📻 MIĘDZYNARODÓWKA NACJONALISTÓW: Groźna? Realna.

Sojusznicze dylematy Kaczyńskiego

AUDIO REO. Posłuchaj treści artykułu na podcaście. Czyta Jakub Dymek.

 

Nowa mapa polityczna Europy szkicuje się już od kilku lat, ale to przyszłomiesięczne wybory do Parlamentu Europejskiego pokażą jej realny kształt. I nie będzie to głosowanie drugiej kategorii, bo na celownik większość populistycznych, czy jak wolą sami zainteresowani nowoprawicowych partii bierze sobie właśnie wspólnotę europejską. Do niedawana (czyli do groteskowego ciągu zdarzeń związanych z Brexitem) w powietrzu latały nazwy a to Grexit, a to Frexit, a to wreszcie Polexit, chociaż do składu Nowej Międzynarodówki jednak PiS zaliczyć nie można. Teraz kiedy już wiemy jak się nie wychodzi z UE, liderzy partii kontestujących jej zasady funkcjonowania mówią o reformie, transformacji i zmienianiu/rozwalaniu od środka.

Jak pisał na łamach REO Ryszard Schnepf, na scenę polityczną wdarły się środowiska, które budowały swoją pozycję na najciemniejszych instynktach obywateli. Jest więc wrogość do uchodźców i migracji w ogóle, rewanżyzm wobec tych, którym się udało, pogarda dla prawa, a przede wszystkim tęsknota za rządami silnej ręki. Niemiecka AfD, włoskie Ruch Pięciu Gwiazd i Liga, Wolnościowa Partia Austrii oraz czeskie ANO dołączyły do pionierów rewolucji – Polski i Węgier, tworząc europejski klub rządzących partii populistycznych.

Oparta głównie na antyunijnych resentymentach wspólnota nie jest jednak ani jednorodna, ani zjednoczona. Ten klub oczywiście nie ma legitymacji, składek członkowskich i zebrań. Tak jak np. modna muzyka w różnych krajach tworzy wspólny zbiór artystów danego stylu  – ludzi, którzy najczęściej wcale się nie znają – tak klub populistów wynika po prostu z sumy takich ruchów w różnych krajach naszego kontynentu.

Legitymacji członkowskich nie ma, ale jest ważniejsza – legitymacja społeczna. W żadnym z krajów nie można postawić zarzutu, że te niedemokratyczne partie w taki też sposób miałyby osiągnąć  zwycięstwo. Nic z tych rzeczy – tak naprawdę w większości chciał ten czy tamten lud.

Składek na promocje wspólnej ideologii się nie zbiera, ale jest ktoś kto założy, pożyczy pewnie bezzwrotnie, generalnie jest żywotnie zainteresowany najdalej idącym, jak to tylko możliwe,  rozwaleniem UE. Chaos w Europie, uruchomienie separatyzmów, destrukcja mechanizmów solidarnościowych to jest to co niedźwiedzie lubią najbardziej. Pan zamętu i niepokoju – Prezydent Rosji Władimir, syn Władimira, Putin potrząsa sakiewką tak by było słychać i w dalekiej Francji czy Włoszech, bądź projektuje bilateralne biznesy z krajami UE jak np z często spotykanym Premierem Węgier – Wiktorem Orbanem.

I tu należą się brawo i sprawiedliwość Jarosławowi Kaczyńskiemu. Owszem zapraszal był do Warszawy poszczególnych liderów, zjadł wspólnie ciasteczka, wysiedział się co planują, ale żaden z nich na briefingu po rozmowach nie obwieścił wspólnego z PiS bloku czy wizji koalicji. W odmienności np do ugrupowania Kukiz 15. Trudno uważać że Putina cieszy sanitarna funkcja blokera dopięcia całego tego tałatajstwa. Kaczyński poza PE ma w tym roku ważniejsze wybory – parlamentarne i jedną z głupszych rzeczy, które mógłby zrobić byłoby narażenie się opozycji ale i większości społeczeństwa na przydomek wykonawcy poleceń Moskwy. Tak są nazywani inni liderzy nowej prawicy, ale po nich spływa to jak po jak najbardziej prawdziwej kaczce. To, czym skończy się to zdanie nie jest  żadna niesympatyczna supozycja, lecz logiczny ogląd sytuacji: ewentualne oficjalne połączenie sił będzie możliwe (z polskiej strony) jedynie po wygranych jesiennych wyborach. Trudno gdybać, jak miałoby wyglądać przełykanie tej Żaby po rosyjsku, ale można się spodziewać, że elektoratowi PiS przy odpowiednim wytłumaczeniu mądrości etapu aż tak bardzo by to nie przeszkadzało, poza tym zawsze dobrze mieć tak wielkiego sojusznika w walce z największą groźbą dla przyszłości Polski czyli osobami trans, queen, biseksualistami, lesbijkami i gejami. Putin umiał z nimi zrobić porządek, gieroj.

