📻 Jakub Dymek: Cyborg Zuckerberg i grono smutnych starszych panów

Przesłuchanie szefa Facebooka nie zapadnie w pamięć

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 



Występ Marka Zuckerberga przed komisją senacką w Waszyngtonie był bolesnym doświadczeniem dla zmysłów. I to z kilku powodów.

Zuckerberg jedzie do Kongresu, i wiecie co? Będzie paskudnie zapowiadał wtorkowe przesłuchanie redaktor naczelny magazynu WIRED, Nicolas Thompson. – Zuckerberg nie ma żadnych sojuszników. Wściekli są na niego demokraci, wściekli są republikanie, wściekła jest opinia publiczna, wściekłe są media, wszyscy są na niego wściekli. Kongresmeni to wiedzą i będą zadawali wiele niemiłych pytań. Pudło.

Było, jak chciał Thompson, paskudnie – ale nie dlatego, że komisja aż tak grillowała Zucka. Oj, nie – niektórzy z aż 44 senatorów, którzy pojawili się na przesłuchaniu, mogliby się wiele nauczyć od Jana Marii Rokity i Zbigniewa Ziobry z czasów, gdy ci zasiadali w najsłynniejszej z polskich komisji śledczych. Nawet Patryk Jaki mógłby rzucić im podpowiedź lub dwie. Senatorowie, w zgodnej opinii większości obserwatorów, nie wykorzystali szansy na to, aby naprawdę solidnie założyciela i prezesa Facebooka przesłuchać.

Część pytających – nie wiedzieć czemu – zaczęła od wystawienia Zuckerbergowi laurki. Powtarzali, jeden za drugim, jak piękną historią z gatunku American dream jest rozwój jego platformy i globalny sukces Fb. Inni – jak przytomnie zauważył jeden z dziennikarzy – marnowali czas na tłumaczenie Zuckerbergowi, czym jest Facebook. Podeszły wiekiem przewodniczący Komisji Sprawiedliwości, Chuck Grassley, odczytywał swoje uwagi z kartki, notorycznie myląc się i przekręcając słowa. Był to dość smutny widok, choć też trudno powstrzymać się od złośliwej uwagi, że 84-letni Grassley po prostu nie znalazł się w najlepszym miejscu w najlepszym dla siebie czasie.

Oczywiście, nie wszyscy senatorowie zaprezentowali tak słabą formę. Na przestrzeni pięciu godzin kilku z nich przynajmniej podjęło próbę uderzenia w teflonową powłokę Zuckerberga. Lindsey Graham zapytał go wprost, czy nie uważa się za monopolistę (odpowiedź: Nie wydaje mi się) i czy wobec tego ma zamiar współpracować z Kongresem w sprawie regulacji (odpowiedź: O ile będą dobre, tak). – Dlaczego mielibyśmy pozwolić wam na regulacyjną samowolę? – dopytywał Graham, co ciekawe, jest przecież wolnorynkowcem i konserwatystą.

Senator John Kennedy powiedział Zuckerbergowi, że powinien powiedzieć swoim prawnikom za 12 dolarów za godzinę, żeby lepiej je przepisali na angielski.

Senator Durbin zagaił Zuckerberga – ze śmiertelnie poważną miną – czy powie, w jakim hotelu spał poprzedniej nocy. Nieco zgaszony szef Facebooka odpowiedział po chwili wahania, że nie. – No właśnie, i to chodzi – puentował zadowolony Durbin – prawo do prywatności i to, ile ujawnia pan informacji w imię, jak pan twierdzi, »łączenia świata«. To pytanie dotyczy tego, ile informacji zbiera Facebook, komu je przekazuje i czy w ogóle pyta mnie o zgodę na to. Senator John Kennedy powiedział Zuckerbergowi, że warunki korzystania z jego serwisu ssą i powinien powiedzieć swoim prawnikom za 12 dolarów za godzinę, żeby lepiej je przepisali na angielski.

Wszystko to prawdziwe i słuszne, trudno jednak powiedzieć, że posiedzenie komisji przyniosło szokujące odkrycia albo zwiastowało – choćby nawet rysującą się daleko na horyzoncie – reformę. Niektórzy starają się dostrzec również tę lepszą stronę medalu. Issie Lapowsky przekonuje, że wyszło i tak w miarę dobrze – szef Facebooka został postawiony w sytuacji, w której musiał jasno wytłumaczyć, jak działa model biznesowy jego platformy, co dzieje się z informacjami użytkowników, dlaczego afera Cambridge Analytica była możliwa i gdzie sam widzi niedociągnięcia i błędy. Bo przecież Zuckerberg przeprosił, tak?

Przepraszam. Stworzyłem Facebooka, kieruję nim i jestem odpowiedzialny za to, co się tam dzieje. Cóż, jak przypomniał jeden z senatorów – to nie pierwsze takie przeprosiny z ust Zuckerberga. A gdyby naprawdę poczuwał się do odpowiedzialności za wszystko, co dzieję się na Facebooku – strach pomyśleć…

Szef Facebooka serwował dużo korporacyjnych formułek o łączeniu ludzi i tym, że jego serwis jest platformą dla wszystkich idei. By zresztą potem wycofywać się z tego rakiem.

Jednak przesłuchanie było bolesnym doświadczeniem także ze względu na samego głównego bohatera. Zuckerberg swoją ekspresją przypominał Joela Kinnamana w serialu Altered Carbon w jego gorszych momentach – a powiedzmy, że Kinnaman grał cyborga rozmrożonego po 200 latach hibernacji. Szef Facebooka serwował dużo korporacyjnych formułek o łączeniu ludzi i tym, że jego serwis jest platformą dla wszystkich idei. By zresztą potem wycofywać się z tego rakiem i tłumaczyć, że nie wszystkich: bo przecież muszą pilnować rosyjskich trolli, terrorystów i nastolatków o samobójczych skłonnościach. Z bólem oglądało się także, jak za pomocą łatwych wymówek i powtarzanych po wielokroć ogólnych obietnic Zuckerbeg umyka od odpowiedzi i czasem zwyczajnie wciska senatorom PR-owy kit.

Na razie – po pierwszym dniu przesłuchań – największą frajdę mają więc chyba twórcy memów i ci, którzy chcieli zobaczyć, jak miliarder o twarzy dziecka bez nadmiaru przyjaciół, męczy się i wije. Owszem, były takie momenty. Mamy dwa wnioski z przesłuchania: nerdy są dziwne, a starzy ludzie nie wiedzą, jak działa internetkpił komik Stephen Colbert.

Możemy się szczerze zaśmiać. Ale to dość pusta satysfakcja, jeśli tyle zostaje z czegoś, co hucznie zapowiadano jako jedną z największych konfrontacji władzy politycznej z władzą cyfrowego biznesu.