J. Mordasewicz: Za ochronę środowiska dużo zapłacimy


Rozmowa z Jeremim Mordasewiczem, doradcą zarządu Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan i jej reprezentantem w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej ENEA S.A.

reo.pl: Dla podmiotów sektora energetyki odnawialnej funkcjonujących na rynku ważne są stabilne warunki wsparcia na najbliższe kilka lat, tymczasem projekt ustawy o OZE wzbudził wiele obaw w kwestii proponowanego systemu współczynników korekcyjnych. Jaki pana zdaniem powinien być system wsparcia energii odnawialnej, aby upewnić przedsiębiorców, że rynek OZE jest stabilny i warto w tym sektorze inwestować?

Jeremi Mordasewicz: Przedsiębiorcy, którzy dokonują inwestycji, mają prawo oczekiwać, że państwo będzie wywiązywało się ze swoich zobowiązań. Oczywiście nie po wsze czasy. Warunki mogą być zmieniane, ale nie powinny zaskakiwać. Jeżeli mówiło się, że zmiany nie nastąpią do 2016 r., to jest to granica czasowa, która powinna być pilnowana. Istnieje coś takiego, jak okres zwrotu z inwestycji kapitałowej i powinniśmy zakładać, że w takim okresie warunki nie powinny się radykalnie zmieniać. PKPP Lewiatan i ja osobiście też mamy nadzieję, że w drugim projekcie ustawy o OZE, który rząd w tym momencie przygotowuje, zostanie uwzględnione wprowadzenie współczynników korekcyjnych dla różnych technologii z uwzględnieniem okresów przejściowych dla funkcjonujących już instalacji. W przeciwnym razie obawiam się, że inwestycje w energię odnawialną osłabną przy tak wysokich czynnikach ryzyka.

reo.pl: Jakie były pierwsze reakcje przedsiębiorców, zwłaszcza tych związanych z Lewiatanem, po opublikowaniu projektu ustawy?

J.M.: Były bardzo różne, w zależności od tego, jaką strukturę produkcji ma dany przedsiębiorca. Wiadomo, jaka była reakcja producentów wiatru. Drugą grupę stanowią firmy energetyczne, które współspalają biomasę. Jeżeli ktoś buduje za setki milionów złotych nowe instalacje do spalania biomasy i mówi mu się, że grozi mu zaprzestanie dopłat do biomasy, to rzeczywiście blady strach pada na takiego przedsiębiorcę, bo to znaczy, że jego decyzja o zaangażowaniu środków finansowych była błędna. Mam nadzieję, że to się wyprostuje w tym drugim projekcie. Jeżeli już państwo decyduje się na wspieranie energii odnawialnej, żeby ograniczyć emisję CO2, to niech to będą stabilne systemy wsparcia. Inwestycje energetyczne są inwestycjami długoterminowymi, powinny mieć stabilne warunki. Jest mnóstwo znaków zapytania i rząd nie powinien dorzucać do tego kolejnych ryzyk.

reo.pl: W ostatnim czasie koszty jednostkowe wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych się obniżają. W jakiej perspektywie czasowej, pana zdaniem, moglibyśmy spodziewać się, że OZE zaczną konkurować z konwencjonalną energetyką bez wsparcia rządowego?

