Jako że stereotypowy mężczyzna nie cierpi kupowania butów – to całe dobieranie rozmiarów, przymierzanie, wybieranie konkretnych modeli – ich dobra jakość pozwoli odpuścić sobie na jakiś czas tę katorgę. Wczuję się więc w rolę przewodnika i zaproponuję wam wycieczkę po świecie klasycznych butów wiosenno-letnich – i materiałów, z jakich są wykonane. Trzymajcie się, bo może trochę kołysać!

 

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na podcaście. Czyta Bożena Sitek.


Z czego i dlaczego?

Najpopularniejszym materiałem do produkcji butów pozostają skóry i to w każdej postaci. Co przez to rozumiem? Zależnie od sposobu obróbki są to przede wszystkim skóry gładkie i szorstkie. Zazwyczaj więc buty dzieli się na wykonane ze skóry licowej, zamszu oraz z nubuku. To trochę tak jak kontynenty dzielą glob – każdy jest w jakiś sposób inny: czy to pod względem mieszkańców, klimatu, czy krajobrazów. Oczywiście są jeszcze skóry syntetyczne, lakierowane lub egzotyczne, ale nie spotykamy ich za często.

Skóra licowa to wierzchnia warstwa o gładkiej fakturze. Licuje się ją, aby uzyskać estetyczny, elegancki materiał, odporny na wilgoć i zabrudzenia. Samo licowanie polega na traktowaniu skóry różnymi substancjami, najczęściej woskami, aż do momentu uzyskania odpowiedniej struktury. Na buty najczęściej wykorzystuje się skórę bydlęcą. Obuwie ze skóry licowej, szczególnie czarnej i wypolerowanej na wysoki połysk, jest najbardziej formalne i nadaje się nawet na okazje wieczorowe. Oczywiście, w odpowiednim fasonie. Jedna z zasad dotyczących obuwia klasycznego głosi bowiem, że im mniej zdobień, tym bardziej formalny charakter butów. Inna mówi zaś o tym, że czarne stoją w tej hierarchii wyżej niż te w innych kolorach. Kolejna – że buty z zamknięta przyszwą są bardziej eleganckie niż te z otwartą. O tych zależnościach warto pamiętać podczas wybierania obuwia.

Zamszowe pojedyncze monki jednej ze słynniejszych marek obuwniczych – John Lobb, fot. flickr.com

Skóry szorstkie, czyli zamsz i nubuk, to bardziej casualowe materiały. Dawniej nie wyobrażano sobie założyć zrobionych z nich butów do garnituru. To podejście zrewolucjonizował Edward VIII, książę Windsoru, który nie bał się wychodzić przed szereg i działać wbrew słynnemu brytyjskiemu understatement. Pewnego razu założył on zamszowe półbuty do garnituru. A skoro zrobił to członek rodziny królewskiej i niezaprzeczalna ikona stylu, to każdy może.
Zamsz to odpowiednio obrobiona mizdra, czyli spód skóry. Charakteryzuje się widocznym meszkiem i stosunkowo długim włosiem. Z kolei nubuk to wierzchnia część skóry, jednak delikatnie przeszlifowana. Jest często mylony z zamszem, ale ma zdecydowanie krótsze włosie. Zamsz i nubuk są mniej formalne, mają jednak swój urok – delikatność i intrygującą fakturę. Mają za to dość poważną wadę – są bardzo podatne na zabrudzenia i wilgoć. Co za tym idzie, trzeba je starannie i konsekwentnie pielęgnować. Zamsz i nubuk to skóry świetne na buty mniej formalne i przeznaczone do użytku w ładną, wyrozumiałą pogodę.

