Ja tego nie kupuję

Jak produkować mniej śmieci i żyć oszczędniej

fot. unsplash, rawpixel

Prekursorka ruchu Zero Waste, Bea Johnson z Kalifornii, w 2008 roku właściwie wyeliminowała śmieci z życia swojej rodziny. Te, których nie udało się wykorzystać w inny sposób, zmieściły się w litrowym słoiku. Czy żeby nasza obecność na Ziemi była mniej uciążliwa dla środowiska, musimy od razu pozbyć się wszystkiego? – Zdecydowanie nie, ale liczy się każda, nawet drobna zmiana – przekonuje Sylwia Sikorska, współzałożycielka Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, autorka kanału W drodze do Zero Waste na YouTube.

 

Bartłomiej Pograniczny: Czy każdy może dojść do takiej wprawy i zmieścić wszystkie swoje śmieci w niewielkim słoiku?

Sylwia Sikorska, fot. Magdalena Iwanek

Sylwia Sikorska: W Polsce – nie bardzo, przynajmniej nie znam nikogo, kto żyje ze słoikiem. Natomiast jako Stowarzyszenie bardzo zachęcamy do tego, żeby wprowadzać jakiekolwiek zmiany do swojego życia – nieduże kroki wystarczą, by znacząco zredukować ilość śmieci. Po kilku latach produkuję 1/5-1/7 tego, co wcześniej.

 

Na stronie Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste widnieje pięć głównych zasad i dwie dodatkowe, które mają być wskazówkami, jak wprowadzać ideę zero waste w życie. Pierwsza z podstawowych: refuse, czyli odmawiaj, np. torebek jednorazowych i ulotek. To chyba wymaga ciągłego skupienia? Kupujemy coś w sklepie i czasem bierzemy jednorazową torbę, by nie pobrudzić reszty zakupów, a ulotkę – by człowiek, który nam ją daje, mógł dostać za to pieniądze.
Z jednej strony tak, ale przyjmując ulotki, pokazujemy też, że jest na nie popyt i trzeba ich drukować więcej. Ja ich nie biorę, a na skrzynce na listy mam naklejkę z prośbą o niewrzucanie. Ale to odmawiaj ma dużo szersze znaczenie. Idziemy na konferencję? Nie przynośmy z niej 10. kubka – najzwyczajniej w świecie nie jest nam przecież potrzebny. Myślimy, że coś nam się przyda, a potem mamy tylko zagracone mieszkanie.

W ideę zero waste bardzo dobrze wpisuje się minimalizm, a z nim związana jest kolejna zasada: reduce – ograniczaj. Kierując się nią, kupujemy rzeczy lepszej jakości, dbamy o nie, naprawiamy je, zamiast wymieniać na nowe. Nie mamy też dzięki temu rzeczy nadprogramowych, które też same w sobie produkują śmieci – trzeba pamiętać, że większość odpadów, dotyczących życia jakiegoś produktu, jest generowana w procesie jego produkcji, czyli zanim w ogóle trafi on do konsumenta. Dlatego nawet jeśli nie możemy sobie czegoś odmówić, to żeby nasz wpływ na środowisko był znacznie mniejszy, miejmy jedną taką rzecz, a nie 20.

Kolejną zasadą jest reuse. Używajmy rzeczy wielokrotnego użytku, a nie jednorazówek. Używajmy rzeczy, które już są. To, co mamy w domu, często można wykorzystać w innym celu. Na przykład jako pojemnik na wielorazowe płatki kosmetyczne świetnie sprawdza mi się stary świecznik. Kupujmy rzeczy używane, dzięki temu nie tylko oszczędzamy, ale też nie generujemy popytu na nowe rzeczy.

