Katarzyna Pilarska

Dobrze zorganizowana i świetna organizatorka. Uporządkowana i zasadnicza, a zarazem wrażliwa i twórcza. Totalnie zakręcona na punkcie napisów na murach. Ich twórcy godzą się na ich przemijalność, ona nie. Dokumentalistka.

Dorota M. Zielińska: Jak trafiłaś do redakcji reo.pl?
Katarzyna Pilarska: To efekt zmiany. Przez lata byłam radiowcem – w Polskim Radiu Katowice i Jedynce Polskiego Radia spędziłam łącznie ponad dziwięć lat. Przez większość czasu byłam reporterką, ale z czasem zaczęłam pracować jako wydawca kilku pasm i audycji, m.in. Popołudnia z Jedynką. Ustalałam tematy, materiały, gości i odpowiadałam za to, co pojawi się na antenie. Potem to, co zaczęło się pojawiać przestało mi się podobać. Zwolniłam się 7 marca 2016 roku, jak wielu innych dziennikarzy, z przyczyn politycznych. I można powiedzieć, że przez ostatnie dwa lata szukałam swojego miejsca na nowo. Stąd m.in. udział w projekcie dziennikarskim, ale i radiowym, Medium Publiczne, gdzie poznaliśmy się z Pawłem Sito, z Agatą Skrzypczyk, no i także z tobą. Kiedy zgadaliśmy się, że Paweł szuka redaktora do powstającego portalu, zaczęliśmy współpracę. Redaguję teksty nadsyłane przez naszych autorów, pilnuję, żeby były poprawne i bez literówek, czasem wymyślam tytuły, dobieram zdjęcia.

Można powiedzieć, że to jak REO dzisiaj wygląda w dużej mierze zawdzięczamy twojej inwencji i wrażliwości. Właściwie wyznaczyłaś kierunek, pewne zasady, którymi się kierujemy.
Częściowo tak. Rzeczywiście na etapie tworzenia strony nic nie było dookreślone. Wymyślałam jak to mogłoby wyglądać, działać i wiele z zaproponowanych przeze mnie rozwiązań spotkało się z akceptacją Pawła. Bardzo się cieszę z udziału w tym projekcie, a jak wyszło, ocenią już inni.

Porozmawiajmy teraz o twojej życiowej pasji, która także stała się częścią REO. Pole do napisu – skąd fascynacja anonimowymi komunikatami, których – jeśli się uważnie patrzy – pełno jest w przestrzeni publicznej?
Pole do napisu to coś, co towarzyszy mi od zawsze. Już jako dziecko zwracałam uwagę na napisy na murach. Miałam jakieś osiem lat, byłam u babci na wsi, takiej wsi naprawdę zabitej dechami, gdzie przejeżdżały dwa autobusy na dobę, a przystanki pełniły funkcję ozdobną, i to z tamtego czasu pochodzą trzy napisy, które pamiętam do dziś. Dwa napisane sprayem: Raz, dwa, trzy – próba sprayu; oraz: Czekam na autobus – zawiadomcie rodzinę. A trzeci, napisany długopisem na kartce w kratkę: Sprzedam dwie kozy. Kozioł gratis. Te trzy napisy zapamiętane w dzieciństwie sprawiły, że później nigdy już nie przestałam ich czytać. Ale stale towarzyszyło mi przykre uczucie, że nie jestem w stanie ich wszystkich zapamiętać. Ani uwieczniać.

Zawsze się jednak zastanawiam, co ludźmi powoduje, że mają tę potrzebę napisania czegoś akurat na murze.

Jak tylko dostałam pierwszy aparat cyfrowy, gdzieś na przełomie liceum i studiów, zaczęłam je fotografować. A na sile przybrało to, gdy trafiła mi się okazja odkupienia od koleżanki używanego służbowego telefonu Nokia, co zrobiłam właśnie dlatego, że miał aparat. I wtedy miałam poczucie, że mogę nareszcie sfotografować wszystko (śmiech). To szaleństwo trwa już ponad 10 lat, zgromadziłam więc już przynajmniej kilka tysięcy takich napisów i rysunków. Jak ktoś mnie trochę zna, to wie, że spacerując ze mną, co chwila się staje. Mówię: – Poczekaj. Wyjmuję telefon, robię zdjęcie i idziemy dalej.

Teraz rozumiem, co się stało, kiedy szłyśmy ostatnio do samochodu. Nagle zmieniłaś kierunek, weszłaś między bloki. Nie bardzo wiedziałam, co się dzieje…
No tak. To może być zaskakujące. I faktycznie wymaga też pewnej dozy wyrozumiałości. Ostatnio wykazał się nią mój kuzyn. Szliśmy przez miasto, straszny mróz, on z walizką, a ja co chwilę się zatrzymywałam żeby zrobić zdjęcie. Miał może minę w stylu mam świra w rodzinie, ale był cierpliwy. Zimą zawsze mam bardzo suche ręce, bo ciągle zdejmuję rękawiczki, ale nie jestem w stanie się powstrzymać.

Podejrzewam jednak, że nie uwieczniasz każdego napisu. Na pewno masz swoje kryteria, kiedy nie robić zdjęcia?
Nie fotografuję przekleństw ani nazw klubów sportowych. Decyduje treść. Jeśli trafię na napis Polonia, (Polonia Warszawa, klub sportowy – przyp.red.), to nie jest on dla mnie interesujący. Ale jeśli ktoś dopisał A z przodu, to APolonia już tak. Główne kryterium jest więc takie: napis musi być o czymś, coś wyrażać – choćby był to żart ze zmiany nazwy klubu na imię (mojej babci zresztą). Zawsze się jednak zastanawiam, co ludźmi powoduje, że mają tę potrzebę napisania czegoś akurat na murze. Może robią to właśnie po to, żeby potem ktoś taki jak ja się uśmiechnął?

