Ile pali na sto? Cena kłamstw w promocji samochodów


Od początku września b.r. wkrajach Unii Europejskiej wszystkie nowe modele aut spalinowych muszą być poddawanenowemu rodzajowi testów: WLTP oraz RDE. Zastępują one dotychczasowy NEDC, nabazie wyników którego firmy motoryzacyjne stosowały czasem ogromne przekłamaniaw swoich materiałach promocyjnych w sprawie liczb litrów paliwa spalanych na100 km. Z jednej strony ukrócenie tych praktyk może wydawać się nie na rękęproducentom, z drugiej jednak informacja o realnych kosztach (finansowych iekologicznych) zakupu paliwa, to ważny argument by nie porzucać zbyt pochopniebenzyniaków i diesli w rodzącej się erze elektromobilności. Przekręt na dużowiększą skalę  od Afery Volkswagenaprzyjmujemy do wiadomości spokojniej, bo zamiast oficjalnej wiadomości oproblemie informuje się nas o jego rozwiązaniu.


Zanimzrealizują się marzenia/oczekiwania związane z rynkiem pełnym dostępnych iniedrogich pojazdów elektrycznych, a potrwać to może – zwłaszcza w tego typukrajach, jak Polska – jeszcze sporo; przyjrzyjmy się jak wyzwaniom XXI wiekustawia czoła „stara motoryzacja”. Tym bardziej, że w większości przypadkówprodukcją aut bez baków zajmować się będą dotychczas funkcjonujące koncerny.Spowoduje to określenie przez nie same agendy wymiany jednych na drugie, w myślsłynnych słów Marka Twaina świetnie pasujących do sytuacji benzyniaków idiesli: „pogłoska o mojej śmierci była mocno przesadzona”.

Myśląc o zakupie typowego samochodu w pierwszej kolejności obok wyglądu, ceny,ewentualnie rocznika i liczby przejechanych kilometrów, interesuje nasinformacja na temat ilości spalanego paliwa. No właśnie, informacja… Czy toją otrzymujemy na pewno? Nieraz sam wóz pokazuje nam na wskaźniku, że wporównaniu do wartości obiecywanej przez tę samą firmę w folderach pojawia się widocznaróżnica. Jeszcze większe dysproporcje pojawiają się przy konfrontacji wersjiproducenta z praktyką. Po jakimś czasie dobrze wiemy ile paliwa musimy kupićjadąc w trasę. Czyli ile nam pali realnie na sto, dwieście czy ilekolwiekkilometrów.

Czymamy prawo oskarżać  fabryki samochodoweo bezczelne łgarstwa w celu zachęty do kupna właśnie ich produktów?Niewątpliwie przed ujawnioną w 2015 roku Aferą Volkswagena polegającą namanipulacji wynikami pomiarów emisji  zukładu oddechowego nie mielibyśmy podstaw, oraz odwagi do tak daleko idącychuogólnień. Skoro jednak wyszło na jaw, że w przemyśle motoryzacyjnym od latodbywało się „podkręcanie liczników” należy zrozumieć klientów, ze utracilisporą część swojego zaufania do fabryk samochodów.

A tymczasem… okazuje się, że być może niekonieczniesłusznie. To, że koncerny podawały dane o ich  pobożnych życzeniach, a niestanie  faktycznym, mogło i zapewne byłobyć podstawowym ale nie jedynym powodem rozczarowań kierowców. Drugi winny to…NEDC (New European Driving Cycle), czyli dotychczasowy system pomiarów spalania. Podwieloma względami okazał się on ułomny, a jednak przez lata służył doporównywania marek i modeli pod bardzo ważnym kątem – kosztu jazdy, w mieście i„na trasie” oraz emisji szkodliwych substancji. Nie wdając się w szczegółymożna stwierdzić, że błędy pomiaru brały się z rozbieżności między teorią apraktyką: testowanie brało pod uwagę jako modelowego kierowcę… kujona z kursówprawa jazdy. Nie przekraczającego dozwolonej prędkości, a bardzo powolutku jąrozwijającego, nie wiedzącego co to ostre hamowanie. W dodatku jako średniątemperaturę w czasie testów potraktowano zakres 20-30 stopni Celsjusza, podczasgdy średnia europejska jest znacznie bliższa 10 stopniom. Doszło do tego, że w2015 roku różnicaw wartościach osiąganych w cyklu NEDC i w prawdziwym ruchu potrafiła wynieść aż40 procent!

