Od 2015 roku koniec demokracji ogłoszono przynajmniej kilkukrotnie. Wybitni analitycy, publicyści czy dziennikarki dokładali do tego jeszcze nekrologi dla liberalizmu, Europy i globalizacji. Nie powinno zatem dziwić, że trudniej będzie przebić się kolejnym publikacjom ogłaszającym następny wielki koniec, ostateczny krach czy fundamentalny kryzys.

Jednak przy najnowszej książce z tego nurtu – The People vs Tech Jamiego Bartletta – warto się na chwilę zatrzymać. Bartlett pracuje w brytyjskim think-tanku Demos, gdzie od początku tej dekady zajmował się technologiami dla demokracji. Dziś należałoby jednak raczej powiedzieć, że przedmiotem jego badań są technologie przeciw demokracji. Bartlett – co też jest już swego rodzaju konwencją – był technooptymistą, który zdążył się zawieść, rozczarować, a w końcu przestraszyć cyfrowymi narzędziami, które wcześniej promował. W tym wymiarze jego książkę rzeczywiście trudno uznać za nowatorską.

Jednak stawia on technologię (a konkretnie: przemysł cyfrowy ulokowany w Dolinie Krzemowej) w centrum sporu o przyszłość liberalnej demokracji w świecie Zachodu.

W epoce cyfrowej  demokracja, jaką znamy, nie posiada już zdolności adaptacji.

Główna teza The People vs Tech głosi, że dalszy rozwój cyfrowych narzędzi komunikacyjnych (technologii) jest nie do pogodzenia z dalszym trwaniem liberalnych instytucji (demokracji). Innymi słowy, demokracja liberalna wykształciła się w czasach analogowych, do analogowej rzeczywistości były przystosowane jej główne założenia i narzędzia do zarządzania kryzysem. W epoce cyfrowej, gdy koncepcje mediów, obywatelstwa, sfery publicznej i demokratycznej wspólnoty gwałtownie ewoluują i zmieniają swój sens, demokracja, jaką znamy, nie posiada już zdolności adaptacji.

Albo więc demokracja dogoni cyfrową zmianę, a odpowiedzialne społeczeństwo w porę wykształci obywatelskie nawyki na miarę nowej epoki, albo czekają nas rządy technokratycznych despotów. Wspierać ich będzie arogancka kasta innowatorów z Doliny Krzemowej, którzy wejdą w rolę sędziów i kapłanów nowego porządku. Tak czy inaczej: analogowa demokracja się kończy.

Bartlett stara się pokazać, że zagrożone jest sześć filarów demokracji: istnienie przejrzystej sfery publicznej, funkcjonowanie wolnego rynku, dobrobyt klasy średniej itd. W każdym przypadku – czy chodzi o przyszłość pracy, kampanii wyborczych czy samą ideę uczestnictwa w polityce – cyfrowa rewolucja przyniosła trudno odwracalne zmiany, które podmywają dawne oczywiste oczywistości demokracji.

nikt jeszcze nie jest w stanie przedstawić rozwiązań dla problemu baniek społecznościowych i nowej plemienności, która nakręca spiralę radykalizacji i czyni rzetelną debatę medialną czymś na kształt elitarnego hobby.

Przykładów na to, że problem opisywany przez Bartletta nie jest wymyślony, nie brakuje. Afera Cambridge Analytica, podobnie jak burzliwa kampania przed referendum Brexitowym i amerykańskimi wyborami 2016 roku, pokazały, że stare zasady regulujące sposób prowadzenia kampanii nie znajdują już zastosowania. Wyobraźmy sobie polską – czy jakąkolwiek inną – komisję wyborczą, która zdolna będzie powstrzymać zmasowaną kampanię nienawiści czy propagandy w mediach on-line.
Analogicznie: nikt jeszcze (choć dobrych intencji nie brakuje) nie jest w stanie przedstawić rozwiązań dla problemu baniek społecznościowych i nowej plemienności, która nakręca spiralę radykalizacji i czyni rzetelną i opartą na faktach debatę medialną czymś na kształt elitarnego hobby bez większego wpływu na życie społeczne i politykę. Automatyzacja miejsc pracy, napędzane przez technologie nierówności i niepewność co do losu całych branż napędzają zaś poczucie zagrożenia i frustracji – które z kolei prowadzą do odrzucenia kolejnych instytucji demokratycznych, niechęć do globalizacji i odwrót od tradycyjnych autorytetów. Koło się zamyka.

I trudno odmówić autorowi racji, gdy przeprowadza nas przez ten alfabet problemów i wyzwań, nawet jeśli ostateczna konkluzja jest przerażająco wręcz pesymistyczna. Jeżeli jednak coś jest bardziej pesymistycznego niż ta diagnoza, to fakt, że nawet najwybitniejsze umysły i najlepiej poinformowani eksperci mogą nam często zaoferować garść dobrych rad jak z podręcznika sprawna demokracja dla początkujących.

Wysłuchałem ostatnio długiego podcastu z gościnnym udziałem Anne Applebaum i Petera Pomerantseva, poświęconego walce z rosyjską dezinformacją i sabotowaniem debaty publicznej na Zachodzie. Niezależnie, czy się poglądy polityczne Anne Applebaum lubi, czy nie – zna się ona na temacie wyśmienicie i sama jej biografia świetnie przygotowała ją na zmierzenie się z tym problemem. Peter Pomerantsev zaś – autor wyśmienitej książki Jądro dziwności – stał się w ostatnich latach wręcz klasykiem za życia, którego tezy i diagnozy przywoływane są niemal odruchowo, ilekroć pojawia się temat mediów w służbie autorytaryzmu.

A jednak nawet od tak elokwentnej i biegłej w temacie pary ekspertów dowiedziałem się tyle, że potrzeba nam sprawnych mediów lokalnych i państwowych inwestycji w działanie rzetelnych i obiektywnych nadawców publicznych. Że działanie algorytmów powinno podlegać regulacjom państwowym, a rola monopolistów powinna zostać ograniczona. Że instytucje kontrolne i parlamentarne komisje powinny badać wrogie kampanie propagandowe i zwalczać ekstremizm. Zachód zaś powinien być zjednoczony i zdeterminowany w walce ze swoimi antydemokratycznymi przeciwnikami.

Mam obawę, że mylimy skutek z przyczyną. Gdybyśmy mieli mocną prasę i rzetelne media publiczne, odpowiedzialnych polityków, ideową jedność Zachodu i sprawną regulację technologicznych gigantów (najlepiej w połączeniu z silnymi globalnymi instytucjami kontrolnymi), a promowanie ekstremistycznych poglądów nie byłoby tak tanie i łatwe, nie mielibyśmy w ogóle tej dyskusji. Czyż nie?