Jakub Dymek: Stal i powtórka z nowoczesności

Pierwsza „zimna” wojna USA

Nawet jeśli nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytanie, co naprawdę kierowało Donaldem Trumpem, fakt, że poszło akurat o stal, przynosi ze sobą arcyciekawe konteksty i konsekwencje.

Nowa mitologia
Gdy w 1876 wzniesiono na przedmieściach Pittsburgha hutę im. Edgara Thompsona, współczesny obserwator skonstatował, że jest to najwspanialszy pomnik amerykańskiego rozwoju, tryumfu przemysłu i myśli inżynieryjnej, jaki kiedykolwiek mógł powstać. Do tego i innych pomników przemysłu pielgrzymowali intelektualiści i prezydenci, oddając hołd piecom hutniczym i silnikom parowym niczym totemom nowej religii. Nawet lewicowo czy socjalistycznie nastawieni krytycy, sceptyczni wobec wielkiej industrializacji i piekielnych warunków pracy w hutach, zgadzali się, że stal dała początek człowiekowi nowoczesnemu i była budulcem potęgi imperiów. W Stanach Zjednoczonych, w sto lat po amerykańskiej rewolucji, celebrowano już przemysł stalowy jako element tożsamości narodowej. Stal była tworzywem nowoczesnej broni, nowoczesnego budownictwa i nowoczesnego transportu – wszystkich źródeł potęgi państw narodowych w XX wieku.

źródło: Wheeling Pittsburgh Steel Archives Greater Monessen Historical Society, fot. flickr

Trudno zgadywać, czy prezydent Donald Trump miał świadomość tej całej amerykańskiej mitologii związanej ze stalą, gdy zdecydował, że to właśnie o nią warto rozpocząć pierwszą globalną wojnę handlową XXI wieku. Być może nie – i za jego decyzją stały inne impulsy: przywiązanie do stali z czasów, gdy budował swoją karierę jako deweloper; fakt nierównowagi handlowej z Chinami czy wciąż symbolicznie istotny obraz robotnika przemysłowego w drelichu i kasku, który jest ucieleśnieniem dawnej przemysłowej potęgi, którą prezydent obiecał Ameryce przywrócić. Nawet jeśli jednak nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytanie, co naprawdę kierowało 45. prezydentem USA, fakt, że poszło akurat o stal, przynosi ze sobą arcyciekawe konteksty i konsekwencje.

Do broni!
Cofnijmy się do marca bieżącego roku. Wówczas to prezydent Trump ogłosił, że import stali i aluminium do Stanów Zjednoczonych zostanie obciążony cłem w wysokości – odpowiednio – 25 i 10%.

Teoretycznie administrację Trumpa wiążą umowy handlowe i reguły WTO, Światowej Organizacji Handlu, które wyraźnie zakazują nakładania wcześniej nieuzgodnionych ceł i tworzenia zapór w handlu międzynarodowym. Waszyngton powołał się jednak na prawo z lat 60. XX wieku, które pozwala prezydentowi w trybie rozporządzenia wykonawczego nałożyć cła importowe ze względów bezpieczeństwa narodowego.

Ten właśnie – dość pokrętny, przyznajmy – argument podaje dla uzasadnienia legalności i słuszności decyzji amerykański minister (sekretarz) handlu, Wilbur Ross. Jego (i administracji) rozumowanie przedstawia się następująco: nadmierny import stali spoza Stanów zmniejsza potencjał wytwórczy krajowego hutnictwa, przez co produkcja broni i sprzętu wojskowego mogłaby zostać zagrożona. Eksperci i komentatorki – choćby noblista Paul Krugman – uznają to za w najlepszym wypadku wybieg, a najgorszym bezczelne kłamstwo. Ameryka, tłumaczą, nie ma problemu z produkcją wystarczającej ilości broni, a przemysł zbrojeniowy czy motoryzacyjny były dzięki tańszej stali z importu bardziej konkurencyjne. Zaś w sytuacji naprawdę kryzysowej (której nijak na horyzoncie nie widać) i tak Stany mogą importować stal od sojuszników.

W tym momencie należy przejść do aktu drugiego. Owi sojusznicy, czyli Meksyk i Kanada, (amerykańscy sąsiedzi, których ze Stanami Zjednoczonymi wiąże północnoamerykańska umowa o wolnym handlu NAFTA) oraz Unia Europejska miały być z ceł wyłączone. Jak się okazało, do czasu. Po niespełna trzech miesiącach Waszyngton ogłosił, że cła na stal i aluminium dotkną również i partnerów, a nie przede wszystkim handlowego wroga osobistego Donalda Trumpa, Chińską Republikę Ludową, zarazem największego producenta stali na świecie.

