📻 Grzegorz Cydejko: Wojna potomstwa wyklętych w trampkach

Stan naszej armii, wydrążonej z doświadczonych dowódców i niedozbrojonej, budzi zgrozę

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na podcaście. Czyta Bożena Sitek.



Nie mówcie mi, że wojnę wygrywa się tonami mięsa armatniego wcielonego do pospolitego ruszenia. Nie wygrywa się jej też najnowocześniejszą bronią, jeśli nie ma się znaczenia gospodarczego, sojuszników, sympatii narodów i tego, o czym uczył nas już Napoleon – pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.

Polski resort obrony unieważnił kolejny proces zakupu śmigłowców dla wojsk specjalnych. Niby nic nowego. Nie był w stanie kupić ani okrętów, ani broni przeciwlotniczej, ani przeciwrakietowej. Nawet hełmów i mundurów nie kupił na czas, więc żołnierze paradowali na międzynarodowych manewrach w cywilnych pepegach. Nie dziwi zupełnie, że władza kłamliwie rozgłasza po świecie, że wydaje na obronę aż 2% dochodu narodowego. Nic takiemu rządowi udać się nie może, bo wydać pieniądze trzeba umieć. Nasza władza umie, ale głównie na apanaże, limuzyny i samoloty dla siebie. A na potrzebne wojsku uzbrojenie już nie.

Co innego mnie dziwi w deklaracjach rządzących – to mianowicie, że stale przebija z nich wiara w wojnę starego typu. Taką na karabiny i czołgi. No i że tego typu wojnę Polska jest w stanie prowadzić z nawet tak wielką armią jak rosyjska. A tylko od liczby pocisków wystrzelonych z armat i zdolności do posyłania pod ogień wrogich armat tysięcy Polaków zależy, czy Rosja zdecyduje się na agresję wobec Polski, czy powstrzyma swoje rakiety, samoloty i czołgi w miejscach rozlokowania. Jeśli już obóz władzy liczy na coś jeszcze, to na dobrą wolę i chęć wzięcia udziału w wojnie Amerykanów. Ma nawet ofertę dwóch  miliardów złotych na stałą bazę ich wojsk. Z zachwytem przyjmuje nieliczne głosy suflujące mu tę strategię, choćby ostatnio w wywiadzie dla Polska the Times wyrażony przez amerykańskiego politologa George’a Friedmana.

Tymczasem władza nasza lekceważy inne kraje Sojuszu Atlantyckiego, może z wyjątkiem Wielkiej Brytanii. Co gorsza, rujnuje inne składowe bezpieczeństwa, jak współpraca, więzi polityczne, gospodarcze, ideowe, a wreszcie i sympatię społeczeństw, która potrafi zmusić do działania nawet najbardziej wyrachowanych polityków.

Zgrozę budzi stan naszej armii, wydrążonej z doświadczonych dowódców i niedozbrojonej. A czynniki polityczne ważą dziś więcej niż najnowocześniejsza nawet broń. Polska, reprezentowana przez obecną władzę, postanowiła tymczasem odciąć się od tradycji liberalnej demokracji i radośnie wdraża wizję przywództwa oraz podporządkowania wszystkich organów administracji i władz jednemu liderowi. Tudzież jego nominatom. Rządzący udają, że dziwi ich narastająca nieufność do takiego kraju wszystkich liczących się partnerów. Wolą kreować wrogów tam, gdzie ich nie ma. Próba wymanewrowania Komisji, Parlamentu i Rady Europejskiej, wzywających do przywrócenia standardu niezawisłości sędziowskiej i niezależności władzy sądowniczej, jest tyleż żałosna, co groźna. Pozbawia nas sojuszników nie mniej ważnych od Stanów Zjednoczonych.

