📻 JEŚLI IRYTUJE CIĘ KAŻDE OTARCIE, to jak masz zostać wypolerowany?

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Danuta Stachyra. 10’59”

ODCINEK 2
Sceneria za oknem przeskakuje jak w kalejdoskopie. Wydostajemy się ze Stambułu i dajemy na początek małego susa do Azji, ale niedaleko, lądujemy tuż za Bosforem. Tu w 1842 roku zaczyna się historia osady, o której uczymy się często w szkołach, a która w powszechnym wyobrażeniu leży gdzieś na końcu świata, a na pewno na krańcach muzułmańskiej Turcji. To Adampol, dziś także zwany Polonezkoy, polska wieś nad Bosforem, założona i nazwana od imienia księcia Adama Czartoryskiego. Zasiedlona powstańcami listopadowymi, oficerami z Wiosny Ludów, uczestnikami Wojny Krymskiej i innymi uchodźcami z zaboru rosyjskiego.

 

Podróż w czasie do źródeł Adampolu

DO AZJI KAMPEREM. Z Mellerem. Odcinek 1. Ruszyli

Jest połowa XIX wieku, Polski nie ma na mapie świata od kilkudziesięciu lat, ale Turcja nie uznaje rozbiorów. Z Polską łączy ją wspólny wróg: imperialna Rosja, która rozpycha się w Europie, na Krymie i Kaukazie oraz nad Bosforem. Prezes Rządu Narodowego w Powstaniu Listopadowym, książe Adam Czartoryski i jego stronnictwo polityczne Hotel Lambert marzą o wskrzeszeniu Polski. W tych planach mają mu pomóc turecki Sułtan, a także Czerkiesi, którzy pod wodzą dzielnego Szamila przez 30 lat stawiają na Kaukazie czoła potężnej armii Imperium Romanowów. Zresztą na Kaukazie do dziś krążą mity o przybocznej gwardii Szamila złożonej z polskich oficerów, dezerterów z armii carskiej.

Jesienią 1841 roku Czartoryski wysyła do Stambułu swojego zaufanego człowieka, Michała Czajkowskiego, który tamże zakłada Agencję Główną Misji Wschodniej i staje na jej czele. Czajkowski nawiązuje kontakty z osiadłymi w folwarku niedaleko Stambułu zakonnikami z francuskiego Zgromadzenia św. Wincentego a Paolo, tzw. lazarystami i po uzyskaniu aprobaty księcia Czartoryskiego oraz superiora lazarystów – ks. Etienne’a w Paryżu, 3 marca 1842 roku zostaje podpisana umowa powołująca do życia polską osadę.

Czajkowski zostaje pierwszym dyrektorem Adampola. Zagrożony wydaleniem z Turcji wskutek nacisków rosyjskich przechodzi na islam, przyjmuje imię Mehmed Sadyk Pasza i staje się poddanym Sułtana i jego żołnierzem. Jesienią 1853 roku, w przeddzień wybuchu wojny z Rosją, Sadyk Pasza tworzy oddziały złożone z Polaków: I pułk, różnorodny pod względem narodowościowym, na czele którego staje on sam oraz pułk II złożony wyłącznie z Polaków na czele którego staje gen. Władysław Zamojski. W październiku 1855 roku oba pułki odwiedza pod Burgas… Adam Mickiewicz.

Po wojnie 38 oficerów osiedla się w Adampolu. Po Powstaniu Styczniowym i kolejnej wojnie rosyjsko-osmańskiej, we wsi pojawiają się kolejni uciekinierzy z zaboru rosyjskiego i polscy dezerterzy z armii carskiej. W końcu XIX wieku wieś zamieszkuje już co najmniej 150 osób.

W okresie międzywojennym, kiedy Polska odzyskuje niepodległość, wieś zmienia nazwę na Polonezkoy, a jej mieszkańcy otrzymują tureckie obywatelstwo.

fot. A. Melle

– W 1937 roku Adampol odwiedził sam Kemal Ataturk – mówi Agnes Modlinska, którą można nazwać kustoszem pamięci wioski. – Adampol zmienił się wtedy z czysto rolniczej osady w kurort turystyczno-wypoczynkowy, do którego do dziś chętnie przyjeżdżają na weekend mieszkańcy Stambułu. W czasach PRL kontakt z Polską był mocno ograniczony, za to po 1989 roku sporo Adampolan wyjechało do Polski i w ogóle rozpierzchło się po Turcji i po całym świecie – dodaje Agnes-Agnieszka, w której żyłach płynie krew tak polska, jak i grecka i która całe życie jest rozdarta pomiędzy Adampolem a Polską, gdzie studiowała, a gdzie obecnie historię sztuki studiuje jej córka.

– Dziś w Polonezkoy Polaków jest już tylko około 50 – mówi mi 70-letni wójt wioski Frederik Novvicki, który po raz ostatni planuje start w wyborach samorządowych zaplanowanych na 29 marca. – Niedługo wyparujemy jak woda w kociołku, który zbyt długo stoi na piecu – odpowiada na moje pytanie: – Co dalej z tą Polską nad Bosforem?

fot. Andrzej Meller
Miasto sufickiego poety i tańczących derwiszów

Żegnamy Adampol i jedziemy do samego serca Turcji. W stronę Anatolii i Konyi. Mam umowę z Elą, że tuż przed zmrokiem szukamy miejsca parkingowego i stajemy. Ale tego dnia nasz kamper leci jak strzała prosto w ciemność i slalomem dryfuje między owczo-krowimi farmami anatolijskiego stepu. Nocujemy na nieczynnej stacji benzynowej, a rano okazuje się, że jesteśmy w rozległej dolinie otoczonej przez ośnieżone masywy górskie.