Ale nie zawsze coś da się zapakować do torby wielorazowej, bo zaraz będzie trzeba ją prać. A w ten sposób zwiększamy liczbę prań i potrzebnych detergentów.
Proszek do prania też robię sama. Wrzucenie torby raz na jakiś czas do pralki to nie jest dodatkowe pranie. Dodatkowym praniem są pieluchy wielorazowe, ale ludzie zapominają, że do produkcji pampersów zużywane są ogromne ilości wody, poza tym mają one mnóstwo chemii. Używanie wielorazowych nie jest takie straszne, jak się wydaje – nowoczesne pieluchy są ładne, kolorowe, wygodne. Nikt ich nie gotuje, bo mamy już dobre pralki i odkażacze.

Zdradzi Pani przepis na domowy proszek?
Mój proszek do prania składa się z boraksu, sody kalcynowanej, sody oczyszczonej, mydła i nadwęglanu sodu. Bardzo proste, każdy go może zrobić.
Półprodukty kupuję przez internet, bo na razie oferta stacjonarna w Warszawie jest okrojona (choć dużą część można kupić w sklepie Kooperatywy Dobrze – na wagę, do własnego opakowania). W sieci sprzedaje je Drogeria Ekologiczna, wszystko w słoikach z odzysku.

Kolejna zasada to rot – kompostuj. Jak ktoś ma działkę, to pewnie dla niego oczywiste, ale w domu?
Ja mam małe mieszkanie i też się da. Mam kompostownik, a w nim dżdżownice, bo one najlepiej i najszybciej przetwarzają odpadki. Bardzo lubią obierki kuchenne. Na dole kompostownika jest oddzielona część, do której spływa płynny kompost. Całość ustawiłam w piwnicy.

Dodatkowe zasady to repair i remember – naprawiaj i pamiętaj. Można je wprowadzać, nawet jak się ma dwie lewe ręce. Ja jestem taką osobą, dlatego pod koniec marca zorganizowałam Kawiarenkę Naprawczą – każdy mógł przyjść i naprawić swoje rzeczy za darmo. Można też było poznać ekspertów, umówić się z nimi na naprawę czegoś szczególnego. Bardzo dużo jest takich rzemieślników, naprawiaczy, w Warszawie.

Jak zauważymy, że mamy za dużo rzeczy, że coś można ponownie wykorzystać, to chyba nie da się tak od razu wprowadzić w życie tych wszystkich zasad?
To proces, musi potrwać. W moim przypadku były to dwa kroki do przodu, jeden w tył – są różne sytuacje. Tak jak teraz: chorują mi dzieci, byłam w tym roku kilka razu w szpitalu, a w domu to ja odpowiadam za nasze zerowastowe praktyki, więc kilka rzeczy, podczas mojej nieobecności, mąż przywrócił do normalności. Ale nie trzeba się zniechęcać. Trzeba pamiętać, że żyjemy z innymi ludźmi i jakoś to zbalansować. Należy się cieszyć z sukcesów, nikt nie jest idealny.

Myślę, że każdy z nas produkuje więcej niż jeden słoik rocznie śmieci. Chociażby paragonów, z którymi nic nie można zrobić – teoretycznie, na ich drugiej stronie można robić listy zakupów, ale lepiej nie, bo ten papier jest toksyczny. A taki paragon musi zostać wydany. Natomiast, co się da, to trzeba robić.

Ja bardziej się zaangażowałam w zero waste pod koniec 2016 roku, kiedy w Polsce była Bea Johnson. Na początku bardzo nieśmiało podchodziłam do tematu, bo nie mam możliwości, żeby robić wszystko. Przed spotkaniem z Beą zebrali się ludzie z grupy Zero Waste Polska. Jak usłyszałam od nich, że też nie są idealni, zrozumiałam, że chodzi o to, żeby robić co się da. Czasami to więcej, a czasami to mniej. Wtedy miałam ogromne wyrzuty sumienia, że idę na spotkanie, a jeszcze nie mam kompostownika, a teraz staram się ludziom tłumaczyć, że chodzi o to, by dokonywać świadomych wyborów, by robić cokolwiek, a nie odpuszczać tylko dlatego, że nie jesteśmy w stanie wprowadzić wszystkich zasad.

