Jaka przyszłość czeka świat?

Ryszard Schnepf o relacjach USA z Iranem i Koreą Północną

W każdej epoce pojawiają się słowa-klucze, które określają rzeczywistość. W naszej, a mam na myśli ostatnie półtora roku, słowem, które robi zawrotną karierę, jest NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ. Odmieniane przez wszystkie przypadki i we wszystkich językach, swoją wyjątkową popularność zawdzięcza głównie Donaldowi Trumpowi – dla niezorientowanych prezydentowi Stanów Zjednoczonych Ameryki, a więc człowiekowi, który włada największą globalną potęgą.

Nie ma w tym nic dziwnego. Ludzie lubią utarte kanony i zasady, do których chętnie się przyzwyczajają i uważają za czynnik stały, a wszelkie zmiany traktują jako wyjątkowe. Trump, swoim stylem, ale też decyzjami, ten spokój naruszył, z czego wynikają dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze, nie wiemy, jakie skutki przyniesie działalność amerykańskiego przywódcy, a po drugie, czy jego specyficzna i nowatorska stylistyka jest tylko jednorazowym ekscentryzmem, czy też na stałe zagości w naszych mediach, salonach i ogólnoświatowej polityce.

 


Polityka tweetów
Donald Trump prowadzi działania posługując się przede wszystkim mediami społecznościowymi, a zwłaszcza Tweeterem.  Michael Wolff, dziennikarz, który popełnił kontrowersyjną książkę Ogień i furia. Biały Dom Trumpa,  przybliża nam nieco tę działalność. Wygląda ona rzekomo (piszę rzekomo, bo część źródeł zaprzecza rzetelności opisu) mniej więcej tak: około godz. 18 prezydent kładzie się w pidżamie do swego rozłożystego łoża w Białym Domu i włącza kilka wielkoformatowych telewizorów ustawionych naprzeciw. Na każdym ekranie prezentuje się inna stacja telewizyjna, także te nieprzychylne jak CNN, ale głównie konserwatywny FOX. Przez następne godziny najpotężniejszy człowiek świata ogląda programy publicystyczne, informacyjne etc. Głównie talk-showy, wywiady oraz dyskusje. Z uwagą śledzi i odnotowuje krytyczne opinie o sobie samym, strzępy rozmów, nagrane przypadkiem i celowo wypowiedzi znanych osobistości. Około północy przystępuje do pracy i wypuszcza serię tweetów, które w okamgnieniu docierają do kilku milionów odbiorców. Czasem są to kąśliwe uwagi, złośliwe riposty, także wobec innych uczestników międzynarodowej rozgrywki, często wieloznaczne komentarze bez znaczenia. Do historii przejdzie tweet-odpowiedź skierowana do lidera Korei Północnej Kim Dzong Una, który miał przypomnieć, że przycisk atomowy spoczywa na jego biurku, a więc pod ręką. Niemal natychmiast Trump zripostował, że jego przycisk jest większy i działa. Dla wielu odbiorców ta kuriozalna, z punktu widzenia protokołu dyplomatycznego, wymiana zdań nabrała humorystycznego i wybitnie osobistego charakteru, bowiem, być może słusznie, publiczność odczytała tę korespondencję jako walkę dwóch samców alfa o prymat w zupełnie innej niż militarna materii. Czas pokaże, czy ta rywalizacja ma odniesienie w realnej polityce. W godzinach porannych – jak opisuje Michael Wolff – rzeczniczka Białego Domu, ewentualnie inni wysocy przedstawiciele administracji, korygują, wygładzają, dementują lub – co rzadkie – potwierdzają oceny, stanowiska lub zwykłe opinie nocnego tweetowicza.


