Grzegorz Cydejko: Pot kleptokracji marzącej o arystokracji

Mechanika Żuromińskiego przepadki

Hejtowanie starej arystokracji, co to buchnęła 500000000+ za nieswoje obrazy, jest dość śmieszne. Większy problem mamy przecież z tymi, co tak się nadęli dumą i godnością, że przestali jasno widzieć. Ta łatwość, z jaką można im było wcisnąć kit o tym, że jak kupią w imieniu narodu coś odpowiednio drogo, to godności im i narodowi przybędzie. O niebo większy niż z arystokracją problem mamy z kleptokracją, która ma się za nową arystokrację, a nas ma za leszczy/pelikanów/owce/lemingów (niepotrzebne skreślić).

Weźmy inny przykład: pewna rodzinka wkręciła władzę w zakup Pałacu Kultury. Prawda czy fejk, faktem jest, że przy obecnym stanie prawa i jakości władzy – sytuacja bardzo prawdopodobna. Ktoś podniósłby rwetes, że jak to, spadkobiercy dawnych, dawnych właścicieli gruntu pod Pałacem wzięli kasę za coś, czego i tak nie mają? Inny narzekałby, że jak to, zabytek z czasów komuny ktoś sobie sprzedaje jak Zagłoba Niderlandy?

A ja znowu zwrócę uwagę na to, że głupcem jest nabywca, i to z nim mamy kłopot, jeśli dał się wkręcić na koszt naszych podatków, trwoniąc pieniądze. Prawdziwym problemem jest to, że obok realnych problemów z nierównościami, mamy jeszcze podproblem z kleptokracją, która wciąż domaga się więcej i więcej godności. Tymczasem mądry naród wie, komu i ile godności przyznać. Głupi zaś rozdaje godność jak leci, a tym, co głośniej krzyczą lub wyżej wleźli – daje godności jeszcze więcej. A potem ogląda tych niegodnych godności w akcji i sam, ten naród, wali się z liścia w czoło i pyta: Jak to możliwe, by taki ktoś miał nade mną władzę?

Tu musimy ustalić, jaka władza jest dziś najwynioślejsza. Myśli ktoś, że ta, którą daje wybór milionów wyborców. Prawda, ta władza jest mocno godna i wyniosła. A pomyślmy o tych, którzy mają ten sam do nas stosunek, co kiedyś wielkopaństwo do gminu. Takich jest znacznie więcej niż tych, którzy w imieniu suwerena mkną limuzynami władzy, roztrącając postronnych.

O, taki np. mechanik w piątkowe popołudnie. Przyjeżdża do awarii samochodu z przewodami do uruchamiania silnika, a kiedy okazuje się, że to nie ta usterka, mówi, że przyśle lawetę. Godzimy się na podwójną cenę (w końcu jak w Żurominie znaleźć inną autopomoc?) i czekamy cztery godziny. Z każdym nieodebranym przez mechanika telefonem zdajemy sobie coraz bardziej sprawę z tego, że ma nas za nic. W końcu znajdujemy lawetę w innym mieście powiatowym. Wniosek? Kleptokrata, który ma władzę jedynego w powiecie mechanika, może wszystko. Jemu się należy władza odmowy odbierania telefonów, uprawnienie do urwania kontaktu, prawo zapomnienia o kliencie, prawo do pogardy dla umów i kontraktów, a także szacunek dla niego, soli tej ziemi, małego i średniego przedsiębiorcy, godnemu dotacji, zniżek, ulg i poczwórnego głosu w wyborach (jeśli ma np. dwoje dzieci plus jedno w drodze).

Podobnie jest z hydraulikiem czy elektrykiem lub jakimkolwiek innym fachowcem. To on ma władzę jak pan majster z kabaretu Dudek (z Janem Kobuszewskim w tej nieśmiertelnej roli). Wielkopaństwo nie oznacza dziś prawa do wyniosłego żądania godności ze względu na posiadanie długiej galerii utytułowanych przodków. Wystarczy być zwykłym kleptokratą, by mieć się za arystokratę.

Do bycia kleptokratą nie trzeba zaś być nawet fachowcem. O kleptokratach we władzy już wspominałem, nie będę pastwił się nad panem Glińskim, panem Ziobrą, Kuchcińskim, innymi panami i paniami. Każdy widzi, że im bardziej żałosny typ i jego władza, tym większa wyniosłość i pycha. Intrygujące jest, że tak liczny potrafi być korpus niższych posługaczy władzy, tych wszystkich prezesów, członków rad, dyspozycyjnych prokuratorów i sędziów, p.o. dyrektorów, zastępców wiceczłonków, itd. itp. Tego są tysiące. Szczególnie pocieszni są ci nadęci prezesi i zarządcy rządowej gospodarki z wielkich i mniejszych spółek. Większość nie trwa na stołkach, zrzucana przez kapryśną rękę partii na tyle wcześnie, że jeszcze niczego nie zdołała się nauczyć, a już tym bardziej dokonać. A ja, i pewnie wielu z czytelniczek i czytelników REO, otrzymujemy wciąż informacje, jakie to wielkie mają plany, czego to nie zbudują, jak ochoczo włączą się w program rządu.

Hitem, jak dla mnie, jest świeżutkie doniesienie, że zbudują słupki do ładowania aut elektrycznych na stacjach benzynowych. Nie trzeba czytać poprzedniego zdania ponownie. Tak, chodzi o słupki. Takie o mocy 50 kW, co to ładuje przeciętne auto przez godziny całe. Podczas gdy wiadomo, że akurat większa moc i większa liczba punktów ładowania to warunek minimum, by arystokracja technologiczna jeżdżąca elektrycznymi autami w ogóle brała pod uwagę włączenie tego czy innego miejsca do planu podróży. Dziś bowiem ekwilibrystyka w znajdowaniu prądu do auta rzeczywiście podnosi ekskluzywność osób, które uparły się, że będą jeździć elektrykami.

I co? Jeśli nawet za rok stanie taki biedny słupek na stacji benzynowej, będzie jakaś lista kolejkowa i numerek do niego dla tych, co chcą w podróży spędzić upojne dwie godziny na ładowaniu swojego auta? Jeśli będzie, arystokracja technologiczna zetknie się z kleptokracją menedżerską, ale jeśli nie będzie listy kolejkowej i numerków, słupki będą ładować auta kleptokratów z okolic stacji, a nie tych, którzy podróżują na długich trasach. Śladu po kleptokratach z zarządów sieci stacji benzynowych już nie będzie. No, z wyjątkiem śladu na liście płac i nagród.

Czy dzięki tym sutym apanażom obecni wypełniacze rządowych limuzyn, ich partyjni nominaci i władcy rządowych spółek utworzą korpus nowej, tak pożądanej przez pana prezesa partii – arystokracji? Czy ta nowa arystokracja będzie kiedyś tak sprytna, że sprzeda kleptokratom zbiór dzieł sztuki albo Pałac Kultury? Kto wie. Jeśli zdrowy naród, ten pełen prawdziwych arystokratów pracy, ducha, myśli, sztuki, organizacji, wiedzy, technologii, celu, rozumu odrzuci nieudaczny koncept służby suwerenowi, zasługującemu za czy się stoi, czy się leży na godność, kleptokraci nie przejdą. A jeśli dziedzice starych tytułów i placów dopuszczą elity nowej władzy do rodów, ktoś, jak książę Fabrizio Salina, Lampart z pięknej powieści Lampedusy, powie tylko: Wiele musi się zmienić, by nie zmieniło się nic.