Jakub Dymek: Cambridge Analytica – ciąg dalszy następuje

Zeznania Christophera Wyliego stawiają pytania o przyszłość demokracji

Przysłowie o tym, że wiele się musi zmienić, aby wszystko pozostało takie samo, ma w sobie wiele mądrości. Jednak nie zawsze się potwierdza. Czasami coś się rzeczywiście zmienia, nawet jeśli niekoniecznie mamy pod ręką trafne i dokładne słowa, aby powiedzieć co.

Christopher Wylie, fot. Jwslubbock, Wikimedia Commons

W miniony weekend przed komisją sprawiedliwości amerykańskiego Senatu – miesiąc po szefie Facebooka, Marku Zuckerbergu – zeznawał Christopher Wylie, czyli osoba, której wywiad dla brytyjskiego Guardiana, a następnie wystąpienie przed brytyjskim parlamentem, doprowadziły do wybuchu afery Cambridge Analytica.

Przypomnijmy: 29-letni Wylie pracował jako specjalista od technologii dla brytyjskich i kanadyjskich liberalnych partii politycznych, zanim nie dołączył do zespołu tworzącego internetowe narzędzia dla kampanii politycznych w firmie SCL – która później dała początek Cambridge Analytica. Wylie odszedł z CA po tym, jak twierdzi, gdy odkrył, że pod faktycznym przewodnictwem jej formalnego wiceprezesa Steve’a Bannona – później szefa kampanii Trumpa – firma zajęła się przede wszystkim wykorzystywaniem najgorszych ludzkich impulsów (rasizmu, nienawiści, ignorancji) i ordynarną propagandą.

Aby prowadzić swoje projekty jak najskuteczniej, Cambridge Analytica opierała się na osobistych danych milionów użytkowników Facebooka, na podstawie których budowała ich profile psychometryczne i wykorzystywała ich słabe punkty czy lęki. Sztab Trumpa nie posługiwał się jednym i spójnym przekazem, ale setkami tysięcy najróżniejszych komunikatów, obliczonymi na zupełnie inne reakcje i odwoływały się do odmiennych przekonań i wrażliwości. Te zaś były dopasowywane indywidualnie do konkretnych profili psychologicznych – słowem: co innego widziały osoby sprofilowane jako neurotyczne i lękliwe, a co innego ekstrawertyczni optymiści. Główną moralną kontrowersją związaną z Cambridge Analytica jest natura prowadzonych przez nich kampanii: krytycy (w tym, rzecz jasna, sam Wylie) podkreślają, że działania CA były nakierowane na zniechęcanie do głosowania, sianie nieufności i promowanie teorii spiskowych. Facebook twierdzi, że sam skandal, jak i działalność Cambridge Analytica jest skutkiem tego, że ta ostatnia nadużyła zaufania”. Z tą opinią nie zgadza się wiele komentatorek i komentatorów, którzy (nie bez racji) podkreślają, że Cambridge Analytica wyłącznie wykorzystała model biznesowy, który oferuje swoim partnerom sam Facebook – użycie danych do tworzenia spersonalizowanych kampanii reklamowych.

Cambridge Analytica nie brała udziału w kampaniach wyborczych, aby promować wartości demokratyczne. Częstokrotnie CA działała, aby wpłynąć na frekwencję, używając strachu jako broni  – tłumaczył Wylie. W jednym państwie CA dążyła do zniechęcenia wyborców do głosowania z pomocą filmów pokazujących okrutne obrazy ludzi palonych żywcem; którym amputowano kończyny i podrzynano gardła w przydrożnym rowie. Filmy te opierały się na islamofobicznym przekazie. Ich wyraźnym celem było zastraszenie konkretnych grup […].

Wylie dodawał – co szczególnie interesuje dziś amerykańską opinię publiczną – że Cambridge Analytica współpracowała z rosyjskimi badaczami, przechwalała się korzystaniem z usług byłych rosyjskich oficerów służb specjalnych i oferowała klientom usługi prowadzone przez Rosjan. Nic z tego nie oznacza, że CA jawnie i świadomie pracowała przy współpracy Kremla, ale rzuca cień na ich model biznesowy i faktyczne intencje. To tym bardziej niepokojące – przekonywał sygnalista – że SCL, firma-matka Cambridge Analytica, doradzała w sprawach bezpieczeństwa i zwalczania ekstremizmu rządom Wielkiej Brytanii i USA.

Gdyby tego było mało, CA miała współpracować z Wikileaks i ludźmi związanymi z szefem platformy, Julianem Assangem, już 18 miesięcy przed wyborami. Rola Wikileaks i samego Assange’a zarówno w trakcie wyborów, jak i niemalże od samego początku działalności była oceniana przez poprzednią administrację w Waszyngtonie jako zagrożenie dla bezpieczeństwa USA, a samo Wikileaks w ocenie amerykańskich służb jest bronią Federacji Rosyjskiej w toczącej się wojnie informacyjnej.

Republikanie i amerykańska prawica bagatelizują zeznania Wyliego. Przekonują – przoduje w tym teksański senator i niedoszły kandydat na prezydenta, Ted Cruz – że to Obama nadużywał Facebooka i informacji o wyborcach w swojej kampanii z 2012 roku. Ten sam argument podnosił senator Thom Tillis z Północnej Karoliny, a przewodniczący komisji sprawiedliwości, Chuck Grassley, dodawał, że należy wyjść poza zajmowanie się wyłącznie Cambridge Analytica. Inni zaś dodają, że kampanie negatywne to w polityce nic nowego, a obrzydzanie swoich konkurentów to praktyka stara jak świat. To prawda. Ale właśnie na tym polega waga zeznań Wyliego. Czasami – jak pouczał staruszek Marks – ilość przechodzi w jakość.

Oczywiście, że kampanie negatywne istniały zawsze. Podobnie oczywistym jest to, że politycy i partie wykorzystywali społeczne obawy i uprzedzenia do swoich celów. Jednak różnica polega dziś na tym, że nigdy w przeszłości ci sami politycy nie mieli technologicznej możliwości dotarcia ze swoim przekazem do każdego obywatela i obywatelki z osobna, uprzednio poznawszy ich sympatie i antypatie, fobie, pasje i namiętności. Do niedawna jasne było, że polityka jest działalnością masową – partie musiały zdobyć poparcie różnorodnych grup interesu, budować możliwie szeroką platformę ideową, wzmacniając kolektywną tożsamość i identyfikację. Choć Margaret Thatcher twierdziła, że społeczeństwo nie istnieje, współczesna polityka w świecie Zachodu opierała się na społecznych instytucjach epoki nowoczesnej: związkach zawodowych, kościołach, organizacjach społecznych i lobbies.

Dziś ta bariera w jakimś sensie już nie obowiązuje – przynajmniej od technicznej strony. Nie science-fiction, a właśnie działalność firm takich jak Cambridge Analytica udowadnia nam, że być może wchodzimy w całkiem nowy paradygmat: polityki bez sfery publicznej i bez społeczeństwa oraz jego instytucji. Takiej, w której każdy wyborca i wyborczyni dostają własną, spersonalizowaną, uszytą na miarę pod jednostkowe ego propozycję – uwzględniającą ich najlepsze i najgorsze instynkty. Esencjonalnie samolubną, wykluczającą kompromis i opartą nie na ideach i intuicjach, lecz danych i algorytmach.

W sensie procesu wyborczego dalej jest to demokracja. Ale bez demosu.