📻 ŚWIĄTECZNY KASJER ALBO HAPPIENDT. Wybierz wersję AUDIO z genialną Magdą Gacyk

Gdy los się do ciebie uśmiecha...

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Magda Gacyk.


opowieść wigilijna
Już nigdy się nie rozstaniemy, obraz Miro Biały

Jestem Nadia, ze Słowenii, to jest w byłej Jugosławii. Ponoć jestem atrakcyjna. Mówią o mnie kruczowłosa. Moja, od lat mieszkająca w Szwajcarii, rodzina załatwiła mi pracę kelnerki w małej restauracji w centrum Zurychu.

Noszę czarny kelnerski mundurek, z wykrochmalonym na sztywno białym fartuszkiem i przypiętym do niego identyfikatorem z moim imieniem. Całe życie przede mną, mam 26 lat, niedługo nowy rok, a ja właśnie wchodzę w prawdziwą dorosłość.

W tej restauracyjce go poznałam. Herman. Tak miał na imię. O tym, jak się nazywa, dowiedziałam się jednak znacznie później. Zawsze przychodził o tej samej porze, niezależnie od pogody. Ubrany nienagannie, z lekkim brzuszkiem. Czupryna już trochę przerzedzona; miał zakola. Jego piwne, zamyślone oczy skierowane były na mnie.

Siadał zawsze przy tym samym stoliku, tyłem do okna. Zawsze blisko drzwi. To było jego miejsce. Gdy było zajęte przez innych klientów, szukał czegoś w pobliżu.

Zamawiał zawsze to samo. Mocną, ciemną herbatę, z mlekiem, bez cukru. I kawałek ciasta orzechowego w polewie czekoladowej. Nigdy nie wołał, tylko nieśmiało podnosił rękę. Szybko wtedy podchodziłam, żeby przyjąć zamówienie.

Po jakimś czasie przygotowywałam ciasto i herbatę tuż przed jego przyjściem. Nigdy nie wystygła, bo – jak to Szwajcar – nie spóźniał się. Spokojnie wypijał herbaciany napar i zjadał ciastko, nie patrząc przy tym ani na ekran telefonu, ani na zegarek, jak większość gości w restauracji.

Celebrowanie deseru trwało 25 minut. Po upływie tego czasu zaczynał wodzić za mną wzrokiem po sali. Kiedy nasze spojrzenia spotykały się, wiedziałam, że pora przynieść rachunek. Wybijałam na kasie: 15 franków. Płacił, zostawiając 20 franków napiwku. Potem wychodził, niespiesznie, dziwnie skupiony, z lekkimi rumieńcami na policzkach.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. W jego rutynie nie zmieniało się nic, oprócz jednej drobnej rzeczy.

Za każdym razem zostawiał coraz większy napiwek.

Ostatnio było to 100 franków. Niewiarygodne! Za samą herbatę z mlekiem i kawałeczek ciasta!

Zastanawiałam się nad całą sytuacją. Czegoś chciał.

Pewnego dnia, pod stroikiem świątecznym, którym udekorowałam jego stolik, oprócz stufrankowego banknotu, znalazłam liścik:

Nadiu, jeśli możesz spotkać się ze mną. Kiwnij tylko głową, kiedy nasze spojrzenia się spotkają, a będę wiedział, że mam czekać na Ciebie przy wyjściu z restauracji. Herman Happiendt.

Do końca zmiany myślałam o tym liściku. Co mam zrobić? Jak mam postąpić? Co kieruje Hermanem, że najpierw daje mi ogromne napiwki, a potem chce się spotkać? Intrygował mnie, chociaż nie wyglądał ani na playboya, ani na oszusta.

Gnębiło mnie to aż do następnej zmiany.

Zbliżała się pora jego przyjścia. Musiałam podjąć jakąś decyzję…

Postanowiłam nie zmieniać nic w swoim zachowaniu. Żadnych znaczących spojrzeń, żadnego kiwania głową. Co on zresztą sobie wyobraża? Że mnie kupił napiwkami?

Wreszcie przyszedł i uniósł lekko rękę. Serce waliło mi jak młot pneumatyczny.

Zaniosłam herbatę i ciasto. Odchodząc, poczułam na plecach jego wzrok. Odwróciłam się i po raz pierwszy zrozumiałam, że te zamyślone oczy, wpatrzone we mnie, były pełne tęsknoty i pragnienia. Skinęłam głową. Uśmiechnął się. Ja chyba też.

 

*

Czekał na mnie przed wejściem do restauracji, ubrany w długi, wełniany płaszcz. Płatki śniegu osadzały mu się na kołnierzu. Robiło się coraz zimniej, a na święta miała przyjść zamieć.

W ręku trzymał jedną czerwoną różę. Bez kolców. Wręczył mi ją nieśmiało i widziałam, że próbuje ukryć ekscytację. A potem rozpłakał się. Po chwili zaczęliśmy rozmowę. Przedstawił się i wtedy po raz pierwszy usłyszałam jego głos. Brzmiał miło i ciepło.

– Nadiu – zaczął, po czym zwięźle i konkretnie opowiedział mi swoją historię. Pracuje od 16 lat w banku naprzeciwko, ale nic przez te lata znaczącego nie zrobił. Zmarła mu matka, nie ma przyjaciół, nie ma nikogo oprócz dalekich krewnych. Jestem najbliższą mu osobą. Proponuje wspólną wyprawę na Vanuatu, nie chce spędzać samotnie świąt. Nawet nie wiedziałam, gdzie to jest. Byłam przekonana, że mężczyzna oszalał. Wyciągnął bilety z płaszcza. Mieliśmy lecieć w Wigilię. Zapytałam, co z naszą pracą, naszymi mieszkaniami.

Wszystko miał przemyślane. – Cały plan przygotowany – odpowiedział.

Byłam oszołomiona, ale zgodziłam się.

                                                                                  *

Po kilkunastogodzinnym locie byliśmy w państwie Vanuatu, położonych na wielu wysepkach, gdzieś na środku oceanu. Piaszczyste plaże, lasy tropikalne.

Spędziliśmy tam trzy miesiące, bawiąc się, kochając, korzystając z życia, ciesząc się otaczającą nas przyrodą. Jak nigdy wcześniej. Bez zahamowań. Była to nasza nirwana.

Do momentu pojawienia się policji.

Zdążył powiedzieć mi na ucho: – W pokoju hotelowym. W twojej szafie.

Zabrali go skutego kajdankami. Płakałam.

Potem w szafie znalazłam pudełko z pieniędzmi i listem. Napisał: Nadiu, baw się, ile się da. Dziękuję, że potrafiłaś być. Herman Happiendt.

 

Wróciłam do Szwajcarii. Herman w tym czasie został skazany na sześć lat za defraudację 3 milionów dolarów. Odwiedzam go w więzieniu, tak często, jak tylko mogę.

Czekam, aż znowu będziemy razem. Na Vanuatu.

Wypuszczą go za trzy lata, w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia.



REO POLECA

📻 Magda Gacyk: Jak Dolina Krzemowa zwariowała na punkcie polskiej kurki złotopiórki