 

Tak uprawiana polityka, oparta na osobistych, a więc zmiennych, często niekonsultowanych ocenach sytuacji musi, siłą rzeczy, wnosić element niepewności w świat, w którym USA wciąż mają najwięcej do powiedzenia, zwłaszcza jeśli idzie o bezpieczeństwo międzynarodowe. Woluntarystyczny i właśnie nieprzewidywalny charakter decyzji prezydenta Trumpa, który często kieruje się emocjami i osobistymi uprzedzeniami, najlepiej ilustrują dwie kwestie, które obecnie dominują w spekulacjach (trudno tu mówić o ekspertyzach) specjalistów, a mianowicie relacje z Iranem i Koreą Północną właśnie.

Nuklearny Iran na horyzoncie
Od czasu rewolucji ajatollahów Iran postrzegany był jako najbardziej agresywny wróg Zachodu, kraj inspirujący terroryzm, a przede wszystkim budujący potencjał nuklearny, który w przyszłości mógłby zagrozić bezpieczeństwu poważnej części globu. Stąd też porozumienie 6+1 (UE, USA, Francja, Niemcy, Rosja i Wielka Brytania z jednej, Iran po drugiej stronie stołu), czyli tzw. JCPA (Joint Comprehensive Plan of Action), które weszło w życie w 2015 roku po latach trudnych negocjacji, dało poczucie ulgi i nadzieję większości społeczności międzynarodowej, że oto świat zmierza w kierunku zmniejszenia ryzyka katastrofy nuklearnej. Umowa przewidywała, że za cenę odstąpienia od programów wzbogacania uranu, a więc de facto zaniechania produkcji broni masowego rażenia, druga strona zniesie część sankcji nałożonych wcześniej na Teheran, a zwłaszcza odmrozi konta bankowe Iranu w międzynarodowych bankach i dopuści irańską ropę do obrotu międzynarodowego.

Kilka dni temu prezydent Donald Trump wycofał swój kraj z umowy 6+1, podobnie jak wcześniej z paryskiego Porozumienia Klimatycznego. Czyniąc to, przywódca USA określił, używając jak zwykle Tweetera, umowę jak złą, fatalną i nic niegwarantującą. Podstawy tej opinii nie są do końca jasne, z pewnością jednak są radykalne i emocjonalne. Decyzja prezydenta Ameryki przywróciła i zaostrzyła trudne do wyegzekwowania sankcje, jednocześnie jednak uwalniając Teheran od dotrzymywania podjętych zobowiązań.

Nuklearny Iran znowu jest więc na horyzoncie. Taka jest logika wydarzeń. Jednocześnie Unia Europejska, Rosja, ale także Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej uznały Trumpowy strzał z biodra za nieuzasadniony, szkodliwy, a nawet katastrofalny w skutkach. W podobnym tonie wypowiedział się generał Ben Hodges, były już głównodowodzący wojsk amerykańskich w Europie. Pozostali uczestnicy Porozumienia postanowili więc utrzymać w mocy umowę, niezależnie od stanowiska USA. Konsekwencji rzeczywiście może być wiele, zwłaszcza że Chiny, główny odbiorca irańskiej ropy, potrafią skutecznie omijać wszelkie sankcje. Pewne wydaje się tylko jedno, a mianowicie, że jedność i zdolność współpracy całego Zachodu, wystawione zostały na ciężką próbę, a niektóre eksperckie media, jak Foreign Policy, donoszą wręcz o zgonie transatlantyckiego sojuszu.

Półwysep Koreański – zażegnany kryzys?
Na niemal przeciwległym biegunie świata toczy się z pozoru odmienna, ale w rzeczywistości mająca te same korzenie walka o przyszłość Półwyspu Koreańskiego. Jeszcze kilka tygodni temu lider komunistycznej Korei Kim Dzong Un groził Stanom Zjednoczonym bezpośrednim atakiem rakietowym na terytorium Ameryki. To, że KRLD osiągnęła zdolności wyprodukowania ładunku atomowego, a może nawet neutronowego, jest wiadome już od dłuższego czasu. Kwestia dotyczyła głównie możliwości przenoszenia go na większe odległości. Inwestycje w technologie (nielegalne zakupy, kradzione technologie) pozwoliły jednak na zminiaturyzowanie głowic, a Koreańczycy jednocześnie udoskonalili środki przenoszenia, a więc zasięg rakiet. I oto nagle wyspa Guam na Pacyfiku, gdzie znajdują się pokaźne bazy amerykańskie, stanęła w obliczu zagrożenia. Możliwym dosięgalnym celem stało się też zachodnie wybrzeże USA. Obaj przywódcy, Stanów Zjednoczonych i KRLD, wydawali groźne pomruki, a w czarnych snach świat ujrzał groźbę prawdziwej wojny i rakiety przelatujące nad ich głowami.

