📻 I TO TAK JUŻ? Koniec świata

Krzysztof Garwatowski: I kolejny raz ktoś na tym nieźle zarobi

Babilońska nierządnica na bestii, fragment tryptyku Michaela Huttera „Der Triumph des Fleisches” (2009)

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na nagraniu. Czyta Paweł Sito.

 


Możemy już porzucić polityczne spory. Te makro i te lokalne. Możemy przestać kłopotać się globalnym ociepleniem, światowym terroryzmem, kto jeszcze miałby zostać deweloperem oraz nerwową ucieczką od praktyk chemtrails. To wszystko nieistotne. Już pierwszego dnia lutego, za sprawą asteroidy 2002 MT7 czeka nas koniec świata. I nie będzie już nic. Poza jeszcze jednym dniem grania WOŚP w bonusie.

Nieważne, że naukowcy wykluczają zderzenie asteroidy z Ziemią. Nieważne, że właśnie co poprzednia realizacja identycznego scenariusza ziścić się miała dokładnie w setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. To wszystko światowy spisek, żeby uspokoić ludzi, by przetrwali tylko bogaci i wpływowi. Tylko czy w ogóle można przetrwać koniec świata?

Co kilka miesięcy media epatują nas zapowiedziami kataklizmów, nazywanych na wyrost końcem świata. Oczekiwanie na jego nadejście jest stare jak chrześcijaństwo. Pierwsi chrześcijanie oczekiwali rychłego powrotu Chrystusa i byli przekonani, że Sąd Ostateczny nastąpi lada dzień. W każdym nieszczęściu dopatrywali się znaków, które potwierdzały apokaliptyczne wizje. Minęło 2000 lat i końca świata nie widać. Jednak te dramatyczne wizje na tyle mocno wrosły w europejską, a potem światową mentalność, że są jedną z najczęściej i najchętniej powtarzanych i rozwijanych bzdur. Wizje końca świata można wysnuć ze wszystkiego, od Apokalipsy Świętego Jana, przez przepowiednie Nostradamusa, po sposób zapisu daty w systemach komputerowych, który miał doprowadzić do katastrofy 1 stycznia 2000 roku. Dla porządku przypomnę tylko najważniejsze z nich.

  • W 999 roku sobór zapowiedział koniec świata na 1 stycznia roku 1000. Znów zadziałała magia liczb – dowodem miało być milenium narodzin Chrystusa. Nikt się wtedy jakoś nie zastanawiał, że dla niechrześcijan ten rok nie miał w sobie nic szczególnego. Dla żydów był to rok 4760, dla muzułmanów 378, dla buddystów 1543. Dlaczego akurat chrześcijańska metoda liczenia miałaby tu być wyróżniona? Ostatecznie do końca świata nie doszło. Po początkowej panice ludzie szybko się uspokoili. Dowodem na to, że końca świata nie będzie, był fakt zachodzenia kobiet w ciążę. A gdyby Bóg zdecydował o końcu świata, dzieci przestałyby się rodzić. (Na tym tle zapowiedź końca świata 1 stycznia roku 2000 wydaje się całkiem racjonalna. Globalna awaria systemów komputerowych, które miały zgłupieć po przeskoczeniu daty na dwa zera na końcu wydawała się całkiem realna).
koniec świata lisopad
Hans Memling, Sąd Ostateczny, tryptyk, część centralna: Maiestas Domini i Archanioł Michał ważący dusze. Fot. Wikimedia Commons

Nostradamus podawał aż cztery daty końca świata.

  • W 1188 roku zagładę przynieść miała astrologia. Perski astrolog Anwai przewidział koniec świata na podstawie koniunkcji w znaku Wagi pięciu ciał: Słońca, Księżyca, Marsa, Jowisza i Saturna. Jak wiemy, planety i ich położenie na niebie ma decydujący wpływ na wszystko. Jednak nie tym razem.
  • W czasach nam bliższych koniec świata miał nastąpić w 1985 roku. Tak twierdziła jasnowidząca Jeane Dixon, która uważała, że przewidziała śmierć prezydenta Kennedy’ego. Dlaczego go nie ostrzegła? Pewnie dlatego, że przewidywała po fakcie. Z końcem świata też jej nie wyszło.
  • Nostradamus podawał aż cztery daty końca świata – lipiec lub sierpień 1999 roku, ewentualnie maj 2000 lub 2001 roku. I we wszystkich przypadkach pudło.
  • Jest i polski wkład w przewidywanie końców świata. Stefan Ossowiecki (1877-1944), polski inżynier i posiadacz licznych zdolności paranormalnych, zapowiedział koniec świata na 15 sierpnia 1999 roku. Nie trafił.
  • Na rok 2034 koniec świata zapowiadają Świadkowie Jehowy. To już kolejna data, którą podają (wcześniej miało to się zdarzyć w latach 1925, 1975 i 1985).

Przepowiedni jest znacznie więcej, a wszystkie równie idiotyczne. Niektóre pojawiają się z czysto komercyjnych powodów. Prawdziwy biznes uczynił z nich Harold Camping (1921-2013), właściciel religijnej stacji radiowej Family Radio. Opartą na analizie tekstów biblijnych, kalendarza hebrajskiego, księżycowego i gregoriańskiego datę wyznaczył na 21 maja 1988. Duża grupa naiwnych słuchaczy uwierzyła, że jedynym sposobem na uniknięcie potępienia jest przekazanie mu pieniędzy. Uzbierał w ten sposób marne 100 tysięcy dolarów. Do pięt pod tym względem nie dorastał właścicielowi pewnej polskiej rozgłośni.

