📻 Piotr Wójcik: Koniec lęku podstawowego

EKONOMICZNY TEMAT CZERWCA: DOCHÓD PODSTAWOWY

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na podcaście (czyta Bożena Sitek):

 



Bezwarunkowy dochód podstawowy nie zwiększy liczby niepracujących, nie doprowadzi też do szalejącej inflacji ani katastrofy budżetowej. Będzie za to impulsem szybszego wzrostu gospodarczego. Jego wprowadzenie powinniśmy zacząć rozważać coraz poważniej.  

Zmiana relacji
Bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP) to chyba najszerzej dyskutowany z najnowszych pomysłów na poukładanie relacji we współczesnym kapitalizmie na nowo. Przypomnijmy, że polega on na przelewaniu na konto każdego pełnoletniego obywatela takiej samej miesięcznej kwoty, niezależnie od jego sytuacji materialnej czy zawodowej. Zapewnienie każdemu bytu na podstawowym poziomie przez wypłacanie mu co miesiąc wystarczającej do tego kwoty bez wątpienia byłoby rewolucyjnym rozwiązaniem. Zdjęłoby z każdego i każdej z nas obawę o podstawy egzystencji, co zmieniłoby schematy zachowań większości obywateli, poza tymi najbogatszymi, którzy już teraz o środki do końca życia nie muszą się obawiać.

Z drugiej strony jest to też pomysł chyba najszerzej krytykowany – szczególnie podnoszone są pytania, kto za to zapłaci i komu się będzie wtedy chciało pracować. Na te i nie tylko wątpliwości przekonująco odpowiedział Maciej Szlinder w książce Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa XXI wieku, będącej pierwszym w naszym kraju tak szczegółowym opracowaniem tej tematyki.

Impuls popytowy
Wprowadzenie BDP nie oznaczałoby zarżnięcia gospodarki, wręcz przeciwnie, dzięki niemu mogłaby ona pracować na wyższych obrotach. Szlinder zauważa, że wprowadzenie BDP oznaczałoby redystrybucję od zamożnych do ubogich. Oczywiście otrzymywaliby go wszyscy, łącznie z najbogatszymi, jednak to najzamożniejsi nominalnie bardziej dokładaliby się swoimi podatkami do funduszu, z którego wypłacany byłby dochód podstawowy. Tak więc większa część dochodu narodowego trafiałaby do osób mniej zamożnych. Miałoby to dla gospodarki prowzrostowe działanie. Mniej zamożni mają większą skłonność do konsumpcji (wydają niemal całość swoich dochodów), a zamożni do oszczędzania. Dzięki przesunięciu dochodów w stronę tych pierwszych wzrósłby popyt efektywny w gospodarce. Krajowi przedsiębiorcy, chcąc odpowiedzieć na zwiększone zapotrzebowanie na towary, powinni w takiej sytuacji zwiększyć produkcję, a najprawdopodobniej też moce produkcyjne. To pociągnęłoby za sobą wzrost zatrudnienia oraz inwestycji, a więc finalnie przyspieszyłoby wzrost PKB.

Dzięki BDP pracownicy stawialiby wyższe wymagania płacowe swoiM pracodawcom. wzrósłby więc udział płac w PKB, co byłoby kolejnym impulsem popytowym.

Co więcej, wprowadzenie BDP wzmocniłoby pozycję pracowników, których sytuacja od lat 80. jest systematycznie osłabiana względem pracodawców. Istnienie BDP pozwoliłoby im nie podejmować niesatysfakcjonującego zatrudnienia oraz odrzucać oferty ze zbyt niskim wynagrodzeniem. Pracownicy mieliby też mniejsze obawy przed zwolnieniem, dzięki czemu częściej organizowaliby się w związki, podejmowali akcje protestacyjne i generalnie walczyli o swoje prawa. Dzięki dodatkowemu dochodowi w postaci BDP mogliby też ograniczyć lub zrezygnować z nadgodzin, zyskaliby więc czas na dokształcanie, rozwijanie kwalifikacji i szukanie lepszej pracy. No i wreszcie to wszystko razem sprawiłoby, że pracownicy stawialiby wyższe wymagania płacowe swoim pracodawcom. Dzięki temu wzrósłby udział płac w PKB, co byłoby kolejnym impulsem popytowym (wzrost udziału płac w PKB zwiększa popyt efektywny), a więc kolejnym motorem wzrostu gospodarczego.

dużo większa część ankietowanych, w tym wielu bezrobotnych, stwierdziła, że dzięki istnieniu BDP otwarłaby własny mały biznes.

