📻 JEJ PRYWATNE WOJNY. 7 lat temu zginęła Marie Colvin, teraz „wygrywa” proces

Historia na film. I jest film!

W Dafni dostaliśmy od powstańców po herbatce. Obserwowałem jak klan Suohili – ci byli nauczyciele, szewcy, lekarze i hip-hopowcy nieporadnie rozstawiają nogi moździerzy, jak strzelają ze swojej pozycji do potężnej armii Kaddafiego i oczekiwałem odpowiedzi z drugiej strony.

Nagle, może czterdzieści metrów za nami, wybuchł pocisk moździerzowy kaddafistów. Skoczyłem w panice za betonowy blok, na którym parzyła się właśnie herbata. Zza powstańczej pozycji wybiegło stado przestraszonych owiec.

Bolanda (po arabsku Polska, przyp. A.M.), czego ty się boisz? – zapytał uśmiechnięty dwudziestoletni Zakarija, który w momencie wybuchu nie wykonał najmniejszego ruchu. – Jakby Allah chciał, toby już cię nie było wśród żywych. Wszystko w rękach Najwyższego – oznajmił filozoficznie i poczęstował prowiantem, który dostał, jak zaznaczył od matki: kanapki z baranią wątróbką.

Wieczorem Marie mnie solidnie opierdoliła, bo ciężko tę przemowę inaczej nazwać: że jestem nieprzygotowany do pracy na froncie, że nie mam hełmu, kamizelki, za to same koszulki w kwiatki i inne hinduistyczne gryzmoły; że albo mnie zabiją, albo będę ranny, a jak będę ranny, to inny dziennikarz będzie musiał zostawić swoją robotę na pół dnia, żeby mnie zawieść do szpitala i wreszcie, że nie trzeba codziennie jeździć na front, żeby wiedzieć co się na nim dzieje.

– Można wieczorem pojechać do szpitala polowego i sprawdzić liczbę rannych i zabitych; można pogadać z dowódcą odcinka lub się wprosić do szefa sztabu frontu. Jest wiele sposobów zdobywania informacji bez ponoszenia ogromnego ryzyka – mówiła już na spokojnie, ale jak zawsze odpalając papierosa od papierosa…

I tyle wspominek libijskich o Marie, choć wyłącznie dzięki niej i jej kontaktom napisałem tekst o gwałtach w Misracie. Spotykałem ją potem jeszcze w upadającym Trypolisie i miałem wrażenie, że ten misracki czas nas jakoś zbliżył, że nie byłem już dla niej anonimowym gryzipiórkiem bez kamizelki z Polski, a ona dla mnie panią bez oka.

***
Marie Colvin zginęła 22 lutego 2012 w syryjskim Homs, oblężonym przez armię Assada. W mieście znajdowało się wtedy 28 tysięcy cywili, których – choć mogła – nie chciała opuścić do końca. W ostatnich audycjach na żywo ostro krytykowała reżim syryjskiego tyrana. Prawdopodobnie wojskowy dron namierzył sygnał jej telefonu satelitarnego w rejonie Baba Amr i doszło do artyleryjskiej egzekucji reporterki. Wraz z nią zginął młody francuski fotoreporter Remi Ochlik, który przybył na miejsce zaledwie na sześć godzin przed ostrzałem. Ranny w nogę został fotoreporter Marie, Paul Conroy, ale przeżył i do dziś daje świadectwo odwadze, pasji, ale przede wszystkim misji Colvin.

Kilka dni temu amerykański sąd wydał precedensowy wyrok na wniosek siostry dziennikarki Cathleen Colvin (Marie nie miała dzieci i była po dwóch rozwodach), która założyła sprawę na mocy prawa federalnego w 2016 roku. Prawo federalne pozwala bowiem skarżyć ofiarom państwa uznane przez rząd USA za sponsorów terroryzmu. Rząd Assada pozew zignorował, nie przysłał na rozprawę swojego przedstawiciela, co ułatwiło wydanie wyroku. Amerykański sąd wyznaczył wypłatę kary w wysokości 300 mln. dolarów, a dodatkowo 2,5 mln odszkodowania dla Cathleen Colvin i zwrot kosztów pogrzebu jej siostry.

