📻 Jakub Dymek: Fabrykacja mitu 

Kombinat oddycha, pulsuje, choć nie pracuje

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na podcaście. Czyta Jakub Dymek.

 


 

Kobieta patrzy w ekran telewizora, z którego przemawia do swoich zwolenników Donald Trump, i zaczyna szlochać. Tak zaczyna się zeszłoroczny film dokumentalny amerykańskiego CBS. Kobieta nie płacze ze złości, ale ze wzruszenia – Trump obiecuje przywrócić miejsca pracy w zapomnianych stanach Ameryki i podnieść z kolan upadły przemysł. A jej mąż, po tym jak firma General Electric zamknęła kolejny ze swoich zakładów, odebrał sobie życie. Więc nadzieją jej i wielu innych rodzin w Eerie w stanie Pensylwania, niegdyś dumnym, przemysłowym mieście, jest nowy prezydent.

Sceny takie jak ta z filmu Manufacturing Hope – nawet jeśli przejmujące i prawdziwe – to już wręcz sztampa. Politolodzy, analityczki i dziennikarze wyprodukowali setki komentarzy poświęconych temu, jak krótko- i długodystansowe skutki zwijania się przemysłu odcisnęły swoje piętno na najważniejszych wyborach w świecie Zachodu w ostatnich latach: amerykańskich w 2016 roku, referendum Brexitowym, wyścigu o prezydenturę we Francji. To bez wątpienia część odpowiedzi na pytanie, skąd sukcesy polityków i ugrupowań nazywanych populistycznymi. Czy najważniejsza?

Wielki zakład przemysłowy na powrót stał się masowym fetyszem, jak w czasach forsownej industrializacji socjalistycznej czy amerykańskiego boomu lat 50.

Liczby wcale nie przynoszą jednoznacznej odpowiedzi. W USA co prawda odsetek zatrudnionych w przemyśle jest najniższy w powojennej historii (8,7%), ale zarazem trzeba pamiętać, że ten spadek trwa nieprzerwanie od ponad 30 lat i rekordowo niskie zatrudnienie w przemyśle było tłem także wyborów w 2012, 2008 i 2004 roku.

Jedno jest pewne: obserwujemy falę fabrykonostalgii. Wielki zakład przemysłowy na powrót stał się masowym fetyszem, jak w czasach forsownej industrializacji socjalistycznej czy amerykańskiego boomu lat 50. W filmie CBS kręcone z samochodu ujęcia ciągnącego się kilometrami pasa hal fabrycznych i przemysłowej infrastruktury symbolizują dawną chwałę i minione czasy splendoru. Amerykańska literatura ostatnich lat dostarcza podobnych wzruszeń aż nadto.

J.D. Vance, Elegia dla bidoków, wydawnictwo Marginesy

J.D. Vance, autor Elegii dla bidoków, najgłośniejszego debitu literackiego 2016 roku w Stanach, opisuje swoje dzieciństwo na tle panoramy upadłej społeczności Szkoto-Irlandczyków regionu Appalachów – gdzie za ucieczką przemysłu ciągnie się ogon rodzinnych nieszczęść, narkotyków i uzależnienia od leków, depresji i beznadziei. Socjolożka Arlie Russell Hochschild opisuje dumnych i wściekłych mieszkańców Luizjany – Obcych we własnym kraju – którym zakłady chemiczne i przetwórstwa ropy w stanie przyniósły zanieczyszczenie środowiska, choroby i skorumpowane rządy, ale i tak za przemysłem tęsknią. Charlie LeDuff w Detroit spisuje kronikę swojego rodzinnego miasta, straszącymi pustymi halami, do których w miejsce robotników wprowadzili się narkomani i bezdomni. Wymieniać można długo.

Wyłania się z tego nowa uniwersalna mitologia. I to taka, pod którą podpisaliby się przecież i zwolennicy lewicy, i prawicy, ponad doraźnymi podziałami, a także ci mniej i bardziej zamożni, prowincja i miasto. To opowieść o złotym wieku i niespełnionej obietnicy. I o tym, że po kryzysie 2008 po złotym wieku nie było już śladu, podobnie jak po jego obietnicach – została tylko czkawka, kac, rozczarowanie. A kolejne lata przemieniły je w czystą, wydestylowaną wściekłość.

»Złoty wiek« Ameryki przypadał na trzy powojenne dekady, kiedy rozgrzana gospodarka zapewniała niemalże pełne zatrudnienie, a skutki przemysłowego boomu odczuwane były na wszystkich szczeblach społecznej drabiny. Przez te trzydzieści lat biznes miał się świetnie, bo amerykańscy robotnicy dostawali podwyżki, a za swoje płace mogli nabyć to, co produkował rozwijający się przemysł. Silne związki zawodowe dbały o to, by pracownicy i pracownice mieli sprawiedliwy udział w dystrybucji zysków. Tak działało ożywcze koło gospodarki. […] – pisze Robert Reich, ekonomista i były sekretarz pracy w administracji prezydenta Billa Clintona.