Odkryj swój fason
Na rynku można znaleźć przeróżne formy. Sportowe i eleganckie, skórzane i materiałowe, czarne i limonkowe, klasyczne i przekombinowane oraz i ładne, i brzydkie, rzecz jasna. Oczywiście najbardziej stylowe są te buty, które mają klasyczny design. Taki jaki był modny pół wieku temu, jest modny teraz i będzie modny za kolejne 50 lat. Buty w tradycyjnym wzornictwie są najlepszym rozwiązaniem, trudno jest w tej kwestii przestrzelić. Polecam obuwie bez zbędnych przeszyć  czy zdobień. Czerwone szwy, tłoczenia, ćwieki czy inne (nie)odzobne elementy są w złym guście i nie mają nic wspólnego z profesjonalnym, eleganckim wizerunkiem. Skoro już wiecie, na czym się skupić, następny punkt naszej wycieczki- przyjrzymy się różnym fasonom.

Oxfordy, zwane też richelieu lub wiedenkami, to jedne z najbardziej eleganckich i uniwersalnych butów w męskiej szafie oraz kropka nad i w wielu stylizacjach, szczególnie tych formalnych. Kiedy mówię uniwersalne, mam na myśli UNIWERSALNE. Naprawdę, ze świecą szukać klasycznych butów, które nadadzą się na tyle okazji co czarne richelieu. Najpopularniejszy wariant oxfordów to ten z nakładanym noskiem, który często poleruje się na lustrzany połysk, nakładając kilkadziesiąt warstw wosku do butów z kroplą wody. Daje to intrygujący efekt, który przyciąga oko. Jeśli widzisz na ulicy kogoś z mirror shine na noskach to wiedz, że ten ktoś zna się na rzeczy.

 

Klasyka klasyki, czarne oxfordy cap-toe Crockett&Jones – marki, która produkowała buty dla Jamesa Bonda!, fot. wikimedia

Wiedenki mają też ciekawą historię. W swojej pierwotnej formie były noszone przez studentów elitarnego Oxfordu.  Dzisiaj należą do jednych z bardziej formalnych, wtedy jednak były polecane jako świetny wybór na spacery. Początkowo były to buty typu slip-on, ze szczelinami na cholewce, co ułatwiało wsuwanie stopy. Sznurówki znajdowały się z boku przyszwy, żeby potem przenieść się na jej szczyt, gdzie pozostały do dzisiaj. Do Polski ten typ obuwia trafił najprawdopodobniej przez Wiedeń (który był bliżej niż Oxford) z tamtejszych uniwersytetów. Stąd polska nazwa – wiedenki.  Czarne oxfordy cap-toe (czyli właśnie z nakładanym noskiem) to absolutna klasyka i synonim dobrego smaku.

Technicznie rzecz biorąc, brogsy to nie konkretny typ butów, tylko sposób ich zdobienia. Przyjęło się jednak traktować je jako osobny model. Wspomniane zdobienie zwane jest brogowaniem lub ażurowaniem. Ze względu na jego ilość i umiejscowienie, brogsy dzielimy na: brogsy typu longwing, brogsy typu wingtip/pełne brogsy, pół brogsy i ćwierć brogsy. Im mniej zdobień, tym buty są bardziej formalne, o czym już wspomniałem. Teraz już wiecie o co chodzi.  Jako że brogsy to przede wszystkim typ zdobienia, ich mianem możemy określić zarówno oxfordy, jak i monki, loafersy, derby itd., pod warunkiem, że mają właśnie to ażurowanie. Racja, wydaje się dość skomplikowane, ale tak na prawdę takie nie jest. To dość proste: wszystko co ma ozdobne dziurkowanie można nazwać brogsami. Najczęściej jednak taki typ zdobienia spotyka się na oxfordach i derbach i to właśnie te wariacje przyjęło się potocznie nazywać brogsami. Podobnie jak czarne oxfordy to najbardziej uniwersalne buty formalne, tak brogsy w odcieniach brązu są ich odpowiednikiem w mniej wyjściowych sytuacjach. Pasują zarówno do sportowego garnituru, chinosów czy jeansów. Wszystko oczywiście zależy od ich koloru, zdobienia, rodzaju podeszwy itp.

