawet… specjalnych smartfonów dla psów[->], byś miał z nimi zawsze kontakt i wiedział, co się dzieje z Twoim pupilem. Umilając, a co ważne ułatwiając sobie życie, możesz zrobić sobie naleśnika w PancaKeBot – drukarce naleśników 3D, która w dodatku może wykonać dla ciebie naleśnikową Mona Lisę lub Tadż Mahal[->]. Ostatecznym dziełem takiego życia jest perspektywa wyniszczenia planetarnego środowiska, a być może większości życia na Ziemi.  Stoimy nad brzegiem przepaści, ale w końcu świat musi iść do przodu, prawda?

Czy to daje nam jakiś dylemat, wyrzuty sumienia? Poprzez tzw. zielony konsumpcjonizm możemy pogodzić nieustanny wzrost z planetarnym przetrwaniem. Kupując dany produkt możemy być eko. Jednak seria prac badawczych pokazuje, że nie ma większych różnic w odcisku środowiskowym[->] między tymi, którzy starają się dbać o środowisko, a tymi, którzy nic pod tym kątem nie robią. W obu przypadkach emisje CO2 niewiele się różnią. Co ciekawe, ci, którzy identyfikują siebie jako świadomi konsumenci, zużywają nawet więcej energii[->] i przyczyniają się do większego spalania paliw kopalnych niż ci, którzy tego nie robią. Dlaczego? Dlatego, że świadomość ekologiczna najmocniej jest kierowana na grunt środowiska zamożnych ludzi. Tymczasem na stan naszej planety wpływa nie tyle nasze nastawienie, co nasze dochody, przekładające się na nasz poziom konsumpcji. Odcisk węglowy (emisje CO2 do atmosfery) i środowiskowy (zanieczyszczenia środowiska i wymieranie gatunków) u ludzi, którzy na niewiele mogą sobie pozwolić, jest to prostu mniejszy. Im jesteśmy zamożniejsi, tym większa jest nasza presja na środowisko, niezależnie od intencji. Z badań wiemy, że ci, którzy uważają się za konsumentów świadomych ekologicznie, koncentrują się głównie na zachowaniach mających niewielki wpływ na poprawę środowiska planety.

Wybieramy to, co jest dla nas wygodne i najprostsze, a potem szukamy sobie usprawiedliwienia.

Wybieramy tylko to, co jest dla nas wygodne i najprostsze, a potem szukamy sobie usprawiedliwienia. Decydujemy się na segregowanie śmieci, unikamy korzystania z foliowych torebek, może nawet założymy system własnego uzdatniania wody i jej ogrzewania przy pomocy paneli słonecznych. Ale za to dwa razy w roku lecimy na wczasy do Hiszpanii. Oszczędzamy na jednym, by mieć inne, więc bilans się nie zmienia, a nawet zużycie energii i zasobów rośnie wraz ze wzrostem ilości pieniędzy w portfelu.

Badania pokazują, że najbogatszy 1% ludzi (dochód roczny gospodarstwa domowego wynoszący ponad 300 tys. zł), przyczyniają się do emisji CO2 do atmosfery 175 razy bardziej niż najbiedniejsze 10% populacji. Mieszkańcy Bangladeszu nie odwiedzają każdego weekendu galerii handlowej, i nie kupują w nich nowych ciuchów. Jak w takim świecie, gdzie wszyscy chcieliby żyć po amerykańsku można uniknąć katastrofy, która obróci życie w nicość?

Światełkiem w tunelu jest oddzielenie wzrostu gospodarczego od ilościowej produkcji i zużycia zasobów, w tym energii. Jak ma się to do rzeczywistości? Ta teoria nie jest przecież nowością. Choć w niektórych krajach nastąpiło względne oddzielenie, to tak naprawdę żadne państwo w ciągu ostatnich 50 lat nie zmniejszyło zużycia zasobów i energii w liczbach bezwzględnych. Marnym pocieszeniem jest to, że ilość zasobów i energii zużywanych na jednostkę PKB maleje, ale w związku ze wzrostem gospodarczym i tak potrzebujemy ich coraz więcej. W dłuższej perspektywie nie da się całkowicie oddzielić zużycia zasobów i energii od produkcji ze względu na fizyczne ograniczenia wydajności. Nawet gdyby wprowadzić cudowne rozwiązania w produkcji energii i efektywności, ale pozwolić wszystkim mieszkańcom na luksusy i amerykański sen w każdym zakątku planety, to i tak emisje CO2 jeśli, nawet spadną, to nieznacznie. Światowy wzrost gospodarczy rośnie o 3% rocznie,  co oznacza podwojenie co 24 lata. To właśnie dlatego mamy do czynienia z coraz większymi kryzysami środowiskowymi. Ale plan światowej gospodarki i polityki jest właśnie taki, by globalna epoka wzrostu trwała zawsze.

Przy obecnych trendach każdy biedny otrzyma dochody większe o 5 dolarów dopiero za 200 lat.

Za to, co dzieje się z planetą możemy obwiniać wielkie korporacje. Możemy winić np. Microsoft, który drogą perswazji chce nam na siłę wcisnąć nową wersję Windowa, by mieć zysk, by cały świat miał zysk. Możemy winić też każdą inną firmę. Obrońcy obecnego modelu gospodarczego i handlowego argumentują[->], że wzrost ma znaczenie dla spadku ubóstwa. Niestety, dane z World Economic Review pokazują, że 60% najuboższych ludzi na świecie utrzymuje jedynie 5% dodatkowego dochodu wynikającego ze wzrostu PKB. Do zmniejszenia ubóstwa o jeden dolar potrzebny jest wzrost o 111 dolarów. Przy obecnych trendach każdy biedny otrzyma dochody większe o 5 dolarów dopiero za 200 lat. Do tego czasu gospodarka światowa wzrośnie o 175 razy. To nie jest sensowna recepta na wyeliminowanie ubóstwa. To plan, w którym nie bierze się pod uwagę takich aspektów, jak zużycie zasobów, pomijając nawet kwestię globalnego ocieplenia.

Zielony konsumpcjonizm albo odseparowanie wzrostu gospodarczego od zużycia energii i zasobów Ziemi, to iluzja. Iluzja, która ma za zadanie usprawiedliwiać obecny system gospodarczy prowadzący nas ku katastrofie. Trwały wzrost gospodarczy to oksymoron, bo doprowadzi do katastrofy. Obecny system, oparty na prywatnym luksusie i publicznej biedzie niestety zaszkodzi nam wszystkim. Potrzebny jest nam inny system, zakorzeniony nie w ekonomicznych abstrakcjach, lecz w realiach fizycznych planety, na której żyjemy. Musimy zbudować świat, w którym wzrost gospodarczy nie będzie miarą danego państwa. Musimy stworzyć świat prywatnej wystarczalności i publicznego luksusu[->]. I musimy to zrobić, zanim zmusi nas do tego katastrofa.


Źródło: theguardian.com

Hubert Bułgajewski
Publicysta REO. Wcześniej portali: naukaoklimacie.pl oraz ziemianarozdrozu.pl Ekspert ds. zmian klimatu. Autor bloga Arktyczny Lód.