📻 USA: 50 lat socjalistycznych nadziei i mrzonek, czas update’u

W latach 60. powstała wizja kryzysu „cybernetycznego państwa”, który dziś obserwujemy na własne oczy.

AUDIO REO. Posłuchaj nagrania tekstu, czyta Danuta Stachyra. 9’47”

 

Przed tygodniem strona REO pisała, piórem Piotra Wójcika (link pod czytanym tekstem) o spektakularnym wysypie stricte socjalistycznych kandydatów (a w szczególności kandydatek) na urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Powodów mody na nieliberalną (w znaczeniu do którego przywykliśmy w Polsce) lewicowość jest wiele. Od zbyt widocznego rozwarstwienia ekonomicznego obywateli, przez nieskonsumowaną popularność niedoszłego kandydata Demokratów w ostatniej elekcji prezydenckiej – Berniego Sandersa po… odbity wyraźnym piętnem w opiniotwórczych mediach i przybytkach historyczny jubileusz.

Lata sześćdziesiąte – słusznie – kojarzą się z dekadą radykalnych pomysłów i ruchów społecznych. W związku zaś z zeszloroczną okrągłą, pięćdziesiątą rocznicą symbolicznego i niezwykle istotnego w historii USA roku 1968., nie tylko Stany, ale cały świat od wielu miesięcy do nich wraca.  Do tych utopijnych i marzycielskich, jak i  tragicznych w skutkach lub skrajnie niemądrych w swoich założeniach. Jeden z ostatnich numerów magazynu Dissent przypomniał o pomyśle daleko wyprzedzającym swoje czasy – odważnym, radykalnym i wciąż niedoścignionym. Ta radykalna idea opiera się na prostej propozycji: a co gdybyśmy zagwarantowali wszystkim nie tylko pracę i dochód, ale i wypoczynek?

Wielu Amerykanów różnice dekad i poszczególnych lat najlepiej widzi po modelach samochodów, ale lata 60. od innych można było znacznie łatwiej odróżnić widocznym gołym okiem progresywnym nastawieniem i nastrojem społecznym

Lewicowi teoretycy w trwającej od połowy XIX wieku dyskusji opowiadali się, jak Paul LaFargue, i za prawem do lenistwa, i pełnym zatrudnieniem, jak niektórzy post-keynsiści. Inni, jak paryski radykał z pokolenia 68. roku, Guy Debord wzywali: nigdy nie pracuj!. W 1964 roku grupa ekonomistów, badaczy społecznych i działaczy związkowych wystosowała list do urzędującego amerykańskiego prezydenta Lyndona B. Johnsona – zainspirowani jego wojną z ubóstwem i ambitnymi programami reform społecznych i gospodarczych, które przeszły do historii jako Wielkie społeczeństwo.

Skala zwycięstwa Prezydenta Johnsona w wyborach 1964 roku pokazuje ówczesną popularność idei progresywnych w USA

Autorzy, którzy nazwali się Ad Hoc Committee on the Triple Revolution apelowali do prezydenta, aby podjął radykalne kroki w odpowiedzi na potrójną rewolucję społeczną. Pierwszym wymiarem rewolucji, jaki diagnozowali, były cyfrowe przemiany na rynku pracy – automatyzacja i maszynowe usprawnienie procesów zarządzania. Drugim wymiarem były przemiany w globalnej perspektywie konfliktów zbrojnych, jakie przyniosło powstanie bomby atomowej i innych broni niekonwencjonalnych. Trzecim wymiarem była zaś sfera praw człowieka i rewolucyjny aspekt walki o prawa obywatelskie w Stanach Zjednoczonych. Wszystko brzmi zaskakująco współcześnie mimo upływu ponad półwiecza, prawda? O tym zaraz.

Czego od prezydenta domagali się sygnatariusze listu? Aby zapobiec bezrobociu w związku z ubywającą liczbą miejsc pracy w epoce dobrobytu apelowali o prawo do dochodu – dziś nazwalibyśmy to programem bezwarunkowego dochodu podstawowego. Bogactwo wytwarzane przez maszyny to wciąż bogactwo, pisali. Dlatego więc każdej osobie i rodzinie należy zagwarantować prawo do dochodu: prawo osób niewykwalifikowanych do dochodu jest gwarancją, że nikt w USA nie będzie głodował, a dystrybucja nadmiaru [dóbr] w cybernetycznym społeczeństwie musi opierać się na innych kryteriach niż założenia ekonomii politycznej czasów niedostatku.

Czy lewicowa, w europejskim rozumieniu, retoryka powróci do tak wielkiej roli w Ameryce jak pół wieku temu?