Pełne brogsy, fot. pexels.com

Poza uniwersalnością z oxfordami łączy je jeszcze jedno – historia związana z Wyspami. Brogsy wywodzą się od butów robotników, które narażone były na różnego rodzaju uszkodzenia. Gdy przecierały się, robotnicy, zamiast inwestować w kolejną parę (chyba już wiem, skąd ten stereotyp z początku tekstu), naszywali na uszkodzoną część płaty skóry i tym samym przedłużali ich żywotność. Buty te, ze względu na klimat Irlandii i Szkocji (głównie tereny podmokłe) szybko nasiąkały wodą, a przez naszyte warstwy skóry i ich grubość długo schły. W tym celu dziurkowano cholewkę, żeby ułatwić wodzie wypłynięcie i odparowanie, co znacząco przyśpieszało schnięcie. Perforacje pełniły więc kiedyś funkcję praktyczną, dzisiaj jednak pozostał jedynie aspekt wizualny. I co z tego? Cieszy oko i ładnie się prezentuje, to najważniejsze. Nie zaszkodzi jednak wiedzieć, skąd te dziurkowania się wzięły. Zawsze można gdzieś zabłysnąć, jak ktoś spyta czemu mamy dziurawe buty. Brogsy, ze względu na częste wykorzystanie ich na polach golfowych, nazywane są też golfami. Dawniej były wykorzystywane również podczas polowań, przez co trafiły na dwór królewski – to o czymś świadczy, no nie?

Współczesne monki wywodzą się od butów alpejskich mnichów (monk-mnich) z XV wieku. Przekształcili oni swoje zapinane na klamry sandały w buty zakryte, które lepiej chroniły ich stopy. Monki to jeden z bardziej wyjątkowych i przyciągających oko modeli butów. Ich wyjątkowość polega na tym, że zapinane są na klamry. Nie sznurowane, zapinane na klamry. Dobrze przeczytaliście. Może was to trochę dziwić, bo Polsce te buty cały czas są raczej rzadko spotykane (na szczęście coraz więcej mężczyzn i kobiet docenia ich uroki!), uwielbiają je za to np. Włosi.

Buty typu monk, John Lobb, fot. flickr.com

Klamerki mogą być dwie, może być też jedna. I to najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązania. Trzy-, cztero-, pięcioklamerkowe monki to już przesada. Monki dodają nam pewności siebie, subtelnie wyróżniają i wprowadzają nonszalancję do naszych stylizacji. W tych butach od razu poczujecie się lepiej, wiem co mówię.

Loafersy to buty wsuwane, często mylone z mokasynami. W końcu i te, i te są butami letnimi. Różni je jednak sposób wykonania – w loafersach cholewka jest naciągana na kopyto i połączona z podeszwą, podczas gdy w mokasynach polega to na wywinięciu kawałka skóry, który jest jednocześnie cholewką i podeszwą, po doszyciu drugiego, który przykrywa śródstopie. Na szwie łączącym te dwie części powstają zmarszczenia, które są cechą charakterystyczną mokasynów. W loafersach szew ten również jest obecny, ale pełni jedynie funkcję ozdobną. Różnica między tymi dwoma typami butów jest więc dość prosta i zauważalna. Loafersy mogą występować w różnych wcieleniach.