Rąk do pracy nie zabraknie
Maciej Szlinder nie zgadza się z tezą, według której w wyniku BDP spadnie liczba chętnych do pracy. Powołuje się w tym zakresie na badania ankietowe, według których minimalna część ankietowanych stwierdziła, że zrezygnowałaby z pracy po uzyskaniu bezwarunkowego dochodu podstawowego. Za to dużo większa część ankietowanych, w tym wielu bezrobotnych, stwierdziła, że dzięki istnieniu BDP otwarłaby własny mały biznes. Szlinder podaje także przeprowadzone eksperymenty na bardzo dużych grupach osób w USA i Kanadzie. Spadek podaży pracy wśród osób objętych eksperymentami był bardzo niewielki i głównie dotyczył nie tyle rezygnacji z pracy, ile ograniczania liczby przepracowanych godzin. Rezygnacja z pracy miała miejsce przede wszystkim wśród uczniów lub studentów oraz młodych matek. Tak naprawdę BDP może nawet zwiększyć liczbę rąk do pracy, przyciągając na rynek pracy biernych zawodowo, zachęconych wzrostem liczby miejsc pracy (spowodowanej impulsem popytowym) oraz wzrostem płac (spowodowanej wzmocnieniem pozycji pracownika).

Poza tym wdrożenie BDP usunie tzw. pułapkę bezrobocia, w którą wpada wiele osób na zasiłkach socjalnych. Zasiłki są odbierane po uzyskaniu dochodu, więc dla części najbiedniejszych podejmowanie najniżej płatnych prac staje się ekonomicznie nieopłacalne. BDP byłoby bezwarunkowo wypłacane wszystkim, więc pułapka bezrobocia przestałaby istnieć, co zaktywizowałoby wielu biernych zawodowo.

Szlinder nie zgadza się także z tezą, według której wprowadzenie BDP będzie oznaczać wzrost cen. Przedsiębiorcy na większy popyt odpowiedzą większą podażą (produkcją), a nie podwyżkami cen. Mogą one wzrosnąć jedynie na wąską część produktów, których podaży nie będzie można zwiększyć w krótkim czasie (np. surowce rolne). Dlatego na początku wprowadzania BDP będzie trzeba zapewne przeprowadzać dostosowanie jego wysokości do wzrostu cen części koszyka produktów podstawowych. Wzrost cen będzie jednak dotyczyć tylko drobnej części tych produktów, więc ogólny impuls inflacyjny będzie niewielki i z biegiem czasu wygaszany. Zresztą obecny kapitalizm zmaga się z deflacją, a nie inflacją, więc sytuacja makroekonomiczna z perspektywy cen jest idealna do wprowadzenia BDP.

Skąd na to wziąć?
No i wreszcie pozostaje odpowiedzieć na to pytanie. Generalnie Maciej Szlinder proponuje trzy główne źródła: oszczędności dzięki wycofaniu większości zasiłków socjalnych, podwyżki podatków dla lepiej zarabiających oraz, w najmniejszym zakresie, deficyt budżetowy. W Polsce BDP wysokości 1000 zł dla wszystkich Polaków w wieku produkcyjnym (emeryci otrzymywaliby emerytury) kosztowałby 302 mld zł. Z oszczędności po zlikwidowaniu zasiłków z pomocy społecznej uzyskalibyśmy 20 mld zł. Gdybyśmy zwiększyli dochody finansów publicznych do poziomu Francji (z 39% PKB do 56,5% PKB – dane za 2016 r.), to uzyskalibyśmy dodatkowe 273 mld zł. Czyli dodatkowe 9 mld zł musielibyśmy pokryć z deficytu (9 mld zł to niecała jedna trzecia deficytu za 2017).

Łatwe? Wręcz przeciwnie, w obecnych warunkach byłoby to niezwykle trudne do przeprowadzenia – szczególnie wzrost fiskalizmu do poziomu Francji, co musiałoby zająć lata reformowania systemu podatkowego. Ale najważniejsze jest to, że cała operacja nie wydaje się już niemożliwa, tak jak jeszcze parę lat temu, gdy temat bezwarunkowego dochodu podatkowego zaczął pojawiać się w Polsce. Zacznijmy więc dyskusję o BDP na poważnie, to może za dekadę któraś z partii wygra tym postulatem wybory – w końcu jeszcze parę dobrych lat temu 500+ też się wydawało nieprawdopodobne. Książka Macieja Szlindera może być doskonałym zaczątkiem tej ogólnopolskiej debaty.