Cła na ikony
Decyzja, co oczywiste, spotkała się z oburzeniem. Premier Kanady Justin Trudeau i jego minister spraw zagranicznych, Christia Freeland, odpowiedzieli w mocnych słowach: nazywając amerykańską decyzję niemądrą i podkreślając, że używanie argumentu bezpieczeństwa narodowego przeciwko sąsiadowi i sojusznikowi jest śmiertelną obrazą i afrontem dla narodu kanadyjskiego, który ramię w ramię przelewał krew z Amerykanami na wojnach. Meksyk natychmiast ogłosił, że odpowie cłami na – przede wszystkim – produkty rolne i spożywcze, co ma być karą dla prowincjonalnych wyborców i zwolenników Trumpa. Szef Komisji Europejskiej, Jean Claude-Juncker, pomstował na czysty protekcjonizm Amerykanów i zapowiedział, że złoży wniosek o ustalenie legalności ceł w ramach procesu arbitrażowego w WTO. Komisja zapowiedziała, że może cłami obłożyć ikoniczne amerykańskie marki: dżinsy Levi Strauss i motocykle Harley-Davidson, podobnie jak narodowy trunek Stanów, burbon, który dopiero co zaczął podbijać kolejne europejskie rynki, w tym polski.

to nie główny konkurent, czyli Chiny, ucierpi. zaś w wyniku akcji odwetowych ze strony Unii Europejskiej czy Kanady zapłacą tak naprawdę amerykańscy producenci i konsumenci.

Nałożenie ceł spotkało się także z opozycją wewnętrzną. Republikański senator Ben Sasse, reprezentujący stan Nebraska, stwierdził wprost, że Europa, Kanada i Meksyk to nie Chiny, a sojuszników nie traktuje się tak samo jak przeciwników. Redakcyjny komentarz New York Timesa głosił zaś, że Ameryka wypowiada wojnę swoim przyjaciołom. Nawet zrzeszenie amerykańskich producentów aluminium, które miałoby przecież zyskać na cłach importowych, skrytykowało decyzję ustami swojej prezeski. Jednym z głównych argumentów przeciwko takiemu ruchowi ze strony Waszyngtonu jest fakt, że to nie główny konkurent, czyli Chiny, ucierpi, zaś w wyniku akcji odwetowych ze strony Unii Europejskiej czy Kanady zapłacą tak naprawdę amerykańscy producenci i konsumenci.

Gdyby należało w tym momencie podsumować reakcje na tę decyzję, można by zarazem zakończyć ten felieton. Krytyka jest właściwie powszechna, pomysł uznaje się za zły i niepotrzebny, wprowadzany w chuligańskim stylu i niekoniecznie pomyślny dla samej amerykańskiej branży metalurgicznej, która także może odczuć negatywne konsekwencje. Ale nie to, czy cła importowe to dobry lub zły pomysł, wyłącznie tu chodzi. Tak naprawdę dużo ciekawsza jest i ideologia, i symbolika stojąca za decyzją Trumpa.

Nowy szlak współpracy
Wraz z tym ponownym uwzniośleniem stali i ciężkiego przemysłu obserwujemy dziwne i pasjonujące załamanie się kontinuum czasowego – jak gdyby ktoś wyrwał nas na chwilę z przepełnionej zachwytem innowacjami cyfrowymi i gospodarką opartą na wiedzy epoki ponowczesnej i z powrotem przebrał naszą masową wyobraźnię w robociarski kostium z lat 50. Fabryka staje się fetyszem, stal znów jest miernikiem bogactwa narodów, robotnicy i robotnice dumnie podnoszą głowę u boku prezydenta. Kandydaci na urząd – jak Marine le Pen i Emmanuel Macron – odwiedzają fabryki i chowając swój arystokratyczno-elitarny sznyt, ściskają masywne dłonie na co dzień składające pralki i samochody, Andrzej Duda i Beata Szydło robią kampanię pod bramą kopalni, stoczni i montowni.

To jednak nie wszystko: przy okazji wraca gospodarczy nacjonalizm, jak i sama idea wojny handlowej między Europą i Stanami Zjednoczonymi, która przecież była nie do pomyślenia zaledwie parę lat temu. Paradygmat zawrócił o 180 stopni w ciągu zaledwie nieco ponad tysiąca dni – jeszcze w 2015 roku globalny konsensus zakładał, że Europę i Stany połączy nowa umowa o wolnym handlu, splatając jeszcze ciaśniejszym węzłem globalizacji dwa najbogatsze regiony na świecie. Nawet gdy integracja polityczna czy wzmacnianie architektury bezpieczeństwa stały pod znakiem zapytania, gospodarcza integracja rozwijała się w najlepsze. Europa i Stany miały stworzyć i narzucić ostateczny wariant globalizacji, dławiąc szanse Chin na patentową, technologiczną i handlową dominację. Dziś na odwrót: na poważnie rozważa się, czy to nie Europa i Chiny, połączone Nowym Jedwabnym Szlakiem nie stworzą osi wobec bardziej protekcjonistycznych i aroganckich Stanów.

Choć tradycyjny przemysł już chwilę temu ustąpił pierwszeństwa wycenianym na setki miliardów dolarów technologicznym gigantom wielkiej czwórki, jego symboliczne znaczenie jest nie do przecenienia. Wracają dawne sny – i upiory – bo wraz ze sporami o miejsca pracy, handel i protekcjonizm do gry wraca państwo narodowe jako podmiot. Kapitał znów ma narodowość, a wstać z kolan usiłują wszyscy i to naraz. Jak słusznie zauważyła Saskia Sassen, nawet wojny w czasach ponowoczesnych dotyczą dziś dokładnie tego, czego stare konflikty: ziemi, zasobów i etnicznych podziałów. Teraz, jak się okazuje, również wytopu surówki.

Oto dziwna powtórka z nowoczesności.