Co ciekawe – napisy na murach rzadko są obraźliwe. Zdarzają się bluzgi, oczywiście, ale najczęściej są to prawdy życiowe, złote myśli, opinie albo wyznania miłosne. Myśli, które wielu z nas myśli, ale nie wymyśliło, żeby je upublicznić na murze. Przykład: Dzisiaj jest tak zimno, a ja wczoraj chciałam założyć spódnicę. Która kobieta sobie tak jakieś wiosny nie powiedziała? Albo: Coraz lepiej będzie. Albo: Hokus-pokus zamieniam złość w apatię. Albo Ludzie są spoko. I tak dalej. Ludzie piszą takie rzeczy. Mogliby powiedzieć to do kolegi obok, a jednak postanawiają napisać to na murze.

Też mam w głowie to pytanie. Skąd bierze się akurat taka potrzeba wyrażenia siebie, zamanifestowania czegoś. Pamiętam napisy ze szkolnych toalet. Graffiti, wlepki – mam wrażenie, że pozostawiają je głównie ludzie młodzi. Starsi kojarzą mi się raczej z pewną Niemką, która usuwa napisy rasistowskie.
Sama zaczynam się nad tym zastanawiać, bo ostatnio cały Mokotów jest w napisach antysemickich… A czy młodzi? Dosłownie kilka dni temu dowiedziałam się, że autor nalepek Kimkolwiek jesteś, życzę ci dobrze, jest dojrzałą osobą. Nie ma pewnie reguły – z określaniem wieku piszących byłabym ostrożna. Ale też nigdy nie byłam tego ciekawa, nie szukam autorów. Interesuje mnie raczej to, że ludzie mają taką potrzebę – tworzą te napisy, a nawet za ich pomocą ze sobą rozmawiają. A przecież nie wiedzą, czy ten, kto zrobił napis przeczyta odpowiedź. Albo czy ktoś  nie zamaluje wszystkiego farbą i te napisy nie znikną. Zaskoczyło mnie jednak to, że sami autorzy, może bardziej streetartu niż napisów, godzą się z tym, że ich praca z czasem zniknie. Mnie jest przykro, kiedy w wyniku ocieplania budynku ginie mural, ale sami twórcy nie mają z tym problemu. Artyści ulicy po prostu się z tym liczą i przywiązują się do swoich prac znacznie mniej niż odbiorcy –  uświadomił mi to kiedyś popularny streetartowiec Paweł Kowzan (Dwaesha). Ja jednak mam coś takiego, że mijając zamalowaną ścianę, na której był jakiś napis, myślę: uff, zdążyłam! (śmiech)

Powiedz mi, czy to zjawisko się nasila? Czy prawdą jest, że mamy coraz większą potrzebę, żeby zakomunikować coś innym? Anonimowo, tymczasowo, nie wiedząc, kto i czy to przeczyta?

Katarzyna Pilarska, fot. Janusz Gwadera

Fotografuję napisy od 10 lat, obserwuję je dwa razy dłużej. Nie mogę powiedzieć, że jest więcej bazgrołów. Nie skupiam się też jednak na nicniemówiącym niszczeniu elewacji. Interesuje mnie przekaz. Komunikat, który coś wyraża. Czy jest ich więcej? Nie sądzę, za to – nie mówię nic odkrywczego – świat nam się jakby zmniejszył. Dziś jestem w Warszawie, jutro w Katowicach, a pojutrze w Bratysławie. I w każdym z tych miejsc widzę napisy na murach – może więc dlatego widzę ich więcej. Ale są one dość stałą formą komunikowania się, niezależną od cyfryzacji czy mediów społecznościowych. Za to media społecznościowe pozwalają się nimi dzielić – sama obserwuję konta na Instagramie innych osób, które też mają taką pasję i dokumentują napisy.

To co się ostatnio nasiliło, to napisy polityczne. Muszę przyznać, że w ostatnich dwóch latach jest ich znacznie więcej niż wcześniej. Przeciw konkretnym partiom czy mediom. Np. Cały kraj popiera politykę rządu. A potem ktoś dopisuje z przodu NIE.

Ale jest też wiele napisów przeciw imigrantom, Żydom, przeciwko inności. I te obrażające innych mnie bardzo denerwują – z zasady ich nie fotografuję, żeby nie utwierdzać autorów w tym, że słusznie robią.

Trafiłaś w miejsce, które od dawna było twoim marzeniem. Czy nie szkoda ci opuszczać REO, które w dużym stopniu stworzyłaś?
Trochę szkoda, ale stanęłam przed wyborem-marzeniem, Instytut Teatralny był nim faktycznie od dawna. Cieszę się, że jestem w miejscu, w którym zajmuję się moją drugą pasją – jestem strasznym teatromanem i bardzo chciałam pracować w kulturze.

Pozostanę jednak autorką zdjęć, które pojawiają się w cyklu POLE DO NAPISU, a także napiszę coś pewnie do cyklu NOWA KULTURAna początek o tym, jak nowe technologie zmieniają teatr. Pewnie przyślę też LIST ZE… SŁOWACJI – to mój kolejny konik 🙂

Cieszę się, że znalazłaś pracę swoich marzeń. Życzę sukcesów i dziękuję za rozmowę.
Dziękuję i trzymam kciuki!

Dorota M. Zielińska
Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem. REO to dla mnie nowe wspaniałe miejsce na Ziemi. Odpowiadam tu głównie za działkę oze-energetyczną. Uwielbiam zagadki słowne, kalambury i skrablowe pojedynki na słowa. Masz ciekawy temat? Napisz do mnie: dorota.zielinska@reo.pl