A zebrania? W typowy dla klubów sposób, czyli wspólnie, jeszcze nie ma. Sytuacja oczywiście odmieni się po 26 maja. Są jednak wspomniane bilateralne rozmowy. I jest jeszcze jeden poza Putinem, tym razem oficjalny łącznik. Z Ameryki. Nowej Ameryki.

Stephen (Steve) Bannon jest człowiekiem wielu talentów. W przeszłości pracował dla Goldman Sachs i założył własny bank zajmujący się obsługą lukratywnych kontraktów w świecie telewizji, zainwestował w kultowy serial komediowy Seinfeld, a potem stał się reżyserem filmów propagandowych, był redaktorem naczelnym alt-prawicowej platformy Breitbart, szefem kampanii Donalda Trumpa, a później jego doradcą. Dziś zaś próbuje wejść w rolę ideologa i guru nie tylko amerykańskiej, ale i światowej prawicy, a za tymczasową bazę działań obrał Rzym. To właśnie w trakcie jego wielkich rzymskich wakacji złapali go dziennikarze La Reppublica, a wcześniej New York Timesa, zaciekawieni tym, co ów konserwatysta-rewolucjonista ma do zrobienia w Europie.

Steve Bannon, fot. flickr.com, Gage Skidmore

Co o swojej misji mówi Bannon? Że właśnie tu i teraz, na naszych oczach, powstał w zeszłym roku pierwszy prawdziwie populistyczny rząd w Europie – mowa o Włoszech – i że on wyłącznie służy dobrą radą. Jego diagnoza? Niezmienna: rządy mainstreamu, liberałów, salonu i eurokratów (jak kto woli) niechybnie muszą się skończyć. Będzie trzęsienie ziemi, zobaczysz. […] Dyktat Brukseli i faszyzm rozprzestrzeniający się w Europie dobiegły końca. […] Wkrótce powstanie konfederacja wolnych państw, a nie taka jak jest Unia Europejska […] Macron i Merkel wkrótce znikną.

Niewiele – lub właściwie nic – w nowych wypowiedziach Bannona ciekawi, zaskakuje, prowokuje. Jak na ideologa lub guru jego wkład do debaty o europejskiej i globalnej prawicy jest wyjątkowo wyprany z oryginalnych myśli. A jednak zarówno poświęcony jego europejskim wojażom tekst w New York Timesie, jak i wywiad (przedrukowany w Polsce przez Gazetę Wyborczą) wzbudziły zainteresowanie komentatorów. Dlaczego? Bo, jak rozumiem, ze zdziwieniem przyjmują oni fakt, że nacjonaliści, zwolennicy izolacjonizmu i protekcjonizmu, współpracują ponad granicami krajów i tworzą nową międzynarodówkę.

to właśnie nacjonaliści są najbardziej pojętnymi uczniami globalizacji i najbardziej autentycznymi z jej dzieci – niezły paradoks, co?.

Jedyne, co mnie dziwi, to fakt, że kogokolwiek to jeszcze dziwi. To właśnie rzekomy internacjonalizm i globalna społeczność, jaką miały przynieść wolny handel, otwarcie granic, program Erasmus, tanie loty do Londynu i Facebook, były złudą i niespecjalnie wiarygodną fasadą. Mało kto, poza zaczytanymi w Anthonym Giddensie najbardziej zatwardziałymi euroentuzjastami i gronem półślepych technooptymistów z think-tanków od Warszawy po Cupertino, wierzył, że powstanie organiczna ponadnarodowa tożsamość i prawdziwa globalna wspólnota. Że czarnoskórą samotną matkę z Alabamy, polskiego emigranta w Londynie i francuskiego arystokratę połączy uniwersalna więź solidarności i braterstwa (lub siostrzeństwa), ślepa na partykularne różnice interesów i różnice doświadczeń oraz sposobów przeżywania świata?

