Jedyna możliwość to masowe wyjście istniejących instalacji z zielonych certyfikatów


Z Kamilem Szydłowskim, wiceprezesem Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej, rozmawia Paweł Sito.

 

Kim jest przykładowy/typowy właściciel “małego” wiatraka?

Taki człowiek jest przedsiębiorcą, który kiedyś postanowił postawić wiatrak, bomiał oszczędności zarobione w innym biznesie. To polscy kapitaliści w terenie,ludzie którzy mają mleczarnie, gospodarstwa rolne, warsztaty samochodowe,zakłady mięsne itd. W którymś momencie działalności mieli na tyle dobrąsytuacje finansową, że było ich stać na to, by wziąć kredyt na turbinęwiatrową. Większość z tych osób wzięła milion, dwa miliony lub więcej kredytu.Ostatnio słyszałem o spółce, która wzięła 5 000 000 złotych kredytu i w tejchwili tej raty kredytu nie jest w stanie spłacić, bo sytuacja na rynkuzielonych certyfikatów wiemy jaka jest. To są przedsiębiorcy, którzypostanowili w którymś momencie zainwestować w działalność dotąd nieprzeznaczoną dla podmiotów prywatnych, gdyż kiedyś to wyłącznie państwogenerowało energię.

W jakiej są teraz sytuacji?

Są w sytuacji takiej, że każdy z nich dopłaca teraz kilka tysięcy złotych comiesiąc do bieżącej obsługi tej turbiny.

A umowy na odbiór energii z kim mają?

Póki co mają ze sprzedawcami zobowiązanymi, czyli tymi, którzy są ustawowozobowiązani do odbioru energii, czyli jest to któryś z wielkich koncernówenergetycznych. Tyle, że taki stan trwać będzie tylko do końca roku. Odstycznia każdy będzie musiał sobie znaleźć własnego odbiorcę energii. To jestnajgorsze co nas czeka. Ja sobie nie wyobrażam, by taki przedsiębiorca, PanKowalski, który ma mleczarnię, plus np. półmegawatowy wiatrak, miał usiąść dojednego stołu z którymkolwiek z gigantów (spółek obrotu) i negocjować dostawęenergii. W praktyce to będzie wyglądało tak, a nawet już tak wygląda, bopierwsze takie umowy otrzymujemy, że dostaniemy umowy ze znacznie niższą cenąniż cena URE. To nie będzie już 170, ale średnio np. 120 lub 110 złotych.

Czyli to już nie będzie “tylko” 5,6 lub 8 tysięcy dopłaty co miesiąc?

Nie inaczej. A skoro już mówimy o dopłacie do tego interesu to pamietajmyjeszcze o tych, którzy mają do spłacenia kredyty. Mamy 2 kategorie właścicieli:ci, którzy spłacili kredyt są w stanie bez certyfikatów na swojej energii jużsię utrzymać, ale większość inwestorów ma jeszcze kredyty niespłacone. Byłybrane na ogół na 15 lat, większosci z nich zostało jeszcze kilka lubkilkanaście lat spłaty.

Gdyby osoba, która kompletnie na tym się nie zna chciała spytać o co chodzi zzielonymi cartyfikatami, co Pan by odpowiedział?

Do tej pory było tak, ze państwo deklarowało, że do każdej megawatogodzinyenergii dostajemy certyfikat, czyli papier wartościowy, który miał byćdodatkowym zyskiem, zarobkiem i wiadomo, że miał być on rynkowy od początku, żepopyt z podażą musiał się gdzieś krzyżować i na podstawie tego miała byćustalona cena tego certyfikatu. W pewnym momencie okazało się, że certyfikatnie kosztuje już 300 złotych, tylko dziesięć razy mniej lub jeszcze mniej.Pomimo, że to miał być (w praktyce już nie jest – stał się sterowany przezMinistra Energii) rynkowy mechanizm, państwo ma dużo metod kontrolowania tego,co dzieje się na rynku. Jedną z nich jest obowiązek umorzenia – władze mogą zdecydowaćile certyfikatów na rynku będzie musiało być obowiązkowo zakupionych, czyli torząd steruje stroną popytową, bo to on określa czy potrzebujemy 1 procentcertyfikatów, 10 czy 20 procent. W tej chwili jest to obowiązek ustawowy 20procent, ale minister może w rozporządzeniu tę stopę ograniczyć i oczywiście ztego skorzystano i w tej chwili mamy 16 procent (w tym 0,6 proc. dlacertyfikatów biogazowych).