Jak po kaczce spływają wezwania, by rząd nasz wszedł na drogę integracji walutowej z Unią Walutową i Gospodarczą. Właśnie wkroczyła na nią Bułgaria. Może liczyć nie tylko na dodatkowe fundusze przeznaczone na przygotowania do pełnego wykorzystania wspólnej europejskiej waluty, lecz także – w razie agresji na swoje terytorium – na praktycznie nieograniczone finansowanie wydatków związanych z ewentualnym konfliktem zbrojnym. Może liczyć na sympatię i chęć pomocy ze strony krajów wspólnoty europejskiej. Nie nazywa Brukseli okupantem, a Niemiec agresorem. Nie uczy Francuzów jeść widelcem. Nie wylicza, jak to zrobił pan premier Morawiecki, ile to Zachód wywozi z Polski pieniędzy, a jak mało jej daje na rozwój.

Co gorsza, rząd nasz doprowadził do sytuacji, w której biznesmeni trzy razy podrapią się w głowę, zanim zdecydują się na działalność w Polsce.

Inwestycje zagraniczne, co niespotykanie od lat – spadają. Każdy wie, że tylko mocne związanie naszych i partnerskich interesów gospodarczych chroni przed sytuacją, gdy znowu usłyszymy, jak to nie opłaca się ginąć za korytarz suwalski, w którym przecież żaden nasz potencjalny sojusznik nie ma swoich interesów. Każdy spadek zainteresowania gospodarczego Polską to wzrost zagrożenia agresją militarną. Powinien to wiedzieć każdy, nawet głupi.

Wreszcie – zwykła ludzka sympatia.

Czy możemy na nią liczyć, kiedy wzorcem Polaka patrioty czyni się zamaskowanego osiłka z orłem na torsie, wykrzykującego hasła typu Polska dla Polaków. Bijącego lub choćby plującego na ludzi o innym kolorze skóry czy posługujących się innym niż on językiem? Kto będzie zwyczajnie choćby lubił naród, który chce go rechrystianizować? Który chce wyłapywać i wsadzać do więzienia każdego, komu przytrafi się wiedza o udziale Polaków w mordach na swych żydowskich współobywatelach? Nawet Amerykanom nie mieści to się w głowie. Donald Trump ominie nawet windę, przy której mógłby się z nim sfotografować prezydent narodu przekonywanego przez władzę, że jest nieskalanym zbiorowym wcieleniem Mesjasza zrodzonym z Żołnierzy Wyklętych.

I ja z zainteresowaniem rozmawiałem i czytałem książki George’a Friedmana. Nie kupuję jego przekonania o tym, że Rosja im słabsza, tym agresywniejsza. Nie sądzę, by Polska wraz z Turcją były szczególnie predestynowane do roli mocarstw regionalnych, ustawiających narody Europy Środkowej pod swoje dyktando. Zgadzam się, że motywy ludzi od tysiącleci pozostają te same i dlatego do wojen dochodzić będzie.

Potrzebujemy armii, sojuszy, sympatii, uznania, bogactwa, ale nie musimy konfliktować się z Niemcami, kiedy spodziewamy się ataku ze wschodu. Wręcz przeciwnie.

Niestety, mądry i sympatyczny dr Friedman, emigrant ze wschodnich Węgier do Ameryki, wciąż zbyt jest przejęty wspomnieniem dawnych wojen, kiedy to różnojęzyczne hordy i watahy zbrojne pustoszyły Europę. – Nie zabijaj mnie, weź sobie moje kurczaki – to zdanie w siedmiu językach miał wykute na pamięć jego ojciec, by być gotowym na przyjście kolejnych pogromów.

I ja wolę, byśmy mówili językami. Tymi, którymi posługują się inne narody, ale też tymi, którymi posługuje się międzynarodowa dyplomacja – językiem współczesnej administracji, prawa międzynarodowego, językiem technologii, nauk wszelkich, a nie tylko językiem armat i mesjanistycznej ofiary na ołtarzu zbawienia Europy. Wojna przyjdzie i tak. Bądźmy na nią gotowi.