PAWEŁ KRULIKOWSKI: Jak nie zostałem politykiem. Uff!

Komentator REO, basista Kpt. Nemo, Popkultury i 2late, kontrabasista jazzowy i politolog reaguje na informacje o pęcznieniu PiS

We wczesnych latach studenckich miałem wątpliwą przyjemność działać w jednej z największych polskich partii politycznych. Partia ta akurat wygrała wybory, była na fali wznoszącej i z entuzjazmem witała wszystkie ręce na pokładzie. Na pokaz.

Oczywiście na oficjalnych spotkaniach partyjnych w przemówieniach mówiono głośno, że jesteśmy tutaj by zmieniać Polskę, że wierzymy w nasz program i tak dalej, i tak dalej. W chwilę jednak po wyłączeniu mikrofonów następował moment właściwy dla partyjnych meetingów. W „mojej” partii, w jej warszawskim oddziale żartobliwie nazywało się to żużlowaniem.

Żużlowanie polegało na przyklejaniu się do właściwych protektorów, starszych działaczy partii, żeby za jakiś czas otrzymać gratyfikację w postaci stanowiska w budżetówce, spółce skarbu państwa czy chociaż na poziomie lokalnym (Dyrektor Biura Prasowego w miejskim przedsiębiorstwie? Mniam!). A zatem zostawało się społecznym asystentem posła czy senatora (wynagrodzenie: zero złotych), biegało się z ulotkami, przywoziło się śniadania, wychodziło się z psem. Ot, proza życia młodego partyjnego działacza. Cel był cyniczny, ale banalny i oczywisty. Przyssać się do polityki na lata i wyciągnąć z niej najwięcej pieniędzy ile się da.

Stąd oczywistym wyborem dla mnie młodego (i głupiego) była partia władzy. Zapału wystarczyło mi na 9 miesięcy, nota bene rzucenie czynnego udziału w polityce było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. Zajmuję się nią naukowo, a czystym wzrokiem patrzę na siebie w lustrze czy to w domu, czy w salach prób lub klubach gdzie gram koncerty.

Przypomniałem sobie o moich motywacjach, czytając newsa portalu Niezależna o tym, że w ubiegłym roku 4 tysiące całkiem nowych osób zapisało się do Prawa i Sprawiedliwości. A to przecież nie jest koniec. Kolejne głodne stanowisk i politycznej sławy jednostki czekają w kolejce po tym, jak PiS postanowił wyciąć PSL w terenie. Nic przecież nie dzieje się za darmo. Część z wspomnianych przeze mnie stu tysięcy działaczy Stronnictwa Ludowego dokona transferu na linii partia Kosiniaka – partia Kaczyńskiego. I zabierze ze sobą rodziny.

Propagandowo wygląda to doskonale: Polacy na tyle kochają partię władzy, że masowo się do niej zapisują. Wyrażając bezwarunkowe poparcie dla jej linii ideologicznej. Prawda jest jednak zupełnie inna. Widząc, w jaki sposób PiS przeprowadza dobrą zmianę, wymieniając kadry, gdzie się tylko da i wycinając wrogie sobie tkanki pracownicze, nawet na poziomie urzędów (dokładnie to samo zresztą robiła Platforma Obywatelska), nowi członkowie liczą na to samo, co ja, młody, naiwny student politologii. Na łatwość w zdobyciu wygodnej posady. Zwłaszcza w obliczu kolejnych czterech lat Kaczyńskiego przy władzy.

I tu pojawia się problem. Partie wodzowskie w demokracji wykluczają się bowiem z partiami masowymi. Im większa i bardziej rozproszona grupa działaczy, tym trudniej nimi zarządzać. Tym trudniej przekonywać ich, że Jarosław bądź Grzegorz mają rację. I że za każdym razem należy powtarzać, że czarne jest białe, a białe jest czarne, bo tak mówi nasza partia. Im więcej działaczy, tym większa szansa na wolnomyślicielstwo, tworzenie odłamów, rozłamów, zdań odrębnych i tak dalej.

Najzabawniejsze jest to, że w kuluarowych rozmowach dokładnie to samo mówią liderzy PiS-u czy Platformy, dla których gwałtowny przyrost liczebności własnej partii to bardziej problem niż nawet mały sukces. Z tej specyfiki wyłamuje się wspomniany PSL, ale tylko dlatego, że jako ugrupowanie jest jednym, wielkim powiatowym i gminnym przedsiębiorstwem pośrednictwa pracy. Które, jak wskazują wyniki ostatnich wyborów, przeniesie się w najbliższym czasie do centrali partii władzy na Nowogrodzką, w Warszawie.

W amerykańskiej kulturze istnieje sformułowanie inside job, które oznacza ni mniej ni więcej tylko działanie na szkodę własnej firmy, organizacji czy własnego otoczenia. Rosnąca liczba członków Prawa i Sprawiedliwości plus nieunikniony w najbliższych miesiącach transfer działaczy z PSL-u – to może być najbardziej spektakularna wewnętrzna robota naszych czasów. Nawet jeżeli uznamy, że żyjemy w czasach prosperity, to kwestią sporną staje się: czy pieniędzy z budżetówki wystarczy dla wszystkich? A przecież trzeba pamiętać o tym, że niezadowolony i niezaspokojony działacz, to działacz kombinujący. Szukający władzy. Wpływów.

Nie ma lepszej drogi do rozwalenia partii od środka. Istotnym staje się zatem pytanie: czy w nadchodzącym 2019 roku wciąż równie łatwo będzie się dostać do ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego? Czy może jednak w obawie przed mrówkami, które przygniotą słonia, czas zamknąć rekrutację?



REO POLECA

 

Paweł Krulikowski
Politolog, komentator i analityk. Absolwent UW oraz SGH. Główny obszar zainteresowań: wizerunek polityczny. Jako konsultant brał czynny udział w trzech ostatnich kampaniach wyborczych. Po różnych stronach. Obecnie w sektorze prywatnym. Sceptyk. Symetrysta. Po godzinach basista zespołów Popkultura oraz Kapitan Nemo.