📻 JEJ PRYWATNE WOJNY. 7 lat temu zginęła Marie Colvin, teraz „wygrywa” proces

Historia na film. I jest film!

AUDIO REO. Posłuchaj nagrania tekstu artykułu. Czyta Danuta Stachyra (18’25”)
 
Kilka dni temu amerykański sąd wydał precedensowy wyrok. Na wniosek siostry dziennikarki nakazał wypłatę kary w wysokości 300 mln. dolarów, a dodatkowo 2,5 mln odszkodowania dla Cathleen Colvin i zwrot kosztów pogrzebu jej siostry, Marie Colvin. Dzięki wyrokowi sędziny Amy Berman Jackson historia Marie wróciła do mnie po latach. 

 


Oddając książkę wydawcy w lutym 2012 roku, zadedykowałem ją Marie Colvin, którą poznałem w Misracie, a która kilka miesięcy później tragicznie zginęła w syryjskim Hims. Wbrew słowom umieszczonym przeze mnie w dedykacji, Marie nie poznałem w Misracie. Poznałem ją chwilę wcześniej, w wyzwolonej już stolicy powstania przeciw pułkownikowi Kaddafiemu – w Bengazi.

Marie spotkałem w kafejce internetowej. Nie miałem pojęcia, kim jest przystojna pani z opaską na oku. Powtarzała, że kluczem do wojny w Libii jest Misrata, że tam, my reporterzy powinniśmy teraz być.

Byłem już wcześniej na paru wojnach, widziałem ostrzał artyleryjski, błysk wyrzutni GRAD, bombowce roznoszące bloki mieszkalne, ajdiki, rannych i zabitych w zamachach terrorystycznych. Jedne wojny były mi bliższe, drugie poza zasięgiem mojej optyki, hen, gdzieś na końcu świata. Podobnie było zawsze ze stronami konfliktu.

Choć nigdy nie było czarno-biało, to pomimo obiektywizmu, jaki powinien towarzyszyć pracy każdego dziennikarza, sympatyzowałem zazwyczaj z jedną ze stron. O Kaddafim, szalonym pułkowniku, o jego Zielonej Książeczce uczyłem się w szkole. O tym, że wspierał terroryzm, o zamachu nad Lockerbie, o bombardowaniu Trypolisu przez US AIR Force Reagan’a wiedział każdy, kto czyta prasę…

Kiedy wybuchło powstanie libijskie byłem od paru lat w Azji, a dokładnie na Sumatrze. Kiedy 19 marca 2011 roku siły NATO zaatakowały wojska pułkownika Kaddafiego, akurat karmiłem orangutany w dżungli. Zobaczyłem w telewizorze płonące czołgi lojalistów wjeżdżające do powstańczej stolicy Bengazi i dotarło do mnie, że tam dzieje się historia. Poczułem burzliwy natłok myśli, z których jedna wydawała się niezwykle jasna: jeżeli reporter powinien się teraz czymś zająć, to na pewno nie karmieniem małpek. – Pakuj się i jedź, chłopie! – powiedziałem do siebie.

Tak pokrótce znalazłem się w Bengazi, do którego – podobnie jak Marie – przedostałem się z Egiptu. Myślałem, że jadę do Libii na 2 tygodnie, na tyle zresztą miałem pieniędzy. Zostałem 5 miesięcy aż do wyzwolenia Trypolisu i ucieczki Kaddafiego do Syrty – miasta, w którym się urodził i pod którym został zaszlachtowany.

– Go to Misrata, man! – kusiła mnie pani z jednym okiem i wiecznym fajkiem w ustach – raz na 10 dni z portu w Bengazi wypływa kuter z amunicją i zaopatrzeniem. Dam Ci namiar na pirs i kapitana – mamiła wielką przygodą starsza ode mnie o 20 lat, twarda, oschła i koleżeńska jednocześnie reporterka.

Toczyłem wewnętrzną walkę: czułem cykora i zew przygody jednocześnie. W Bengazi nikt z nas nie miał do końca pojęcia, co się dzieje w oblężonej Misracie, ale w końcu dałem się skusić, choć czasu na decyzję było mało. Pamiętam, że w nocy do kutra podeszło poza mną także paru dziennikarzy ze znanych, międzynarodowych agencji prasowych, ale zanurzenie jednostki było tak duże, że ich szefowie przez satelity nie udzielili im zgody na wejście na pokład. A chuj! – pomyślałem i wsiadłem. To A chuj często pojawia się w książce ś.p. Krzysztofa Millera 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego

Na statku poza mną i kapitanem, który przeszedł do powstania z marynarki wojennej Kaddafiego znalazło się 25 mudżahedinów. Ranni, okutani bandażami pouciekali ze szpitali Cypru, Turcji i Bengazi, by walczyć o życie swoich rodzin. By być albo nie być. Przez 50 godzin rejsu zemsty, jak go nazywałem, to pawiowali za burtę, to na pokładzie pięć razy dziennie odmawiali namaz. Pośrodku Morza Śródziemnego kapitan dostał nagle wiadomość przez radio, że przy wejściu do misrackiego portu rakietami zatopiono kuter, który płynął przed nami. Tak, dzięki Marie Colvin dotarłem do serca libijskiej wojny i wbrew moim pierwotnym założeniom nie udało mi się tam wyrwać na weekend.