I oto nagle Donald Trump ogłosił zdumionemu światu zamiar spotkania z komunistycznym przywódcą, który – zdaniem większości ekspertów i dziennikarzy – odpowiedzialny jest za najgorsze zbrodnie, z wygłodzeniem własnego narodu włącznie. Od tego momentu staliśmy się odbiorcami serii uprzejmości i karesów, w które jeszcze trzy miesiące temu nikt przy zdrowych zmysłach nie byłby w stanie uwierzyć. Ostatni gest, uwolnienie trzech amerykańskich obywateli należał do Kima. Koszt niezbyt duży, a wysokie ego prezydenta USA skutecznie pogłaskane. – Donald lubi prezenty – powiedział jeden z jego współpracowników – zwłaszcza te, które potwierdzają jego wielkość. O prezencie Kima Amerykanie powiedzieliby: good shot.

Jak twierdzi Biały Dom, celem Trumpa jest denuklearyzacja półwyspu i odsunięcie groźby prawdziwego kataklizmu. To szczytny cel. Jak wszystko, co ambitne, ma on jednak swoją cenę. Jest nią prawdopodobnie wycofanie amerykańskich sił z Korei Południowej i demontaż nowoczesnego systemu obrony przeciwrakietowej TAAD. Na terenie swojego koreańskiego sojusznika Stany Zjednoczone utrzymują blisko 30-tysięczny kontyngent, którego obecność finansowana jest w 80% przez Koreę Południową. Likwidacja baz oznaczałaby zapewne zasadniczą zmianę w regionalnym układzie sił, zwłaszcza jeśli pamiętać o tym, że północny sąsiad dysponuje ponadmilionową armią. Czy Ameryka zdecyduje się na takie ryzyko?

Trump zapewnia, że nie. Ale Trump jest nieprzewidywalny, unpredictable. Może więc w realizacji swojego projektu pod nazwą America First (Wpierw Ameryka) posunąć się nawet tak daleko. Oznaczałoby to przede wszystkim zyski dla Chin, które spokojnie zapewniłyby sobie dominację na całym obszarze Dalekiego Wschodu.

Szczyt, jak właśnie ogłosił sam prezydent Stanów Zjednoczonych na Tweeterze (a jakże), odbędzie się 12 czerwca w Singapurze, ciekawym skądinąd mieście-państwie, w którym skutecznie połączono powszechny niemal dobrobyt z niemal całkowitą dominacją państwa nad jednostką. Otóż spotkanie Trump–Kim już ma swoje miejsce w annałach historii, pytanie tylko, czym będzie w rzeczywistości. Trwałą i opartą na realnych przesłankach próbą likwidacji nuklearnego zagrożenia i stworzenia nowego ładu na Półwyspie Koreańskim, czy też medialnym show obu liderów, którzy dbają przede wszystkim o własny wizerunek?

W jakimś sensie komunistyczny przywódca już jest zwycięzcą, bo oto prezydent największej potęgi globalnej spotyka się z nim, dyskutuje, zabiega, a więc uznaje właściwą rangę dotychczasowego wroga, który nie zasługiwał nawet na podanie ręki. W trudniejszej sytuacji jest lokator Białego Domu, który może przede wszystkim sporo stracić, bo poprzeczkę oczekiwań ustawiono wysoko. Jak już wiemy jednak, Donald Trump uwielbia niekonwencjonalne metody działania i potrafi z nieprzewidywalności uczynić skuteczne narzędzie działania. Jak będzie tym razem? Wszystko jest NIEPRZEWIDYWALNE.