Wokół ruchu pojawia się też idea freeganizmu**. Parę miesięcy temu dowiedziałem się, że grupa moich znajomych szukała w ten sposób jedzenia. Byłem zaskoczony, bo znaleźli naprawdę świeże produkty.
Niestety, żywność jest marnowana na gigantyczną skalę. Ja akurat nie uskuteczniam freeganizmu, bo mam dwójkę dzieci i brakuje mi czasu. Natomiast są np. jadłodzielnie, które się rozwijają w Warszawie i Rzeszowie. Wiem, że ludzie bardzo chętnie z nich korzystają.

Jak inaczej nie marnować jedzenia? Na naszej Kawiarence był foodsharing – uczestnicy spotkania, oprócz naprawiania rzeczy, mogli przy okazji zjeść pyszne kanapki z pastami z uratowanej żywności. W różnych miastach można się zgłosić jako wolontariusz do foodsharingu*** – zostaje się takim ratownikiem żywności. Współpracujące punkty gastronomiczne, piekarnie i sklepiki, gdy mają coś wyrzucić, dzwonią, przyjeżdża wolontariusz i dostarcza tak uratowaną żywność do jadłodzielni. Mam nadzieję, że ten system będzie się rozwijał, bo inicjatywa jest warta uwagi.

Oprócz tego niektóre kawiarnie mają akcję dotyczącą jednodniowych produktów (ciasta, koktajle) polegającą na tym, że pod koniec dnia dają najpierw na nie zniżkę, a na godzinę przed zakończeniem jeszcze większą, żeby tylko te wyroby się nie zmarnowały.

Jest Pani współzałożycielką Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste. Jak się zebraliście i dlaczego podjęto decyzję o założeniu Stowarzyszenia?
Jest nas już dwudziestka. Poznaliśmy się na grupie Zero Waste Polska, założonej zresztą przez dzisiejszą prezes Stowarzyszenia. Wtedy to była nieduża społeczność, z 2 tysiące osób, a teraz jest nas już ponad 16,5 tysiąca. Spotkaliśmy się w marcu zeszłego roku w Warszawie i z wewnętrznej potrzeby, że trzeba coś zrobić, założyliśmy Stowarzyszenie, a grupa Zero Waste Polska stała się naszą oficjalną grupą na Facebooku. Formalnie działamy od maja, kiedy dostaliśmy numer KRS.

Prowadzimy wykłady, warsztaty. Wszystko hobbistycznie. Mamy dwie duże akcje: Torby bumerangi i Z własnym kubkiem. Pod koniec marca robiłam trzecią w Polsce Kawiarenkę Naprawczą. Robimy mniej, niżbyśmy chcieli, aczkolwiek i tak jestem pod dużym wrażeniem efektów, bo chociażby w akcji Z własnym kubkiem, którą zapoczątkowaliśmy w listopadzie, bierze udział ponad 200 kawiarni na terenie całego kraju. Polega ona na tym, że kawiarnie umożliwiają klientom nalanie napoju na wynos do kubka, który ci przyniosą ze sobą. Bardzo często kafejki nagradzają takie zachowanie niewielkim rabatem (ale czasem dają nawet 50% upustu). Widać, że angażują się w to, by pożegnać się z papierowymi kubkami jednorazowymi.