Prosto z misrackiego portu, w środku nocy zabrał mnie do domu jeden z pasażerów, Tarik.
Była trzecia w nocy, gdy kładliśmy się spać. Ale ledwie zmorzył nas sen, w oddali, chyba na przedmieściach, zagrzmiało. Liczyliśmy wybuchy; naliczyliśmy dwa tuziny. Rano pojechaliśmy do szpitala odwiedzić Malikę i jej mamę (siostrę Tarika – przyp. A.M.). Krążąc po przepełnionym szpitalu pełnym rannych i umierających ludzi, dotarło do mnie, gdzie się znalazłem. Musiałem wyjść z pokoju, bo patrząc na uśmiechniętą, pogodną dziewczynkę, której dopiero co urwało nogę, a która bawiła się prezentami, jakby się nic nie stało, zacząłem się bać, że się popłaczę.

Po paru dniach powstańcy zawieźli mnie do położonej na skraju miasta willi, należącej podobno do handlarza bronią, który sporo zarobił w byłej Jugosławii. Działała, choć słabo, sieć, spiżarnia pełna była kuskusu, czerstwych bagietek, puszek z tuńczykiem i kartonów tureckiego mleka. W willi krzątało się paru Arabów, a na telefonie satelitarnym wisiała bez przerwy kędzierzawa blondynka z opaską na oku, która swoimi kanałami dotarła do libijskiego Sarajewa.

– Andrew, zrób mi mocną kawę, taką parzoną – poprosiła pierwszego ranka, a kiedy sytuacja powtórzyła się parokrotnie, pomyślałem: Chyba kobieta przegina pałeczkę, co ja jestem, boy hotelowy kurwa mać?! I jakoś wtedy, w czasach willowych poguglowałem, porozmawiałem z innymi i dotarło do mnie, że pani Marie to pierwsza liga światowego dziennikarstwa wojennego i że przynoszenie Jej o poranku kawusi to jednak zaszczyt, a nie zniewaga.

– Jak ty wyglądasz chłopie! – parsknęła, gapiąc się na moją koszulkę ze słoniowatym Ganeszem, prosto z Riszikeszu. – Jak ty taki hippis, to nie pchaj się na wojnę. A przede wszystkim, kup sobie jakieś szare tiszerty, bo wyglądasz jak tarcza strzelnicza – ciągnęły się podśmiechujki, ale już następnego dnia zareagowała ostrzej.

Pierwszy raz na front zachodni w Dafni wybrałem się więc z Krzesimirem, który był starym wygą – od ponad dziesięciu lat pracował jako reporter w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Z wojną zetknął się jednak znacznie wcześniej. Jako szesnastolatek zaciągnął się do chorwackiej milicji, formacji w rodzaju pospolitego ruszenia, która walczyła z Serbami, i szybko został ranny. Na front pojechaliśmy z kierowcą Ahmedem i amerykańską reporterką wojenną Marie. Nowojorska dziennikarka też była obyta z wojną. Kobieta ta, dobrze pod sześćdziesiątkę, straciła na Sri Lance oko, po tym jak w walkach wojsk rządowych z Tamilskimi Tygrysami pod Dżafną oberwała w twarz odłamkiem pocisku moździerzowego (…) – wspominam w książce – (…) Stanęliśmy na posterunku jakieś piętnaście kilometrów na zachód od Misraty. Powstańcom trzymającym wartę musiało się nudzić, bo z pustych łusek ułożyli na cementowym bloku arabski napis Libia. Obok ustawili plastikowy szkielet z zawieszoną kartką: „Taki los spotka każdego kaddafistę”.

Między Dafnią, a Zalitanem, który był w rękach kaddafistów, słychać było „gradową” nawałnicę. Wyobrażałem sobie, że podobnie musi brzmieć nadbiegające stado mamutów albo dinozaurów. Nie miałem kamizelki ani hełmu; przyjechałem tu nieprzygotowany, prosto z dżungli na Sumatrze.

– Ja nie jadę, chłopcy – powiedziała Marie. – Życie mi jeszcze miłe, a ostrzał gradem to rosyjska ruletka. Kierowca też zakomunikował, że dalej nie pojedzie. Do frontu były trzy kilometry. Kreso się nie wahał.
-Dawaj, złapiemy stopa z mudżahedinami – powiedział.

Tyle z książki.

1
2
Andrzej Meller
Andrzej Meller, pisarz i podróżnik. Instagram: @eamellers Autor książek reporterskich: „Miraż. Trzy lata w Azji”, „Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki” oraz „Czołem, nie ma hien. Wietnam, którego nie znacie”. Organizator wypraw do Azji z firmą Conqueror Travel Club.