Tego dnia po raz pierwszy czujemy, że Europa została daleko za nami i że wkraczamy powoli na Bliski Wschód. Sceneria jak z Operacji Samum Pasikowskiego. Przeciskamy się przez stada beczących owiec i Saddamo-podobnych pasterzy z wąsem twardym jak szczota, a ja wyglądam, czy z opuszczonych szop nie wyjrzy przypadkiem Marek Kondrat z Bogusławem Lindą obwieszeni taśmami nabojów do kałacha i ciepłym falkonem gorzały pod pachą…

Dojeżdżamy (jak zawsze o zachodzie słońca) do Konyi, miasta sufickiego poety Rumiego i tańczących derwiszów. Podobno Konya liczy 2,5 miliona mieszkańców, czyli tyle co Warszawa, ale robi wrażenie małego miasteczka, raczej Pułtuska, który wyrasta nagle pośrodku niczego. Miasto jest nieskazitelnie czyste i wydaje się jakby powstało wczoraj, ale gdy wjeżdżamy do centrum, to okazuje się, że po prostu starówka jest nieduża, za to naokoło wybudowano mnóstwo nowoczesnych osiedli. Czystych, schludnych, zadbanych. Zresztą, kiedy jem pierwszą miejscową pizzę, czyli etliekmek – placek z mieloną baraninką i pietruszką skropiony cytryną, to na ścianie zauważam zdjęcie Konyi sprzed stu lat: parę meczetów, grobowiec Rumiego i wokół pustynny step.

Parkujemy pod Centrum Kultury Rumiego i śpimy pod nim trzy noce w oczekiwaniu na występ tańczących derwiszów. O świcie budzi nas gromkim głosem muezzin, ale nic to. Konya nas urzeka. Spokojem, dobrocią ludzi, targiem, balik ekmek – bagietkami ze smażoną rybką za 7 lirów (w Stambule 15!); brodatymi, dobrotliwymi sufimi, ale przede wszystkim historią jednego z największych perskich poetów – Rumiego.

Tańczący derwisze, fot. Andrzej Meller

Urodził się w 1207 roku w afgańskim Balkhu koło Mazar-i-Szarif, dokąd zmierzamy. Jego ojca zwali Sułtanem Mędrców i od najmłodszych lat przekazywał wiedzę o świecie i islamie synowi. Rodzina dość szybko musiała salwować się ucieczką z Balkhu, u którego bram stanęli dzicy Mongołowie budujący na Jedwabnym Szlaku piramidy z ludzkich głów. Rodzina małego Rumiego ruszyła na zachód i – według różnych obliczeń – dotarła do Konyi przez Persję, Bagdad i Aleppo po dziewięciu latach wędrówki. Tu, przez całe dorosłe życie Rumi (po persku Anatolijczyk) bardziej znany jako Mevlana, nauczał sufizmu, i pisał uwielbiane w całym świecie muzułmańskim wiersze o miłości do życia.

– Jeśli irytuje cię każde otarcie, to jak masz zostać wypolerowany – pisał i przez całe życie dążył do doskonałości, jednocześnie nie przejmując się śmiercią. Nazwał ją nawet dniem ślubu, bo wierzył, że spotka w ten dzień tak kochanego przez siebie Allaha, który pozwoli mu osiągnąć absolut. Zabronił nawet swoim uczniom smucić się tego dnia. Kiedy odszedł 17 grudnia 1273 roku, na pogrzeb przyszła cała Konya: muzułmanie, chrześcijanie i żydzi. Bractwo sufickie, czyli tarikat, który założył trwa do dziś, a przywódca jest w czystej linii potomkiem mistyka.

Skromny Rumi ponoć nie chciał mauzoleum. – Niebo jest najlepszym grobem – mawiał. We wnętrzu mauzoleum, w którym został pochowany obok ogrodu róż, wokół jego grobowca codziennie modlą się muzułmanie, recytując pod nosem utwory napisane 750 lat temu.

– Tańcz, kiedy jesteś zraniony, tańcz, kiedy zrywasz opatrunek, tańcz w środku walki, tańcz we własnej krwi, tańcz, gdy jesteś całkowicie wolny – słychać słowa Mevlany, który tak samo jak życie kochał śmierć, bo ta na zawsze połączyła go z Allahem, którego sufi wspominają w tańcu recytując 99 imion Wszechmogącego.

***

Andrzej Meller organizuje wyprawy do Azji z Conqueror Travel Club.


REO POLECA

📻 WIELKI MUR. Zakryje piękno i radość.

Andrzej Meller
Andrzej Meller, pisarz i podróżnik. Instagram: @eamellers Autor książek reporterskich: „Miraż. Trzy lata w Azji”, „Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki” oraz „Czołem, nie ma hien. Wietnam, którego nie znacie”. Organizator wypraw do Azji z firmą Conqueror Travel Club.