Hubert Bułgajewski: Być morze

Dzięki dużym obszarom chronionym ekosystem Bałtyku ma szansę się odrodzić

Morze Bałtyckie, dawniej pełne życia, powoli zmienia się w pustynię biologiczną. Wszystko z winy ludzi – od których teraz zależy, czy ta prognoza się spełni. 

Przełowiony Bałtyk

Intensywne połowy oraz postępujące globalne ocieplenie powodują, że liczebność wielu gatunków ryb zmniejsza się z roku na rok. Dziś rybołówstwo wygląda zupełnie inaczej niż kilkaset lat temu. Dawniej ludzie polegali na łasce i niełasce bogów, dziś polegają na technologii. Ryby odławiane są przez olbrzymie kutry (każdy ma po 50 metrów długości) – dwie płynące w parze jednostki ciągną przez morze gigantyczną sieć wielkości boiska do piłki nożnej. Na dodatek takie statki dysponują drogim, zaawansowanym technicznie sprzętem, który namierza całe ławice ryb. W sieć wpada więc wszystko, od dna do powierzchni morza, bardzo płytkiego zresztą. Duże statki niszczą też dno morskie, trałując je. Przez to wszystko znika środowisko życia nie tylko dla samego dorsza, ale i innych gatunków, również tych, którymi się żywi właśnie dorsz.

Dziś łowione w Bałtyku dorsze to cień dawnych ryb: chude, małe i nienadające się do dalszej obróbki.

Nie zapominajmy, że człowiek odławia ten gatunek na skalę przemysłową – pod tym względem możemy się równać z mającymi ekologię w głębokim poważaniu państwami Azji Południowej czy Afryki. Co nie mniej ważne, zbyt wysokie połowy sprawiają, że populacja nie jest w stanie się odradzać. Dziś łowione w Bałtyku dorsze to cień dawnych ryb: chude, małe i nienadające się do dalszej obróbki. Rybacy zarabiają więc coraz mniej. A na nasz stół rzadziej trafiają dorsze – i jeśli sytuacja się nie zmieni, to wkrótce będziemy musieli o nich zapomnieć.

ekosystem Bałtyku

Bałtycki dorsz (rycina), D. Marcus Elieser Bloch’s, ausübenden Arztes zu Berlin. Atlas, Wikimedia Commons
Szkodliwe rolnictwo

Bałtyk zamienia się w zielone, pełne szlamu, martwe bajoro. Przyczynił się do tego nasz niepohamowany apetyt na coraz większe plony na polach i mięso na talerzach. Intensywna produkcja rolna wymaga nawozów. Masowo stosowane przez rolników preparaty azotowe i fosforowe (powodujące szybszy i bujniejszy wzrost roślin), podobnie jak gnojowica z hodowli świń, spływają rzekami do Bałtyku. To powoduje, że kwitną w nim glony, a woda się odtlenia, co skutkuje powstawaniem beztlenowych stref śmierci. W ostatnim czasie obszar ich występowania zwiększył się z 5 tys. km2 do aż 60 tys.! Dno Bałtyku prawie już nie nadaje się do życia, bo znajduje się w nim 7 z 10 największych stref beztlenowych na świecie. Głębiny morza to nie tylko martwe dno, lecz także wielkie beztlenowe masy wody ponad nim. Dorsze tracą tym samym przestrzeń do rozrodu.

Tracimy podwodne łąki, doskonale za to mają się glony i trujące sinice.

Ale i u brzegów warunki są trudne. Na głębokości 6-12 metrów woda przestaje być wystarczająco przezroczysta dla roślin. Skutek? Tracimy podwodne łąki, wyginął morszczyn, dogorywa widlik. Jak wspomniałem, doskonale za to mają się glony i trujące sinice. Kiedy nadchodzi sezon ich kwitnienia, woda miejscami przypomina zielony kisiel, który biolodzy nazywają obrazowo zupą szczawiową. I jak na ironię, stwarza to problem nie tylko dla ryb i innych morskich form życia, lecz także dla ludzi. Do Bałtyku, gdy kwitną sinice, lepiej nie wchodzić. Każdy kontakt z taką wodą może powodować podrażnienie skóry, a jeśli przypadkowo się jej napijemy w trakcie pływania, nasza wątroba może ulec zatruciu, a nawet uszkodzeniu.

Globalne ocieplenie pogarsza sytuację

Sytuację pogarszają ponadto rosnące temperatury mórz i oceanów. Dorsz zasiedla obecnie wody m.in. arktycznego Morza Barentsa, które jeszcze 50 lat temu było pokryte lodem. Z powodu zmiany klimatu rośnie temperatura Bałtyku (w tym roku jest on wyjątkowo ciepły). W reakcji na to dorsze – ryby preferujące chłodne wody – migrują na północ. Osobniki, które zostają, nie mają już pożywienia, bo pozostałe jeszcze ławice szprota przesunęły się na północny Bałtyk, w okolice Estonii i Zatoki Fińskiej, gdzie woda wciąż pozostaje w miarę chłodna.

W wyższej temperaturze spada też natlenienie wody. W cieplejszej wodzie ponadto podnosi się temperatura ciała zwierząt zmiennocieplnych, a tym samym wzrasta u nich tempo reakcji biochemicznych i metabolizm. Skutkuje to podwyższonym zapotrzebowaniem na tlen – tym większym, im większe są ich ciała. Prognozy mówią o 29-procentowym wzroście zapotrzebowania zwierząt na tlen w przypadku ocieplenia o 2 stopnie Celsjusza. W przypadku 3 stopni to 50%. Oznacza to szybsze zużywanie zapasów tlenu w coraz bardziej ubogim w niego oceanie czy właśnie morzu.


Niedawno mogliśmy się dowiedzieć o kilku przypadkach zabijania fok. Podejrzenie pada na rybaków, bo działania na rzecz ochrony tych zwierząt często są kontestowane właśnie przez rybaków. Postrzegają oni ochronę fok jako ograniczenia dla swojej działalności, a same zwierzęta jako konkurencję w połowach ryb – których w Bałtyku zostało już niewiele.


 

Bałtyk da się jeszcze uratować

O ile skutki globalnego ocieplenia dość trudno będzie powstrzymać, to inne działania mające na celu ochronę Morza Bałtyckiego powinno się wdrożyć bez większych problemów. Potrzebne jest radykalne ograniczenie połowów dorszy (a także mniejszych ryb, którymi te pierwsze się żywią), a w zasadzie wszystkich ryb. O co apelują nawet polscy rybacy.
Oczywiście wprowadzone prawo należy faktycznie egzekwować. Trzeba też stworzyć duże morskie obszary chronione. W takiej sytuacji ekosystem Bałtyku ma szansę powrócić – przynajmniej w jakimś stopniu – do dawnej świetności.


Źródło

Hubert Bułgajewski
Publicysta REO. Wcześniej portali: naukaoklimacie.pl oraz ziemianarozdrozu.pl Ekspert ds. zmian klimatu. Autor bloga Arktyczny Lód.