J.M.: To prawda, że ceny produkcji energii z wiatru maleją, bo poprawia się sprawność turbin i z tych samych lokalizacji farm wiatrowych możemy wycisnąć więcej, ale niestety wiatr wieje wtedy, kiedy chce. Od producentów energii w Niemczech słyszę, że te wahania to poważny problem. Być może uda się jakoś opracować systemy, w których współpracowałyby farmy wiatrowe z blokami gazowymi uruchamianymi wtedy, kiedy nie ma wiatru. Zastanawiam się jeszcze, jak będzie później z kosztami utylizacji wiatraków, jeszcze nie mamy tego problemu, bo wiatraków nie trzeba rozbierać, ale to też będzie jakiś koszt. Moim zdaniem jeszcze bardzo długo, przez wiele lat, wiatr nie będzie konkurencyjny w stosunku do węgla, jeżeli nie obciążymy węgla kosztem emisji CO2. Czyli decydując się na energię wiatrową, okładając energię z węgla kosztem emisji CO2, musimy mieć świadomość, że będziemy przez kilkadziesiąt lat do tego dopłacać. Niemcy świadomie dopłacają do energii wiatrowej i słonecznej, zdecydowali się wyłączyć energię jądrową. Jak będzie z solarami, zupełnie nie potrafię przewidzieć, bo nie znam się od strony technologicznej na takich rozwiązaniach. Gdybyśmy próbowali ocenić koszt wytwarzania energii słonecznej z uwzględnieniem możliwości przechowywania jej, magazynowania, które są niewielkie, to jeszcze długo nie będzie to konkurencyjne w stosunku do tradycyjnych źródeł.
Energia gazowa… Odkrywane są nowe złoża, wydaje mi się, że gaz będzie źródłem stosunkowo taniej energii. Gdybyśmy obniżyli cenę w stosunku do gazu rosyjskiego, to już gazowe bloki by się opłacały.
Trudno mi jest wyobrazić sobie przyszły miks energetyczny Polski… Do tego jeszcze nie mówimy o atomie. Z atomem najtrudniej jest przeprowadzić teraz rachunek ekonomiczny, uwzględniając wszystkie czynniki kosztów. Sam się zastanawiam, jak Polska z tego wybrnie, biorąc pod uwagę niepewność co do gazu łupkowego. Bo gdybyśmy byli pewni, że będziemy mieli duże źródło gazu łupkowego, to moglibyśmy zaprzestać realizacji programu budowy elektrowni jądrowej. Tymczasem odnośnie do gazu łupkowego, to niewiele wiemy. Nie wiemy, czy jest, jakie będą koszty wydobycia, czy Unia nie zacznie nam go obciążać jakimś podatkiem ekologicznym. Czesi rozwijają swoją energetykę jądrową, nie zamierzają wcale się wycofać, społeczeństwo czeskie to zaakceptowało, dlaczego mielibyśmy mieć elektrownie jądrowe wokół nas, a samemu nie mieć? Ja jestem ich zwolennikiem. Pytanie tylko, czy budowa jednej czy dwóch elektrowni się opłaca. Doświadczenia innych państw pokazują, że trzeba wykorzystywać efekt skali i efekt specjalizacji. Jeżeli buduje się w jakimś kraju jedną czy dwie elektrownie, to tworzy się zamknięty obieg specjalistów, nie wykorzystuje się obniżenia kosztów jednostkowych wraz ze zwiększeniem skali produkcji. Wiem, że idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby Europa realizowała program budowy elektrowni jądrowych. Jednak tu nie ma zgody i wspólnego stanowiska w poszczególnych państwach.

reo.pl: Czy Niemcy nie wyznaczają jednak pewnego kierunku na przyszłość, czekając na rozwinięcie technologii, które umożliwią łatwe magazynowanie zielonej energii?

J.M.: My jesteśmy i przez kilkadziesiąt lat jeszcze będziemy krajem, który korzysta z rozwiązań wypracowanych w innych państwach. Tego się nie uniknie. Jesteśmy tak zacofanym krajem w sensie technologicznym, organizacyjnym, że będziemy jeszcze korzystać z takiej premii ściągania rozwiązań. Jednak w którymś momencie trzeba przestać być montownią i przechodzić do własnych rozwiązań, ale to wymaga ogromnego przeobrażenia. Wydaje mi się, że w tym nie ma nic złego… Inaczej zupełnie biegłoby moje rozumowanie, gdyby Europa była jednolitym obszarem gospodarczym jak Stany Zjednoczone czy Chiny. Anglicy chcą postawić na wiatr, społeczeństwo było gotowe pójść w kierunku energii ekologicznej, zapłacić dodatkowe pieniądze. W zupełnie innej sytuacji jest Polska stojąca na węglu, która za przejście na inne źródła energii musi zapłacić sporą cenę. Gdyby najwięksi truciciele, czyli Stany Zjednoczone i Chiny były gotowe podpisać porozumienie ws. redukcji emisji CO2, to nie miałbym wątpliwości, że my też musimy. Bo byłaby to gra, która nie pogarszałaby konkurencyjności naszych gospodarek, a w ramach Europy moglibyśmy się, mam nadzieję, jakoś ułożyć. Wydaje mi się, że o tym się za mało mówi. Polska mogłaby powiedzieć: “Ok. My dokonujemy redukcji emisji, ale, ponieważ płacimy za to wyższą cenę, to chcielibyśmy w tym kawałku tortu mieć swój udział”. Moglibyśmy postawić warunki Danii, Wielkiej Brytanii czy Szwecji, czyli krajom, które chcą przechodzić na źródła energii odnawialnej, bo uważają, że dzięki rozwojowi technologicznemu staną się prymusami w tej dziedzinie. Można byłoby powiedzieć, co chcielibyśmy w zamian. Może otwarcia kierunków studiów, prac badawczych w naszym kraju? Ale jest też relacja z innymi państwami spoza Europy. Nasi ludzie byli na spotkaniu przedsiębiorców w Waszyngtonie, i tam się mówi o przyjmowaniu wspólnych strategii. Jak długo Amerykanie nie pójdą tą samą ścieżką, nie postanowią przyjąć na siebie takiego samego ciężaru jak Europa, to sama Europa ze swoimi 10 proc. światowej emisji niewiele zrobi. Pogorszylibyśmy tylko swoją konkurencję. Moje nastawienie do źródeł odnawialnych jest warunkowe. Warto byłoby te koszty ponosić pod warunkiem, po pierwsze światowego porozumienia, czyli dogadania się ze Stanami Zjednoczonymi i powiedzmy z Chinami, ale druga sprawa – dogadania się wewnątrz Europy, a ono jakoś nie następuje.

