Monika Kilian: Idzie nowe

Wiosna przynosi przebiśniegi i czekoladowe jajka.

Marzec na wsi w górach, to zawsze był garniec – im dalej odgrzebuję ten czas w pamięci, tym bardziej czuję i widzę zmianę klimatu, która następuje szczególnie w ostatnich latach. Lata 90. – to śnieżne i mroźne długie zimy – w marcu śnieg zalegał na polach i łąkach, a i w kwietniu nie było w bieli dookoła nic szczególnego. Tylko słońce coraz niżej i dłuższy dzień przynosiły nadzieję na przyjście wiosny, której pierwszym zwiastunem były maleńkie urocze przebiśniegi i bardziej okazałe uśmiechające się do człowieka śnieżyce. Praktycznie można je było spotkać w każdym przydomowym ogródku, rosnące w kępkach – w każdym z domów, w których mieszkałam przenosiłam sobie takie kępki pod kuchenne okno, dla uciechy oka i pociechy dla ducha.

Życie na wsi było codzienną obserwacją przyrody. Jedną z największych przyjemności było dla mnie zauważanie dzień po dniu kolejnych zwiastunów budzącego się życia – każda roślina, każde drzewo miało swój czas wypuszczania pierwszych listków, pączków, kwiatów. Pamiętam rytualne wręcz zaglądanie do krokusów, czy otworzyły już główki przynosząc pierwsze kolory. Zaraz potem zmęczone zimą przestrzenie ozłacały radośnie słoneczne narcyzy i żonkile.

Zima szczerzyła jeszcze czasem kły i sypnęła śniegiem albo gradem, ale – choć nieśpiesznie – odchodziła na kilka miesięcy.

Święta Wielkanocne, zależnie od roku – w marcu lub kwietniu, miały różną aurę, ale przeważnie towarzyszył im śnieg – czasem roztapiający się, a czasem świeży puch. W gronie przyjaciół, o ile pogoda dopisywała, spędzaliśmy pierwszy dzień Świąt w plenerze, a jedną z głównych atrakcji dla naszych dzieci było szukanie czekoladowych jajeczek, żuczków i biedronek poukrywanych wcześniej przez nas w różnych zakamarkach – na krzakach, drzewach, skałkach czy w zaułkach ogrodu – jeśli spotykaliśmy się w domu. Zawsze zabawa ta odbywała się jednak na zewnątrz, gdzie dzieci biegały z koszyczkami i z piskiem uciechy zbierały słodkości. Tradycja ta powszechnie kultywowana jest od lat w Niemczech i stamtąd do nas przyszła. Jednym z naszych ulubionych miejsc do wielkanocnych spotkań był Czarny Kamień – punkt widokowy w Izerach. Tam czuło się przestrzeń i powiew świeżego wiosennego wiatru we włosach, a widok na panoramę gór radował serce.

W zimniejszych latach, kiedy aura była na tyle kapryśna, że spotykaliśmy się w domu,  spotkanie miało miejsce akurat u nas, rozpalaliśmy piec chlebowy i piekliśmy pizzę. Najlepsza wychodziła na drewnie z drzew owocowych – jabłoni czy czereśni. Wcześniej zwoziliśmy długie, cienkie gałęzie, a rozpałkę robiliśmy na zrębach świerkowych lub brzozowych. Piec mieliśmy duży, jeden z największych w okolicy – na jeden wsad mieściło się spokojnie 25 foremek. Przed wojną, za Niemców, w tym piecu wypiekany był chleb dla całej wsi. My – nowi gospodarze, dość świeżo po kupnie domu inaugurację wypieku zrobiliśmy z okazji ślubu, co było dość humorystyczne, bo pierwszy raz, nie mając o tym pojęcia, rozgrzaliśmy ten piec tak, że wszystkie włożone do niego ciasta upiekły się w kwadrans i spaliły od góry… Nie było już czasu na nic więcej niż uratowanie tych rarytasów, więc siedziałyśmy z dziewczynami i tarłyśmy spaleniznę na tarkach, a potem zatuszowałyśmy sprawę polewą czekoladową oraz lukrem – wyszło pysznie. Pamiętam tę akcję do dziś, a i posłużyła nam za dobrą lekcję jak obchodzić się z piecem.

Wspominając Wielkanoc nie mogę zapomnieć o ważnym jej elemencie w naszym domu – strojeniu kuchni i pokoi gałązkami wierzby. Często sama robiłam też palmę, którą się święciło albo i nie… Ważne i super relaksujące było samo składanie kolorowych traw, zbóż i gałązek. Potem wedle tradycji taką palmę po roku paliło się w ogniu. Ostatnią zrobioną własnoręcznie jeszcze trzymam nie wiadomo po co w szafie na pawlaczu. Pisząc wyciągnęłam ją, zrobiłam zdjęcie i… postanowiłam spalić na działce – wszak idzie kolejna wiosna i kolejne nowe.

Powitanie wiosny w górach to wiele pięknych wspomnień – u nas marzanny przywoziliśmy na Stację w Wolimierzu, gdzie robiliśmy pochód przez wieś, a potem paliliśmy je w ogromnym ognichu oddając się tańcom-hulańcom i ogólnej radości. Tak przeganialiśmy zimę, która czasem nie chciała odejść i powracała – bywało, że i w kwietniu. Ale na parapetach albo w przydomowych szklarenkach kiełkowały już sadzonki pomidorów, papryki, ogórków i wszystkich dyniowatych, bo te rosły w naszych ogródkach najlepiej i przeważnie przynosiły duże plony. Zima szczerzyła jeszcze czasem kły i sypnęła śniegiem albo gradem, ale – choć nieśpiesznie – odchodziła na kilka miesięcy. Można było zdjąć z siebie kilka warstw ubrań, odłożyć czapki, szaliki i barchany, choć polarów nigdy się nie wynosiło na strych. W górach i naszym klimacie to podstawa garderoby całorocznej i wielofunkcyjnej, jak i kamizelka podbita futrem dla miłośników bardziej klasycznej odzieży gospodarskiej… Dla niektórych też gumofilce, mało doceniane, choć w istocie na wsi bardzo praktyczne, szczególnie w czasie wiosennych roztopów i jesiennego błocka.

Ogród i praca w nim to największa przyjemność jaka była mi dana – kto nie doświadczył porannej kawy o świcie patrząc na las i mgły nad łąkami oraz wypatrywania co nowego wykiełkowało wokół domu, ten nie wie jaka to zwykła i prosta radość. I zapach ziemi – każdego dnia i o każdej porze odmienny. Tęsknię za tym, ale w warszawskim ogródku już od tygodnia mam przebiśniegi i choć trwa jeszcze jeden podryg zimy z minusowymi temperaturami uśmiecham się, że znowu bliżej niż dalej, czyli wiosna za pasem! Niech przyniesie po prostu nadzieję… oddech i ciepło.

Radosnych Świąt Wielkanocnych i odrodzenia ducha dla Wszystkich 🙂