Penny loafers ze skóry licowej, fot. wikimedia.com

Penny loafers, pensówki, weejuns – jak zwał tak zwał – zostały wprowadzone w latach 30. XX wieku przez firmę G.H. Bass. Wzorowane na butach norweskich rybaków, którzy z kolei zainspirowali się na mokasynami używanymi w Ameryce Południowej. Pensówki kojarzyć się mogą przede wszystkim ze studentami amerykańskiej Ligii Bluszczowej i ich stylem, zwanym preppy. Studenci mieszkający na kampusach mieli dzwonić do swoich rodziców co najmiej raz w tygodniu (no, ci grzeczni nawet i dwa). Żeby o tym nie zapomnieć, umieszczali jednego pensa pomiędzy cholewką a charakterystycznym dla tego modelu poprzecznym paskiem. W tamtych czasach jeden pens był równowartością jednego połączenia z publicznego automatu telefonicznego. Początkowo były szyte głównie ze skóry licowej w klasycznych kolorach (czarnym, brązowym, wiśniowym) i uznawane przede wszystkim za buty mało formalne i raczej smart-casualowe. Dopiero pod koniec lat 60. ikony stylu – takie jak chociażby Gianni Agnelli, wnuk założyciela FIAT-a i prezes Juventusu Turyn w latach 1947-1954 oraz wspomniany już wcześniej książę Windsoru – spopularyzowali łączenie loafersów z garniturem. Obecnie buty te nadają się praktycznie do wszystkiego (oczywiście w granicach rozsądku, na siłownię wciąż chodźcie w sportowych). Pasują zarówno do garniturów, zestawów koordynowanych, stylizacji smart-casualowych, ale też to szortów (przynajmniej moim zdaniem) czy jeansów.

Tassel loafers marki Alden, klasyka, fot. flickr.com

Tassel loafers są butami, które kojarzą się z bankierami i prawnikami z przełomu XX i XXI wieku. Ten model to najbardziej elegancki wariant loafersów a charakteryzuje się dwoma chwostami przyszytymi do cholewki buta. Dawniej popularne były sznurówki, które na końcach miały właśnie te odzobne chwosty. Nie było to nic nadzwyczajnego, ot taki fikuśny dodatek. Ale pewnego razu jeden z ich użytkowników postanowił coś w nich zmienić i zaniósł je do słynnych nowojorskich szewców węgierskiego pochodzenia – Farkas&Kovacs, którzy zaprojektowali buty z tymi ozdobnymi zawieszkami przyszytymi bezpośrednio do cholewki. Tak powstało obuwie, które przebiło się do świata elit największych amerykańskich miast. Zazwyczaj są wykonanie na smuklejszym kopycie niż, chociażby, pensówki i mają rzemień okalający całą kostkę. Ten rodzaj butów podbija obecnie ulice i jest wręcz uwielbiany przez pasjonatów obuwia. Nie przekonują was? Spójrzcie jak w czarnych tassel’ach prezentował się Cary Grant. Też będziecie chcieli mieć w sobie tyle klasy.

Gucci horsebit loafers, fot. fliskr.com

Horsebit loafers/Gucci loafers to rodzaj loafersów, który zamiast poprzecznego paska lub ozdobnych szyszek ma przyszyte końskie wędzidło. Tak, to dość niekonwencjonalna ozdoba. Firma Gucci początkowo zajmowała się produkcją siodeł, stąd też taki koński dodatek. Ten fason został zaprezentowany w latach 60. Włoski dom mody skorzystał z rosnącej popularności wsuwanych butów i zaczął tworzyć własne, luksusowe linie. W latach 70. osiągnęły szczyt popularności i były elementem garderoby każdego szanującego się rekina biznesu. O ich popularności i szerokim zastosowaniu świadczy fakt, że nosił je nawet prezydent Kennedy. Gucci loafers to buty mało formalne. Nadają się przede wszystkim do noszenia z jeansami, chinosami czy szortami.

Belgijskie loafersy w damskiej wersji, fot. flickr.com

Belgijskie loafersy to chyba najrzadziej spotykane loafersy, stworzone przez Henriego Bandela w 1950 roku i prawdopodobnie uratowały belgijski przemysł obuwniczy, który przeżywał wtedy kryzys.  Są wyjątkowe, miękkie i wygodne. Często ozdobione małą kokardą naszytą na wysokości śródstopia. Jedyny sklep detaliczny klasycznych belgian loafers jest w Nowym Yorku. Obecnie popularyzuje je Luca Rubinacci, reprezentant trzeciego pokolenia słynnych neapolitańskich krawców. Belgijskie loafersy produkowane przez Rubinaccich noszą miano marphy loafers.