reo.pl: Czy Polska może wykorzystać cele pakietu klimatyczno-energetycznego dla rozwoju gospodarczego kraju?

J.M.: Jeżeli chcemy mniej zatruwać naszą planetę, to będzie to generowało koszty. Czy Polska może na tym skorzystać? Raczej nie. Dla Polski to będzie wyjątkowo duży koszt, bo wyjątkowo duża część naszej energii pochodzi z węgla. To jest paliwo, które emituje dużo CO2 i innych zanieczyszczeń. Nawiasem mówiąc, Chiny mają rację, mówiąc o tym, że zbudowaliśmy nasze gospodarki, trując, czyli korzystając z pewnej renty środowiskowej, a im dzisiaj zabraniamy robić to samo. Ale nie ma żadnego uzasadnienia w tolerancji dla Stanów Zjednoczonych jako dla największego truciciela. Wydaje mi się, że kluczowe byłoby porozumienie Stanów Zjednoczonych i Europy, a w Europie dogadanie się między państwami – i tak jak my, jako całość Europy, powinniśmy z pewną tolerancją traktować Chińczyków, którzy dzisiaj przechodzą to, co my w czasach rewolucji przemysłowej, to tak samo Europa powinna spojrzeć na Polskę, uwzględniając inny etap rozwoju, inną strukturę gospodarki. Uwzględnić to, że akurat my mamy takie zasoby węgla, jakie mamy i jeżeli mamy zrezygnować z ich wykorzystywania, to jakoś trzeba to zrekompensować. Nie widzę możliwości zarabiania na ochronie klimatu, bo energia czystsza będzie jeszcze przez wiele dziesiątków lat bardziej kosztowna. Jesteśmy krajem, który za ochronę środowiska zapłaci stosunkowo dużo. Przy czym uważam, że z kolei są inne korzyści bycia w tej europejskiej rodzinie, które nam to pokrywają z nawiązką, ale nie popadajmy w przesadę, to nie będzie źródłem dodatkowych dochodów, w tym obszarze powinniśmy tylko minimalizować koszty.

reo.pl: Czy chciałby pan dodać jeszcze kilka słów od siebie odnośnie do oczekiwań wobec nowego projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii?

J.M.: Po pierwsze wszyscy przedsiębiorcy muszą borykać się z różnymi rodzajami ryzyka, więc chcielibyśmy żeby państwo raczej je zmniejszało, niż zwiększało. W przypadku OZE, gdyby ustawa weszła w pierwszym zaproponowanym kształcie, byłoby to podkopanie zaufania inwestorów do państwa, a to niedobrze rokuje na przyszłość, w związku z tym dobrze, że będzie drugi projekt. Mam nadzieję, że będzie on stabilizował dopłaty i ustalał mechanizm zmian. Mam nadzieję, że współczynniki, które będą zaproponowane, nie powstaną w oparciu o naciski poszczególnych grup interesu. Mam nadzieję, że zachowamy neutralność pomiędzy poszczególnymi technologiami, aby ta alokacja kapitału w gospodarce była racjonalna, żeby kapitał podążał tam, gdzie rzeczywiście daje największą stopę zwrotu ważoną ryzykiem, ale w oparciu o kryteria obiektywne, a nie w oparciu o to, że jednym damy, a drugim nie damy. Niech te grupy, specjalizujące się w tych różnych technologiach z sobą konkurują, a na rynku niech pozostają ci, którzy dają nam najczystszą i najtańszą, optymalną energię. To wymaga, żeby ustalający słuchali wszystkich, żeby to nie były decyzje polityków w oparciu o ekspertyzy kilku profesorów, którzy są przywiązani do pewnych rozwiązań, tylko żeby to były decyzje w wyniku szerokich konsultacji środowiskowych, w których biorą udział praktycy z różnych sektorów. Bo nie wiemy, która z tych technologii w przyszłości się rozwinie.

Redakcja reo.pl

fot. Jeremi Mordasewicz, (fot.: mat. prasowe)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here