Jest przecież dokładnie odwrotnie: doświadczenie globalizacji uwypukla różnice, a polityka tożsamości czyni z nich podstawę tysięcy nowych konfliktów o uznanie i status. To jest najżyźniejsza gleba do powstawania nacjonalizmów – świat stabilnych tożsamości i mocno zakorzenionych wspólnot byłby, jak na ironię, światem, gdzie wokół własnej odrębności i osobności trudniej byłoby prowadzić skuteczną politykę masową.

fakt zaistnienia alt-prawicy, populistów i nowych autorytaryzmów jest produktem i bezpośrednim skutkiem globalizacji.

Nie ma zupełnie paradoksu w tym, że dziś to nacjonaliści chcą działać ponad granicami krajów. Sam fakt zaistnienia alt-prawicy, populistów i nowych autorytaryzmów jest produktem i bezpośrednim skutkiem globalizacji. Ideologie i programy polityczne nowej prawicy w całym świecie Zachodu są hybrydami różnych prądów myślowych i często składają się z zapożyczeń. Antyimigranckie ugrupowania w Wielkiej Brytanii i Francji inspirują polskich nacjonalistów, ci zaś stanowią wzór dla ruchów młodzieżowych w innych krajach Europy i ośmielają niemieckich sąsiadów. Rosyjska ideologia antyamerykańska zapładnia Węgrów i Greków, a ci reeksportują swoje postulaty i tezy gdzie indziej. Amerykańscy biali suprematyści czytają europejskich tradycjonalistów, zaś Europa importuje w zamian alt-prawicę… i tak dalej.

Ciąg dalszy poniżej banera promocyjnego  ⤵️

📻 Przeczytaj lub posłuchaj nagrania: Jak gracze komputerowi wygrali wraz z leśnymi dziadkami z alter-prawicy wybory Donaldowi Trumpowi

Polem gry zasadniczym machera nowych ruchów są oczywiście Stany Zjednoczone. Wygrane wybory Donalda Trumpa W żaden sposób nie są zasługą Partii Republikańskiej, ba! Wielu liderów otwarcie kontestowało tę propozycję, co – bez względu na to co o gospodarzu Białego Domu myślimy – było najzwyklejszym sabotażem. Ale tak jak owe europejskie populistyczne ruchy nie chcą być kojarzone z tradycyjnym podziałem partyjnym tak i wygrana Trumpa opierała się na zupełnie nowym podejściu.

Podobnie jak „nowa lewica” w latach 60., „alternatywna prawica” nigdy nie stworzyła swojej partii ani ostatecznie nie rozbiła odwiecznych podziałów politycznych w Waszyngtonie – ale i jedna, i druga były synonimami kulturowej rewolucji, która pomogła przedefiniować standardy amerykańskiej polityki. Genialna intuicja Steve’a Bannona polegała na tym, by do arcykonserwatywnej i tradycjonalistycznej krucjaty, jaką prowadził przeciwko establishmentowi, wciągnąć współczesną kontrkulturę: graczy, fanatyków internetu, celebrytów sieci i nałogowych twórców memów. Bannon wiernie podążał tu za doktryną nieżyjącego zupełnie niesformatowanego mainstreamowo wydawcy Andrew Breitbarta: chciał skompromitować liberalną, „politycznie poprawną” kulturę i ukazać jej rzekomo opresyjną i totalitarną twarz. A zrobił to siłami nie tradycyjnych konserwatystów, tylko młodych i zbuntowanych aktywistów, którzy byli co najmniej tak samo bystrzy i oswojeni z nowymi mediami jak ich liberalni i lewicowi przeciwnicy. Udało się odmienić model sceny politycznej w Stanach, czemu miałoby się nie udać z nowymi siłami w Parlamencie Europejskim. Problemy świata odczuwamy mniej eię ej te same, a populizm nie zna kontynentu, na którym nie miałby entuzjastów.

Globalizacja i postęp technologiczny, rozwój nowych mediów i kanałów komunikacji, jak i coraz tańsza infrastruktura do budowy ruchów społecznych dały paradoksalnie przeciwnikom tejże globalizacji narzędzia. Kurczący się świat przyniósł zaś treść ich ideologii i dał alfabet powodów do (realnych i wymyślonych) obaw, które rozgrywają na publicznej arenie.

Oczywiście, że dziś istnieje międzynarodówka nacjonalistów – przecież globalizacja rozpowszechniła i rozszczepiła źródłowe przyczyny popularności ruchów nacjonalistycznych. Co zatem szokującego w tym, że teraz naprawdę widzą one wspólny interes? A że brzmi to pozornie sprzecznie i doprowadzone do logicznego końca rzeczywiście gubi sens – cóż, kto powiedział, że ideologie polityczne są spójne i logiczne.