Sposób produkcji mokasynów opisałem już wcześniej, przy okazji loafersów. Mokasyny to buty, które nadają się wyłącznie na luźne okazje i wyłącznie na ciepłe pory roku; do noszenia w stylizacjach casualowych, ewentualnie smart-casualowych. Nie polecam ich do formalnych zestawów. Są dwa podstawowe modele mokasynów: moksyny dla kierowców (driving mocs)  i buty pokładowe/żeglarskie (deck/boat shoes).

Pierwowzór mokasynów, fot. pixabay.com

Historia mokasynów dla kierowców nie ma nic wspólnego z kierowcami. Używane były bowiem na długo przed wynalezieniem samochodów, już przez Indian, dla których były to buty wygodne, lekkie i pozwalały bezszelestnie poruszać się podczas polowań. Dawniej szybko się zużywały, ze względu na nieutwardzoną podeszwę (a raczej w ogóle jej brak). Teraz jednak często wyposaża się je w gumowe elementy, które znacząco spowalniają ten proces. W drabinie formalności znajdują się gdzieś pomiędzy mokasynami żeglarskimi, o których za chwilę, a loafersami. Można je nawet założyć do garnituru, trzeba jednak upewnić się, że jest on uszyty z nieformalnego materiału o typowo letnim charakterze – takiego jak bawełna czy len. Skoro nadaje się nawet do sportowego garnituru, nadaje się też do wszystkiego co mniej formalne – tak więc także i do bawełnianych spodni czy nawet krótkich spodenek. Ten typ mokasynów to znak rozpoznawczy marki Tod’s.

Drugi typ mokasynów to buty żeglarskie (powyżej), wymyślone przez żeglarza z USA – Paula Sperry’ego, który był zachwycony tym, jak jego cocker spaniel Prince porusza się po lodzie. Przestudiował więc budowę poduszek i łap swojego towarzysza, które zainspirowały go do stworzenia podeszwy butów nadających się na pokład. Wyciął scyzorykiem rowki w podeszwach, żeby działały na zasadzie bieżnika i świetnie odprowadzały wodę spod podeszwy, która była biała i kauczukowa, tak, żeby nie brudziła pokładu. Niech żyje praktyczność! Sperry udoskonalał swój wynalazek, opatentował go i parę lat później jego firma (Sperry, zaskoczeni?) otrzymała zlecenie na produkcję butów dla US Navy. Poza charakterystyczną podeszwą, przez cholewkę butów żeglarskich zostały przeplecione rzemyki, które były połączone sznurówkami. Po ich zaciśnięciu stopa była stabilna i mniej podatna na urazy na mokrej i śliskiej powierzchni. Boat shoes to najmniej formalne mokasyny. Wciąż mają jednak szerokie zastosowanie. Najsłynniejsze firmy produkujące buty pokładowe to Sperry Top-Sider, Sebago oraz Timberland.

Mokasyny i loafersy możemy nosić nawet na gołą stopę, oczywiście pod warunkiem odpowiedniego dbania o higienę. Jeśli jednak czujemy się bardziej komfortowo w skarpetkach, możemy założyć tzw. no-show socks, które sprawiają wrażenie, jakby w ogóle ich nie było. W chłodniejsze dni loafersy można na spokojnie połączyć ze skarpetkami, w przypadku mokasynów wygląda to gorzej.

Espadryle, fot. wikimedia.org

Oczywiście jest cała masa innych, stylowych butów nadających się na sezon wiosenno-letni (np. niezwykle urokliwe espadryle z podeszwą ze (!) sznurka, klasyczne Chuck Taylor’s itd.) jednak nie sposób je wszystkie opisać w tym, i tak bardzo długim, tekście.

Butów nie należy się bać, wręcz przeciwnie, warto się z nimi zaprzyjaźnić, bo mogą dać nam wiele frajdy i satysfakcji. A poza aspektem praktycznym w ubieraniu się właśnie o to chodzi – o dobrą zabawę.