Powstaje wiele blogów na temat zero waste. Pani rok temu zaczęła publikować filmiki na YouTube na swoim kanale W drodze do Zero Waste. Dlaczego taka nazwa? I skąd Pani czerpie inspiracje?
W drodze do Zero Waste, bo myślę, że tam nigdy nie dotrę, ale idę. A inspiracje? Głównie rozmawiam ze znajomymi – najpierw z grupy Zero Waste Polska, a teraz ze Stowarzyszenia. Spotykamy się, dzielimy pomysłami, testujemy nowe rzeczy. Na przykład jeszcze dwa lata temu problematyczną sprawą było znalezienie dobrego szamponu do włosów – bez opakowania, w kostce. Teraz już większość osób ze Stowarzyszenia używa szamponów tej samej marki. Wzajemnie się inspirujemy, dzielimy doświadczeniami. Dalej nie jesteśmy Beą Johnson, bo część osób na przykład nie ma kompostownika, ale każdy robi, to co może.

Wydaje mi się, że moim największym zerowastowym sukcesem – tym, w jaki sposób ja najbardziej ograniczyłam odpady – było właśnie rozmawianie o zero waste, uświadamianie ludzi. Mało osób stwierdzi, że to jest droga dla nich, ale dużo uzna, że w sumie ta mała foliowa torebka jest im niepotrzebna, mogą wziąć bawełniany woreczek, który spełni dokładnie tę samą funkcję i nie będzie problemem. Może ktoś zrezygnuje z picia butelkowanej wody, bo się dowie, że to droga opcja? Że nosząc własną butelkę, nie tylko zmniejszy ilość śmieci i pomoże środowisku, ale też zaoszczędzi dużo pieniędzy. Staramy się o tym opowiadać i pokazywać te różnice.

Nasza świadomość ekologiczna rośnie, ale żyjemy coraz szybciej. A Pani mówi: To trzeba zrobić samemu, o tym pamiętać. Wygląda na to, że dużą część dnia trzeba spędzić na planowaniu.
To się tylko tak wydaje. Kiedyś śmieci musiałam wyrzucać codziennie, a teraz prawie nie ma czego wyrzucać. To prawda, że czasami trzeba przetestować, trzeba sprawdzić, na przykład jakie kosmetyki nam odpowiadają. Trzeba się zastanowić, czy będziemy chcieli wziąć kawę na wynos (ja na przykład nie biorę, ale zawsze mam ze sobą bidon z wodą). Natomiast kiedy dojdzie się do odpowiednich rozwiązań, właściwie jest to oszczędzanie czasu.

Gdy mówimy o akcji Z własnym kubkiem, to słychać narzekania, że przecież ten kubek trzeba ze sobą wziąć. No trzeba. Ale przez ostatnie pięć lat nie słyszałam nikogo, kto by się skarżył, że musi ze sobą taszczyć telefon komórkowy. Każdy, wychodząc z domu, bierze komórkę i w ogóle się nad tym nie zastanawia. Kwestia przyzwyczajenia. Ja mam tak samo z bidonem. Zawsze mam też ze sobą wielorazową torbę. To kwestia zmiany nawyków.

Zawsze wszystkim powtarzamy, żeby nie robić wszystkiego na raz. Często ludzie, jak usłyszą o zero waste, to zaczynają za szybko wprowadzać zmiany. Wydają duże ilości pieniędzy, bo wielorazowe rozwiązania są na początku trochę droższe. Ale nie robią researchu, nawet się nie zastanawiają, co jest im potrzebne – są jeszcze przyzwyczajeni do poprzednich wzorców konsumpcyjnych. Dlatego nakłaniamy do tego, by do modyfikacji podchodzić powoli, z głową. Gdy coś nie wychodzi, to spróbować inaczej. Jak wprowadzamy zmiany powoli, to nie mamy poczucia, że sobie czegoś odmawiamy, tylko że wszystko dzieje się w miarę naturalnie.


*(ang.) zero waste – brak śmieci; niemarnowanie
**freganizm – poszukiwanie żywności już wyrzuconej do śmieci, proszenie o nadmiarowe i niepotrzebne towary, zanim zostaną one wyrzucone przez restauracje, sprzedawców z targowisk lub hipermarkety
***foodsharing – dzielenie się z żywnością, której przygotowaliśmy lub kupiliśmy za dużo

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here