Dzięki wyrokowi amerykańskiej sędziny Amy Berman Jackson historia Marie wróciła do mnie po latach. Zdałem sobie też sprawę, że przegapiłem premierę filmu o Marie A privat war (premiera 2 listopada 2018), w którym w rolę brawurowej dziennikarki wciela się świetna Rosamund Pike. Bałem się hagiograficznej szmiry, a film jest dobry! Oglądając go miałem wrażenie, że obcuję z prawdziwą Marie Colvin i że od nowa wszystko czego się naoglądałem na wojnach przeżywam.

Obejrzałem go w wersji rosyjskiej. Najczęstszym słowem, które w nim pada jest отъебись, czyli pier….się! Marie jest bez przerwy podminowana – na froncie, w relacjach z mężczyznami, a także w swojej samotności. Wie wszystko lepiej – od redaktorów, którzy nigdy nie ruszyli tyłka zza biurka, od fotoreportera, byłego żołnierza, który stale stara się ją chronić, ba, nawet od strategów wojskowych. Cierpi na PTSD, ma ciągłe koszmary, zalewa się alkoholem, aż w końcu ląduje w klinice leczącej stres pourazowy.

– Normalnie wystarcza mi kieliszek martini z wódką, ale głosy w mojej głowie nie cichną póki nie wleję w siebie litra – mówi w filmie do aktora Grega Wise’a grającego Paula Conroy’a, który odwiedza ją w szpitalu. – Nienawidzę być w miejscu działań wojennych, ale mam taki obowiązek. Mam obowiązek wobec siebie – mówi filmowa Marie, ale wiadomo, chociażby od jej fotografa, że tak było także w realu.Jestem pewien, że sceny, w których Marie choruje, zrozumie tylko ten, kto sam przez coś podobnego przeszedł. Oczywiście – jak wiemy – po szpitalu i wyjściu z hardcorowego PTSD, Marie wraca do swojej normalnej pracy, dostaje nagrody i w końcu ginie.

W wywiadzie, który ukazał się zaledwie parę dni temu na Channel 4 News fotoreporter Paul Conroy pracujący z Marie odpowiada na pytanie dziennikarza: Co by mógł powiedzieć młodym ludziom, którzy by chcieli iść w ślady Colvin? Conroy spokojnie tłumaczy, że ta praca nie jest dla tych, którzy potrzebują kopa, którzy wojną chcą się upijać, bo śmierć jest prawdziwa i trupy są prawdziwe. Tłumaczy, że to straszna robota, wyłącznie dla pasjonatów, którzy muszą sobie doskonale zdawać sprawę po co to robią.

Marie Colvin, która według słów Paula Conroy’a widziała więcej wojen niż większość żołnierzy, wiedziała, po co to robi. Nie jest jedyną bohaterką mojej ZENGI, która zginęła w Libii. Większość zachodnich dziennikarzy, których poznałem w Misracie pognało potem na wojnę w Syrii. Klina klinem.

Ja odchorowałem swoje, spłaciłem długi, a potem przed Syrią uratowała mnie miłość. Zrozumiałem to dopiero parę lat po wojnie w Libii, kiedy na początku września 2014 roku, jedząc z żoną śniadanie zobaczyłem w telewizorze faceta w pomarańczowym kombinezonie, któremu ISIS-owiec powoli odrzyna głowę.

– Znam go! – krzyknąłem i aż podskoczyłem na krześle. Kolejną ofiarą wojny okazał się amerykańsko-izraelski dziennikarz Stephen Joel Sotloff z którym parę tygodni mieszkałem w misrackim hotelu Gostik.

Jestem dumny, że mogłem poznać Marie Colvin. Jednocześnie jestem wdzięczny losowi, a przede wszystkim żonie, że ostatecznie nie poszedłem dalej tą karkołomną ścieżką. Tym bardziej podziwiam dziś przerwaną misję Marie Colvin.

 

1
2
Andrzej Meller
Andrzej Meller, pisarz i podróżnik. Instagram: @eamellers Autor książek reporterskich: „Miraż. Trzy lata w Azji”, „Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki” oraz „Czołem, nie ma hien. Wietnam, którego nie znacie”. Organizator wypraw do Azji z firmą Conqueror Travel Club.