Ten rodzaj przeprowadzania testów rodem z ubiegłego stulecia przechodzi dohistorii. Teraz zastąpią go dwa rzeczywiście, a nie nominalnie, nowe.  Cykl testów WLTP (World Harmonized Light Wehicle TestProcedure) stworzono z myślą o dostosowaniu do realnych warunków i zwyczajówjazdy kierowców. Nastąpiło w nim także odniesienie się do wpływu warunkówpogodowych , dodatkowego wyposażenia wozu i różnych wersjisilnika. Prognozowaniespalania w cyklu testów WLTP przewiduje laboratoryjne testy różnych wariantówdanego modelu marki.  Wyniki nie będą jużuśredniane, lecz podawane w formie przedziału w zależności od stopniaekonomiczności. Jest więc nadzieja, że użytkownicy nie będą już odnosićwrażenia, że wytrzaśnięte zostały z podsufitki.  Ideaknie rzeczywistości oddawaćjednak nie będą, bo zostało parę błędów pomiaru, których nie udało sięwyeliminować w stosunku do cyklu dotychczasowego. Pierwszy to nieuwzględnienieróżnic w terenach górzystych (w tym dotyczy to oczywiście i jazd w dół), drugi– dość naiwne podejście, że osobie prowadzącej pojazd w mieście trzeba aż 15sekund do „rozpędzenia” go do prędkości 50 km/h.

O ile dotychczas pomiary zużycia paliwa iszkodliwości dla środowiska zawierały się w jednym i tym samym cykluprzeprowadzanym w warunkach nieco teoretycznych, o tyle obecnie są to dwarodzaje testów, przy czym ten ekologiczny odbywa się nie w zaciszachlaboratoriów, ale w czasie realnej jazdy. Tak (Real Driving Test) przedstawia Tomasz Budzik,  autor rubryki autokult w portalu wp.pl

– Test RDE nie zastąpischarakteryzowanych wcześniej badań laboratoryjnych. Jego zadaniem jestuzupełnianie ich –  przede wszystkim w kwestii emisji NOx. Badanie przeprowadzane jest w rzeczywistym ruchu, naulicach. Testowany samochód wyposażany jest w zamontowane nazewnątrz karoserii urządzenie, które bada wydostające się z rury wydechowejspaliny. W ten sposób w przyszłości będzie sprawdzane to, czy laboratoryjnytest WLTP jest adekwatny do prawdziwego trybu użytkowania samochodów.

Agenda wprowadzenia zmiany jest już w toku. Zgodnie z unijnymiprzepisami od kilku dni, z początkiemwrześnia  wszystkie nowe modelesamochodów muszą przechodzić już nowe testy WLTP i RDE. Od 1 stycznia przyszłego roku na producentównarzucony zostaje obowiązek  umieszczania w folderach, informacjach prasowych ireklamach tylko danych uzyskanych z nowych testów. Od 1 września 2019 rokuwszystkie schodzące z taśm fabrycznych samochody bezwzglądu na to od kiedy dany model  jeździpo drogach – będą musiały być ekologiczne. Wyniki zunifikowanych testów wczęści dotyczącej pomiarów emisji nie będą więc już tylko li-tylko ciekawostkąale wytycznymi dla producentów nie pozwalającymi na powtórkę z afery z 2015roku. 

Nakoniec analogia. Sprawa cykli testowych samochodów i prawdy o nich a przedewszystkim o ich wynikach,  która ujrzaławreszcie światło dzienne, przypomina… przypadek hamburgerów z McDonald’s.Konsumpcja ich „od zawsze” była masowa, niemniej  ludzie zdawali sobie sprawę, że mimo iż pyszne,to być może powodują tycie zaś ich cena świadczy że coś za coś i zbyt zdrowe poprostu być nie mogą. Jaka jest prawda dobrze wiedziała firma, lecz danezamiatała pod dywan. Tak jak dla motoryzacji przełomem były wydarzenia związanez ujawnieniem grzechów Volkswagena (jak się później okazało nie tylko), tak dlaprzemysłu  junk foodów wejście na ekranydemaskatorskiego filmu Super Size Me. Sieć miała przed sobą 3 drogi – udawaćgłupich i starać się zachować status quo, w poczuciu demaskacji zamknąć interesna dobre, oraz zmierzyć się z prawdą. I tak – w dużej mierze –  się stało. Na serwetkach podawanych na tacachzaczęto drukować liczbę kalorii dla poszczególnych dań oraz dokładne listyskładników. Następnym krokiem było wprowadzenie sałat, wyboru pieczywa itd.Mimo, że niczym elektryczne samochody, wkroczyło nowe, lepsze i zdrowsze, czylikonkurencyjne bary z prawdziwymi burgerami to amerykański koncern – dzięki  zupełnej zmianie podejścia  -przetrwał. Współistnieniena rynku z konkurencją nie jest , przy jego skali, żadnym problemem.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzięki nowemu podejściu do politykiinformacyjnej koncernów motoryzacyjnych wobec klientów, odbudują one jeszcze„rzutem na taśmę” zaufanie klientów, zapewniając modelom spalinowym przedłużonyokres „wygaszania”. Wszak poza względami ekologicznymi i urażoną dumąoszukiwanych kierowców jest jeszcze coś co łączy „zwykłe auta” i „zwykłehamburgery” z pojawiającymi się tu i tam „elektrykami” oraz „burgerami z 100%wołowiny”. To cena.

 

Paweł Sito / REO.pl

fot. pixabay

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here