W latach 1946–1974 mieliśmy do czynienia ze wzrostem szybszym niż uśredniony wzrost od tego czasu do dziś dlatego, że udało się rozwinąć najliczniejszą w historii klasę średnią. […] Razem z dużymi wpływami do budżetu możliwymi dzięki rosnącym szeregom klasy średniej pieniądze pozyskiwane z podatków pozwalały na budowę sieci autostrad międzystanowych, a także niesłychanie szybkie zwiększenie dostępności do publicznej edukacji wyższej, która szybko stała się przedmiotem zazdrości całego świata […] Nauczyliśmy się, że powszechny dobrobyt nie jest jedynie osiągnięciem zdrowej gospodarki, wynagradzającej każdego i każdą – jest tej gospodarki podstawą. Ale równie szybko zapomnieliśmy te lekcje.

Złoty wiek rozwinął wielkie miasta, ale potem przyczynił się do ich kryzysu, uruchamiając wiele negatywnych trendów urbanistycznych i demograficznych.

Prawda o złotym wieku jest oczywiście nieco bardziej skomplikowana. Powojenne prosperity było możliwe także dzięki segregacji rasowej, dużo mniejszym udziale kobiet w rynku pracy i wyścigowi zbrojeń ze Związkiem Radzieckim – który napędzał popyt wielkiemu przemysłowi. Złoty wiek rozwinął wielkie miasta, ale potem przyczynił się do ich kryzysu, uruchamiając wiele negatywnych trendów urbanistycznych i demograficznych. Wzbogacił wielkie ośrodki przemysłowe, ale nierzadko kosztem prowincji i środowiska naturalnego. Po prostu, jak każda epoka i historyczny trend, miał swoich wygranych i przegranych.

Po kryzysie gospodarczym z 2008 roku złoty wiek powrócił jednak w jednoznacznie pozytywnym kontekście jako niesłychanie istotny mit polityczny. Używał go każdy, kto chciał upomnieć się o dobry, lepszy, sprawiedliwy (lub po prostu prawdziwy) kapitalizm – a wszyscy niezadowoleni obszernie czerpali z tego mitu, aby uzasadnić krytykę współczesnej Ameryki. Do dawnych lepszych czasów, gdy podatki były wyższe, państwo inwestowało w infrastrukturę i szkolnictwo, a firmy dbały o swoich pracowników i rodziny, odwoływali się demokraci i niemała część liberalnych publicystów. Z kolei za dawną Ameryką, gdy państwo było dumne siłą swojej gospodarki, rodzina silna pracą jej członków, a społeczeństwo zdyscyplinowane moralnym rygorem i protestanckim etosem, tęsknili republikanie.

Dziesięć lat po wybuchu kryzysu, a zarazem w czasie, gdy fabrykonostalgia jest rozgrzana do temperatury pieca hutniczego – pojawiła się pierwsza bestsellerowa książka, która przekłuwa ten balon. Behemoth profesora Joshua Freemana jest fascynującą historią fabryki – tytułowego Behemotha – i jej miejsca w nowoczesnym społeczeństwie. Cofając się do XVIII wieku i przeprowadzając nas na powrót do współczesności, Freeman dokumentuje i komentuje znaczenie fabryki dla gospodarki, rynku pracy, ideologii politycznej kolejnych epok i zbiorowej wyobraźni.

Na poziomie makro – bogactwa narodów – fabryka budziła skojarzenia z siłą, stabilnością i rozwojem, dlatego też tak ważna była jej rola w ideologii i propagandzie zimnej wojny

I przypomina, że przez większość czasu fabryka nie była – jak dziś – obiektem westchnień klasy pracującej. Przeciwnie, kojarzyła się ze znojem, rutyną, dyscypliną i nadzorem. Nie była miejscem ani komfortowym, ani specjalnie bezpiecznym i gościnnym. Na poziomie makro – bogactwa narodów – budziła skojarzenia z siłą, stabilnością i rozwojem, dlatego też tak ważna była jej rola w ideologii i propagandzie zimnej wojny. Ale na poziomie mikro większość pracowników i pracownic fabryki odliczało godziny do wyjścia i marzyło o dłuższych weekendach i urlopach. To banał, ale w zalewie opowieści o tym, jak rzekomo fabryka i wielki przemysł są kluczem do szczęścia, społecznego spokoju i powodzenia gospodarki, można o tym zapomnieć.

Bo przecież idea złotego wieku – do której cokolwiek naiwnie odwołuje się Robert Reich – i tęsknota za fabryką to wyraz pewnych politycznych aspiracji i wyobrażeń o lepszym czy choćby bardziej przewidywalnym ładzie społecznym. Ale czy rzeczywiście chodzi o to, że marzymy o powrocie na fabryczną halę, trzyzmianowym systemie pracy i szeregach dymiących kominów w każdym mieście i miasteczku?

Wydaje się, że nie. Choć jak widać, pomieszać jedno z drugim niezwykle łatwo.