IZREAEL 2019. Będzie hałas: rozbiję mity

Normalność życia szokuje w zestawieniu z medialnym przekazem

Trafiła się okazja na niewakacyjne wakacje w Izraelu. Żal było nie skorzystać. Chociaż w mediach bez przerwy informacje o permanentnej wojnie, atakach, zamachach i generalnie wszelkich niebezpieczeństwach, zdecydowałem się polecieć.

To miała być moja pierwsza podróż do Izraela. Poszukałem trochę informacji w sieci i zaczęły targać mną ambiwalentne uczucia. Tym bardziej, że nie miała ona w najmniejszym stopniu podłoża religijnego. I jakież to informacje znalazłem? Że co prawda kraj piękny, ale generalnie drogo strasznie, na każdym roku cię kontrolują; uważać trzeba, bo samochodami jeździć nie potrafią; że za palenie (jestem niestety niewolnikiem tego zgubnego nałogu) ścigają na każdym kroku i że generalnie to jak wyjazd do kraju stanu wyjątkowego, gdzie na każdym kroku jest wojsko i policja. A rzeczywistość?

Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie już na lotnisku. Co prawda trzeba było odstać trochę w kolejce po wizę, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Jedyne pytania, jakie usłyszeliśmy (byłem z przyjaciółmi) to, w którym mieście się zatrzymujemy i jaki jest cel wizyty. Wbrew alarmistycznym ostrzeżeniom nie było nawet pytań o wizy z krajów arabskich, jakie jeden z nas miał w paszporcie. To więcej problemów było… przy wyjeździe, kiedy właściciel paszportu z arabskimi wizami został poddany niezwykle szczegółowej kontroli bagażu. Również przy wyjeździe byliśmy bardziej wnikliwie odpytywani przez służby ochrony.

Nastawieni byliśmy, że cale lotnisko obstawione będzie przez żołnierzy z karabinami, intensywnie kontrolującymi wszystkich i wszystko. I owszem, żołnierzy było. Dwóch. A właściwie dwoje – w Izraelu kobiety pełnią obowiązkową służbę wojskową na równi z mężczyznami. Stali sobie z karabinami na plecach przed lotniskiem i bynajmniej nikogo nie kontrolowali, tylko palili papierosy. Bo wbrew internetowym poradnikom, palenie podlega tu mniej więcej takim restrykcjom, jak w krajach Unii Europejskiej. A na ulicy nie ma problemu. Chociaż papierosy są horrendalnie drogie – paczka kosztuje od 30 szekli w górę (1 nowy szekel = 1 złoty, mniej więcej).

Zatrzymaliśmy się w Tel Awiwie. Nowoczesne miasto zdecydowanie odbiega od kreowanego przez media obrazu. Niewielu tu ortodoksów, ale i niewielu arabów. To jakby dwa miasta w jednym. Starsza część zabudowana jest dość chaotycznie, a nad uliczkami zwisa plątanina kabli elektrycznych, sprawiająca wrażenie, jakby wszystkie instalacje tutaj to była jedna wielka prowizorka. Zresztą miałem wrażenie, że wszędzie trwa wielka przebudowa. Stare domy z lat 40. XX wieku są wyburzane, na ich miejsce rosną nowe. Druga część miasta, bliżej Dizengoff Center i ulicy Dizengoffa mogłaby spokojnie być centrum któregoś z dużych miast europejskich. Może z wyjątkiem tego, że wieczorem i nocą nad ulicami latają nietoperze, co na starym kontynencie praktycznie się nie zdarza.

Tel Awiw, fot. Tomasz Stańczyk
Tel Awiw, fot. Tomasz Stańczyk

Wizyta w kilku sklepach, restauracjach i kawiarniach rozbiła drugi mit, czyli drożyznę. Fakt, że tanio tu nie jest, ale w przeliczeniu na euro ceny są porównywalne z tymi w Amsterdamie czy w Rzymie. Z dwoma wyjątkami – koszmarnie drogie są tu papierosy (o czym pisałem już wcześniej) i alkohol. Butelka piwa 0,33 litra w supermarkecie kosztuje około 7 szekli (czyli 7 złotych). Mała butelka piwa w lokalu kosztuje od 27 złotych wzwyż. To wyjaśnia, czemu Polacy narzekają na drożyznę. W końcu każdy Polak potrafi bawić się bez alkoholu, tylko po co się tak męczyć?

Tel Awiw, fot. Tomasz Stańczyk

Podobno wszechobecne wojsko było widoczne na dworcach, kiedy żołnierze i żołnierki wracali ze służby do domu, z wielkimi karabinami na plecach, oraz siatkami z ziemniakami, kalafiorem i mlekiem w ręku. Policji praktycznie nie widać. O terrorystycznym zagrożeniu świadczy jedynie to, że przy wejściu do wszelkich centrów handlowych, dworców i urzędów każdy wchodzący przechodzi kontrolę i sprawdzane są plecaki, torby i inne pakunki. Ale nie ma tych kontroli na bazarze Karamel – wiecznie zatłoczonym, typowo bliskowschodnim targowisku, gdzie dokonanie morderczego zamachu byłoby dziecinnie proste.