Co było głównym powodem tak drastycznego spadku cen zielonych certyfikatów?

Moim zdaniem sporą winę ponosi współspalanie. Dużo certyfikatów poszło nie dozielonej energii, która zieloną być powinna. Zgodnie z nomenklaturą unijną,niestety, energią odnawialną można nazywać współspalanie węgla z biomasą, czylicoś co jest zielone tylko w jakimś ułamku. Za każdą megawatogodzinę producencidosypujący biomasę do węgla dostawali ten sam certyfikat, który mydostawaliśmy. Duża część tego wsparcia z ustawy o OZE czy energetykiobywatelskiej została wykupiona przez energetykę węglową.

Jakie są pomysły, by z  tych problemów wyjść?

Jeden to postulat Polskiej Rady Koordynacyjnej OZE, czyli obowiązek umorzeniacertyfikatów – niech państwo weźmie na siebie to brzemię i przyzna, że systemnie jest już rynkowy, bo ktoś wcześniej popełnił błędy, bo podkreślić należy,że tragiczna sytuacja OZE nie wynika tylko z błędów tego rządu, to wynikizaniedbań kilkunastu ostatnich lat. Drugie wyjście, jakie postulujemy, toprzeprowadzenie tych instalacji do tzw. aukcji migracyjnych, czyli tak, żebyumożliwić tym osobom migrację do systemu aukcyjnego. To by polegało na tym, żejeżeli wiatrak ma 8 lat pracy za sobą, może przejść na system aukcyjny tylko na7 lat. Tak by ci ludzie mogli chociaż spłacić kredyty. To by się miało opieraćna stałej minimalnej cenie, naszym zdaniem ukształtowanej w okolicach 300-320złotych w zależności od tego, kto jakie wsparcie dostał, ale taka stawkagwarantowałaby, że każda z tych osób w ciągu 4, 5, czy 7 lat swój kredytspłaci. Ten system nie byłby kosztowniejszy niż obecnie, bo certyfikaty i tak sąwliczane po o wiele wyższej cenie w naszych rachunkach za energię. I tu mamy doczynienia z nieprawdą głoszoną przez rząd, że cen certyfikatów nie możnapodnieść z tych marnych kilkudziesięciu złotych, bo to odbiłoby się narachunkach mieszkańców. Te certyfikaty z rachunków zatrzymały się dziwnie na140-150 złotych.

Czyli udział w aukcjach byłby najlepszy?

Powiedzmy: najłatwiejszy dla ratowania sytuacji. Jeśli rząd nie chciał ratowaćsystemu wtedy, gdy było to o wiele łatwiejsze to jedynym wyjściem jest terazprzejście do aukcji dla istniejących instalacji.

Ilu przedsiębiorców zbankrutowało, pozbyło się wiatraków?

Ludzie zarzynają się, finansują straty z innych przedsięwzięć, starają sięrobić co można, by nie upaść. Ta działalność jest niedochodowa od kilku lat, alełatana jest przez tę drugą, “bezpieczną”.

Jakie przepisy ustawy o OZE należałoby poprawić?

Trzeba by zmienić kwestię pomocy publicznej. Ci, którzy dostali wysokiewsparcie na początku przy pikujących cenach certyfikatów nie powinni miećtakich samych szans w systemie aukcyjnym. My chcielibyśmy uratować tych, którzytego potrzebują, żeby nie było tak, że ten kto kupił starą turbinę, wziął na todofinansowanie a teraz miał na równych prawach startować w aukcjimigracyjnej i zabierać miejsce temu kto sfinansował to z kredytu, nie dostał nato pieniędzy i jeszcze certyfikatów nie zbył, bo mu się to nie opłacało.Kolejnym postulatem jest formuła koszyków aukcyjnych. Progi mocowe powinny byćnie do jednego megawata, ale do dwóch, ponieważ większość instalacji jest o mocy1,6 czy 1,8 MW, w związku z czym obecnie mali inwestorzy startują w jednymkoszyku razem z gigantami. Gdyby granica była postawiona wyżej, mielibyśmy małąenergetykę w osobnym koszyku. Władze mają dokładną ściągawkę jak pomóc polskimniewielkim przedsiębiorcom energetycznym, jeśli rzeczywiście chciałyby tozrobić.

Kamil Szydłowski – wiceprezes Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej


Paweł Sito / REO.pl
fot. Kamil Szydłowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here