Jakub Dymek: Szaleństwo bez metody – notatki ze szczytu G7

Nowa dyplomacja bez starych reguł

Donald Trump opuścił szczyt G7 w kanadyjskim Quebecu przed końcem obrad. Poleciał do Singapuru, by spotkać się z północnokoreańskim dyktatorem Kim Dzong Unem. Trudno o bardziej symboliczny zwrot akcji. Choć czy to nas jeszcze zaskakuje?

Trump zdążył wywołać mniejszej rangi skandal, zanim szczyt najzamożniejszych gospodarek świata, którego gospodarzem w tym roku był premier Kanady Justin Trudeau, zaczął się na dobre. Amerykański prezydent ogłosił bowiem, że właściwie nie ma nic przeciwko temu, aby Federacja Rosyjska wróciła do stołu obrad, a grupa zaproszonych z powrotem przybrała format G8. Z typową dla siebie oszczędną elokwencją przekonywał, że wszak szczyt ośmiu jest lepszy niż siedmiu. Zapomniał jednak – lub nie chciał pamiętać – że Rosję wykluczono po aneksji Krymu, co większość europejskich przywódców mimo wszystko Putinowi pamięta, nawet jeśli Trumpowi ten fakt podejrzanie często wylatuje z głowy.

Gospodarza szczytu udało się mu obrazić zatem dwukrotnie – bo gdy pożegnał się (lub też nie) z pozostałymi uczestnikami, to z pokładu prezydenckiego samolotu tweetował, że Trudeau kłamie i jest słabeuszem. Poszło o oświadczenie końcowe, które zwyczajowo uczestnicy szczytu podpisują. Zawiera ono punkty wspólne i deklaracje, ale nikt już nie łudzi się chyba, że jego podpisanie jest czymś więcej niż grzecznościowym gestem, jakich w dyplomacji bez liku. Tym razem Stany Zjednoczone postanowiły ustami przywódcy wolnego świata nawet i ten symboliczny gest skompromitować.

jeszcze przed rozpoczęciem szczytu g7 niektórzy dyplomaci mówili dziennikarzom, że obawiają się wycofania podpisu USA spod wszystkich dokumentów i ustaleń zawierających sformułowanie “zmiana klimatu”.

Donald Trump ogłosił, że polecił swoim urzędnikom nie poprzeć ustaleń szczytu. Co ciekawe, jeszcze przed rozpoczęciem spotkania niektórzy dyplomaci mówili dziennikarzom, że obawiają się wycofania podpisu USA spod wszystkich dokumentów i ustaleń zawierających sformułowanie zmiana klimatu. Nie wiadomo, czy ich podejrzenia były słuszne – jednak efekt jest ten sam. Prezydent Stanów Zjednoczonych w imię obrony swojego programu ceł i nowej polityki handlowej – krytykowanych i przez sojuszników, i część jego własnej partii – postanowił obrazić obradujących. Ogłosił po prostu, że wszyscy, dosłownie WSZYSCY chcą Amerykę oszukać, więc on teraz będzie się prewencyjnie odgrywał.

Komentatorzy zachodzą w głowę, czy w tym szaleństwie jest metoda, choć to pytanie dawno rozstrzygnięte. Nie, polityka zagraniczna Białego Domu pod rządami byłej gwiazdy reality shows nie podlega żadnej racjonalnej ocenie; jest wypadkową nastrojów prezydenta, tego, którą nogą wstanie z łóżka, co przeczyta na Twitterze i co usłyszy w porannym wydaniu Fox & Friends.

Tak długo, jak przywódcy sojuszniczych państw będą dawali się upokarzać i przymykali oko na zupełny brak konsekwencji w deklaracjach i posunięciach Donalda Trumpa, tak długo on, i to wyłącznie on, będzie na tym zyskiwał.

Jednak, co zaskakujące, nie wszyscy jeszcze zrozumieli, że to skuteczne na tyle – cytując piłkarskie powiedzonko – na ile przeciwnik pozwala. Tak długo, jak przywódcy sojuszniczych państw będą dawali się upokarzać i przymykali oko na zupełny brak konsekwencji w deklaracjach i posunięciach Donalda Trumpa, tak długo on, i to wyłącznie on, będzie na tym zyskiwał. Gdy ktoś postanowi odpłacić mu pięknym za nadobne i zacznie grać według nowych reguł – wtedy przynajmniej szok będzie obustronny. Zdaje się, że pierwsi łapią tę grę dwaj frankofoni – Justin Trudeau i Emmanuel Macron. Obydwaj przynajmniej zdolni są do tego, by równie nieprzewidywalnego, co pewnego swojego zdania Trumpa kontrować improwizowanymi i ciętymi ripostami. Zarazem grając tą samą kartą – narodową dumą i obroną suwerenności, za co zdobywają punkty u swoich wyborców.

Nie jest to chyba efekt przypadku: choć wywodzą się z różnych pokoleń, to i Trump, i Macron, i Trudeau są przywódcami nowej generacji, mniej skrępowanymi dawnymi konwencjami i pozbawieni obciążenia doświadczenia w dyplomacji i przywiązania do dawnych reguł gry. No, jest jeszcze Putin, ale to już inna opowieść.

Morał z ostatniego szczytu G7 jest jednak jasny: traktowanie Ameryki preferencyjnie, koncyliacyjne podejście, wiara w dotychczas obowiązujące instytucje i utarte schematy postępowania – to już wszystko bez sensu. Kanon się wyczerpał, a przewidywalność i cierpliwość, które uchodziły w dyplomacji za cnotę, są dziś balastem. Dyplomacja z Trumpem wymaga zastosowania metod, jakie stosuje się dyskutując z obrażonym dzieckiem. Co doskonale obrazuje wspaniałe zdjęcie ze szczytu, otwierające ten tekst.