Tel Awiw, fot. Tomasz Stańczyk

Muszę przyznać, że mimo tej widocznej nieobecności sił porządkowych czułem się na ulicach bezpieczniej niż w centrum Warszawy, gdzie policję widać niemal na każdym kroku. Może po prostu w Izraelu robią to dyskretniej? A może na poziom bezpieczeństwa wpływa fakt, że wszyscy obywatele mają za sobą służbę wojskową i szkolenie z technik samoobrony. Ciekawe wrażenie w tym kontekście zostawia widok klasy szkolnej (na oko gdzieś na poziomie 3-4 klasy liceum), ćwiczącej na plaży czołganie w mundurach. Oczywiście chłopcy ćwiczyli równo z dziewczynami – na jednakowym dystansie i z jednakowym obciążeniem.

Trochę więcej wojska widać na ulicach Jerozolimy, szczególnie w pobliżu Starego Miasta i świętych miejsc trzech religii. To zrozumiałe. Szczególnie okolice Ściany Płaczu i Wzgórza Świątynnego to wciąż najbardziej drażliwe kwestie w stosunkach żydowsko-arabskich.

Jerozolima, fot. Tomasz Stańczyk
Jerozolima, fot. Tomasz Stańczyk

Generalnie życie toczy się tu zupełnie normalnie i nic nie wskazuje na toczącą się tuż obok wojnę i pacyfikacje osiedli palestyńskich. To szokujące. Prawdę mówiąc nie wiem, czemu spodziewałem się czegoś innego, a jednak byłem przekonany, że jakoś te napiętą sytuację będzie czuć. Kiedy obserwowałem ludzi na ulicach przypomniał mi się wiersz Czesława Miłosza Campo di Fiori. Chociaż napisany w innym czasie, w innym miejscu i w odniesieniu do innych tragicznych wydarzeń, wywołał bardzo silne skojarzenia.

Ale wróćmy do Tel Awiwu i zwyczajnej codzienności. Zaskakujące jest, ze z pewnymi sprawami, które są nie do rozwiązania w polskich miastach, tutaj poradzono sobie bez problemów. Pierwszą jest zbieranie opakowań plastikowych. W całym mieście na każdej niemal ulicy co kilkaset metrów stoją ogromne pojemniki o wymiarach mniej więcej 2x2x3 metry, wykonane z siatki. Do takich pojemników mieszkańcy karnie wrzucają wszelkie plastikowe opakowania, a stąd są one zabierane do recyklingu.

Jerozolima, fot. Tomasz Stańczyk

Druga nierozwiązywalna w naszym kraju sprawa, to psie kupy. Na ulicach, na plażach, wszędzie pełno jest psów z właścicielami. Nie ma za to nigdzie leżących psich kup. Nikt tu nie zabrania czworonogom biegać po piasku (pod nadzorem właściciela), bawić się i hasać, a nawet zrobić kupę. Jednak w tym ostatnim przypadku właściciel natychmiast ją sprząta. Nie trzeba mu zwracać uwagi, poganiać, przypominać. Po prostu to robi.

Trzecia sprawa, póki co w Polsce nowa, czyli ogólnie dostępne hulajnogi. W Tel Awiwie obsługuje je kilka firm i są wszędzie. Ludzie jeżdżą na hulajnogach w każdym miejscu, o każdej porze dnia i nocy. Za to, inaczej niż w Warszawie, nigdzie nie natknąłem się na hulajnogę pozostawioną w taki sposób, żeby utrudniała poruszanie się użytkownikom chodnika, czy jezdni. Stoją sobie ładnie z boku, skąd są pobierane przez użytkowników i potem odstawiane w podobny sposób.

Jerozolima, fot. Tomasz Stańczyk

Wreszcie zakaz handlu w dniu świątecznym, którym tu jest sobota. Judaizm jest zdecydowanie bardziej rygorystyczny w kwestii święcenia dnia świętego, niż współczesne chrześcijaństwo. W soboty prawie wszystkie sklepy są pozamykane, ale prawie robi wielką różnicę. W soboty nie działa tutaj komunikacja miejska, co dla nas może być zaskakujące. Przy ładnej pogodzie tłumy spędzają czas na plaży – plażują, grają, surfują, tańczą. Nikt tu nie rozstawia parawanów, nie izoluje się od innych. Inaczej niż nad Bałtykiem, gdzie w sezonie od szóstej rano trwa walka o miejsce, a tuż po niej rozpoczyna się zbiorowe grodzenie i dzielenie plaży za pomocą szmat na patykach.

Normalność życia jest wręcz szokująca, jeśli zestawi się ją z obrazem obecnym w naszych mediach. To jakby media opisywały jakąś abstrakcyjną rzeczywistość, z niewielkimi tylko odniesieniami do faktów. A jednak trzeba zdawać sobie sprawę, że kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów dalej toczy się wojna, a izraelskie wojsko niszczy palestyńskie osiedla. Że gdzieś tam przygotowywane są zamachy, padają strzały i są zabici. Codziennie. Od dziesiątków lat nie udaje się rozwiązać tych konfliktów i doprowadzić do pokoju. I szans na to nie widać, podobnie jak woli porozumienia po obu stronach.


REO POLECA

MUZUŁMAŃSKI FUNDAMENTALIZM nie przejdzie?

Krzysztof Garwatowski
Rocznik 1967. Eksharcerz, eksnauczyciel, obecnie dyrektor programowy w wydawnictwie Pink Press. Aktywnie działa w społeczności lokalnej na warszawskiej Białołęce. Wyznawca nauki i wielbiciel science-fiction.