El Greco „Otwarcie piątej pieczęci Apokalipsy” 1608-1614

Koniec świata nie nastąpił, zatem Camping ogłaszał kolejne daty: 7 września 1994, 21 maja 2011, wreszcie 21 października 2011 o godzinie 18:00 każdego lokalnego czasu (dlaczego akurat ta godzina?). Za każdym razem nic się nie działo, z wyjątkiem szerokiego strumienia kasy, płynącej na konto pobożnego radiowca.

na lęku przed końcem świata można nieźle zarobić.

Camping to niejedyny przedsiębiorca, który na nadciągającej apokalipsie zbija majątek. Królują wśród nich producenci i budowniczowie schronów na koniec świata. Te doskonale zaopatrzone we wszystkie potrzebne rzeczy bunkry mają zagwarantować przeżycie w czasie Armagedonu, apokalipsy zombie, uderzenia asteroidy lub wojny atomowej. Kosztują jedynie około 20 milionów dolarów, zatem cena jest bardzo zachęcająca. Nie dziwi zatem, że w USA chętnych nie brakuje. W innych częściach świata sprzedają się gorzej. Może w innych krajach ludzie mają trochę więcej rozsądku.

„Sąd ostateczny” – Jean Cousin młodszy (1560–89)

Przy każdej zapowiedzi końca świata w mediach pojawiają się eksperci doradzający, jak przetrwać to wydarzenie. Media chętnie lansują temat, choćby nie wiem jak bzdurny, bo to im podbija oglądalność/słuchalność/czytelność. To, że z dziennikarstwem nie ma to nic wspólnego, się nie liczy. Ważne są słupki. Ale w końcu media to również rozrywka i chyba w takich kategoriach trzeba oceniać to, co o kolejnych końcach świata opowiadają.

Albrecht Dürer „Apokaliptyczna Niewiasta” (1498)

Zastanówmy się jednak nad sprawą podstawową – czy w ogóle da się przetrwać koniec świata?

Koniec świata to kres ostateczny, koniec, po którym nie będzie niczego (pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że zacytuję pewnego niedoszłego kandydata na prezydenta RP). Zatem z definicji nie da się go przetrwać! Po co zatem budować schrony i robić zapasy? To kompletna bzdura! Osoby wierzące mogą widzieć sens w modlitwie i naprawieniu grzechów. I to akurat może być pozytywny skutek rozpowszechniania informacji o nadciągającej apokalipsie. Określenie koniec świata nie pozostawia swobody interpretacyjnej. Koniec i już. Chyba że mówimy o jakimś końcu świata w wersji soft czy też końcu świata drugiego gatunku. Jednak wtedy powinniśmy raczej mówić o końcu ludzkości, a nie świata. To nie to samo. Wszechświat i świat (rozumiany jako nasza Ziemia) istniały na długo przed pojawieniem się ludzi i będą istnieć zapewne długo po śmierci ostatniego człowieka.

Może dojść do zagłady ludzkości tak, jak doszło do zagłady dinozaurów.

Smutna wiadomość jest taka, że koniec świata w kanonicznym znaczeniu, czyli zagłada i unicestwienie naszej planety, nastąpi. Nie będzie to wprawdzie 1 lutego, ani zapewne nawet w tym tysiącleciu. Chociaż nie można wykluczyć, że zderzymy się z jakimś wielkim kosmicznym ciałem, które rozbije nasz glob na miliardy kawałeczków, to zdarzenie takie jest bardzo mało prawdopodobne. Może dojść do zagłady ludzkości tak, jak doszło do zagłady dinozaurów. Nie można wykluczyć rozbłysku gamma gdzieś w pobliżu Układu Słonecznego lub wzmożonej aktywności wulkanicznej, która wywoła gwałtowne masowe wymieranie na kształt wymierania permskiego.

„Sąd ostateczny” Hansa Memlinga (1467-71)

Te zdarzenia będą jednak oznaczały jedynie kres ludzkości. Jeśli zatem nie wymordujemy się wcześniej sami i nie nastąpi żadna z wymienionych wyżej katastrof, prawdziwy koniec świata przyniesie nam nasze Słońce. Za jakieś 4,5-5 miliardów lat nasza gwiazda wypali prawie cały wodór i zacznie się kurczyć, a jej atmosfera zacznie się rozrastać. Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma, który rozrośnie się tak, że Ziemia znajdzie się w jego wnętrzu. I to będzie prawdziwy koniec świata. Na szczęście szanse, że dożyjemy jako gatunek tego momentu, są znikome.

Znacznie dłużej przyjdzie nam poczekać na koniec Wszechświata, chociaż i ten kiedyś nastąpi. Za biliony bilionów lat, kiedy znikną już wszystkie gwiazdy i wyparują wszystkie czarne dziury, nasz wszechświat zamieni się w pozbawioną niczego, wypełnioną energią pustkę. Tak przynajmniej twierdzi część kosmologów.

 



REO POLECA

THE BRITISH FART, czyli narobili…

Krzysztof Garwatowski
Rocznik 1967. Eksharcerz, eksnauczyciel, obecnie dyrektor programowy w wydawnictwie Pink Press. Aktywnie działa w społeczności lokalnej na warszawskiej Białołęce. Wyznawca nauki i wielbiciel science-fiction.