Więcej: proponowali, by rząd zainicjował masowy program prac społecznych nakierowanych przede wszystkim na inwestycje w edukację, które gwarantują różnorodne i stabilne miejsca pracy i rozwoju. Oprócz tego rozwój infrastruktury i wykorzystanie nieużywanych baz oraz terenów wojskowych na cele edukacyjne i społeczne. Tworzenie transportu publicznego. Wszystko to miało zaś nie tylko generować popyt i podaż usług – których zdaniem autorów nie dostarczał wyłącznie sektor prywatny – ale i spełnić zarazem cel społeczny wielkiej wagi.

Wszystkie te rządowe programy dostarczałyby bowiem nie tylko pracy, ale i możliwości odpoczynku i kreatywnego spędzania czasu osobom zbyt przygniecionym ciężarem pracy lub zbyt biednym, by skorzystać z dobrodziejstw społeczeństwa dobrobytu w systemie kapitalistycznym. Do tego – pomimo że proponenci odwoływali się do wykorzystania energetyki węglowej – inwestycje te miały być zielone. W tym sensie, że jako niezbędną część infrastruktury należało by inwestować także w oczyszczalnie i inne sposoby konserwacji środowiska naturalnego.

chcieli wielkiej modernizacji państwa, „skoku w nowoczesność” na wzór socjalistyczny, ale w najzamożniejszym państwie świata. Było to żądanie o rewolucyjnych ambicjach.

Ad Hoc Committee on the Triple Revolution apelował nie tylko – co samo w sobie byłoby wielkim wyczynem – o powtórzenie gospodarczego programu New Dealu prezydenta Franklina D. Roosevelta z lat 30. Nietrudno się więc dziwić – choć należy żałować – że ich program nie został zrealizowany. Ale nie był też zupełnie bez konsekwencji.

Idee roku 1968, dla osób żyjących debatą publiczną w Ameryce, nie pojawiły się bynajmniej jak królik z kapelusza

Prezydent Johnson wykorzystał rosnące obawy, aby zrobić to, co i tak miał w planach. Kontynuować tradycję New Dealu w duchu liberalnego optymizmu: rozszerzając program oświaty, szkoleń zawodowych, praw człowieka oraz prowadząc wielkie programy rozwoju infrastruktury i tworząc zabezpieczenia dla chorych, starych i niedołężnych. W tym planie zawarte były postulaty podnoszone przez kasandryczne głosy proroków Potrójnej Rewolucji, ale zignorowano ich żądanie prawa do powszechnego dochodu – przypominał ostatnio na łamach magazynu Politico Kevin Baker.

Rekomendacje komitetu i jego diagnoza nadchodzącego chaosu okazały się trafne, tyle że przedwczesne. Rzeczywiście zmiany na rynku pracy i ciężar wojny z Wietnamem oraz późniejszy kryzys paliwowy pokazały, że w społeczeństwie nadmiaru nie udało się podjąć wyzwania adekwatnej redystrybucji i wybuchały protesty społeczne. Nierówności rosły. Odsetek zatrudnienia w sektorze publicznym przez pewien czas utrzymywał się na wysokim poziomie, ale już w latach 80. zaczął pikować – podobnie jak członkostwo w związkach zawodowych i organizacjach społecznych. Automatyzacja i przejście na gospodarkę opartą na wiedzy zaczęły zbierać żniwo miejsc pracy w przemyśle w kolejnej dekadzie. Pomimo tego – amerykański przemysłowy kapitalizm był jeszcze w stanie tworzyć miejsca pracy i gwarantować niemalże pełne zatrudnienie, choć system świadczeń społecznych i budżet był coraz bardziej obciążony, a sektor prywatny nie zaspokajał wcale wszystkich podstawowych potrzeb. Czyli dokładnie tak, jak przewidywali członkowie Ad Hoc Committee.

Prawdziwe skutki Potrójnej Rewolucji ujawniają się w pełni dopiero teraz.

Martin Ford, autor książki Świt robotów przypomniał ostatnio o radykalnych i surowych ocenach swoich poprzedników z lat 60. Wszystkie problemy, jakie opisywali, rozgrywają się ponownie na naszych oczach – właśnie z powodu robotyzacji, automatyzacji, rosnącego zapotrzebowania na energię i niskiej podaży stabilnych miejsc pracy, przy rosnących nierównościach, potędze korporacji i ograniczonych ambicjach państwa.

W jakimś sensie przeżywamy perwersyjną powtórkę z lat 60. Minus odwaga w myśleniu.

Nie będzie roboto-apokalipsy twierdzi na łamach WIRED J. Surowiecki

PS: Z drugiej strony – nie wszyscy się zgadzają. W interesującym eseju w magazynie WIRED, James Surowiecki przypomina o radykalnych ideach i obawach stojących za Potrójną Rewolucją, twierdząc dla odmiany, że choć są aktualne, to równie nieuzasadnione. Roboty nie zabiorą nam pracy. Ale to temat na inny tekst.

 

  REO POLECA 

USA: Będzie ruch lewostronny? Spójrz na ręce