Piotr Wójcik: Gra nie dla klasy

Średniej.

Do klasy średniej należy 30% pracujących Polaków. Zarabiają oni między 4,5 a 11 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Podwyższanie podatków najzamożniejszym w żaden sposób nie dotknie tak zdefiniowanej klasy średniej, za to pomoże sfinansować potrzebne jej usługi publiczne.

Peter Temin w wydanej w zeszłym roku książce The Vanishing Middle Class (tłumacząc na polski Znikająca klasa średnia) twierdzi, że amerykańskie społeczeństwo podzieliło się na dwie części. Górne 20 procent, pracujące głównie w sektorze FTE (finanse, technologia, elektronika), żyje na bardzo wysokim i stabilnym poziomie. Dolne 80% regularnie musi martwić się o kwestie bytowe. Co ważniejsze, te światy coraz słabiej się przenikają. Górne 20% żyje w przeświadczeniu, że na podobnym poziomie funkcjonuje zdecydowana większość Amerykanów. Zatrudnieni w FTE spędzają czas ze sobą, jeżdżą w podobne miejsca na urlop i posyłają potomstwo do tych samych szkół średnich czy uczelni. Są więc święcie przekonani, że ich styl życia jest przeciętny. Że są zwyczajną amerykańską klasą średnią. Stanowiąca zdecydowaną większość dolna grupa zapewne by się z tym nie zgodziła.

Zaklinanie rzeczywistości
Podobnie jest w Polsce – górne 10% również dałyby głowę, że ich standard życia nie jest nad Wisłą niczym nadzwyczajnym. Przecież wszyscy moi znajomi żyją na podobnym poziomie, to jak może być inaczej? Górne 10% dominuje w debacie publicznej, narzucając jej swoje wzorce, więc ich styl życia uważany jest za typowy. W polskich nowelach telewizyjnych nawet bezrobotni żyją w mieszkaniach, o których większość naszych rodaków może tylko pomarzyć. Tak więc przeciętny przedstawiciel górnych 10% w powszechnym mniemaniu uchodzi za typowy okaz polskiej klasy średniej.

Gdyby to zjawisko ograniczało się do popkultury i telewizyjnych dyskusji, to byłoby jedynie denerwujące. Problem w tym, że coraz częściej widać jak na dłoni, że ten zafałszowany obraz polskiego społeczeństwa wpływa na polityki publiczne. Reformy, które miały szansę ucywilizować polski system podatkowy, uderzyłyby po kieszeni górnych kilka procent Polaków. Ci podnieśli więc rwetes głosząc, że chce się oskubać klasę średnią. To odniosło skutek – w końcu władzy trudno jest wytłumaczyć, dlaczego chce uderzyć w grupę, która uchodzi za zwykłych średniaków. Jednolity progresywny podatek dochodowy oraz likwidacja podatku liniowego dla przedsiębiorców odeszły więc do lamusa. Prawie ten sam los spotkał zniesienie górnej bariery składek ZUS, które zostało odłożone o rok. To tylko najnowsze przykłady tego, jak wypaczony obraz polskiej struktury społecznej wpływa na politykę. Należy więc stworzyć nową, jasną dla wszystkich i obiektywną definicję klasy średniej. Dzięki temu polska polityka zacznie wreszcie być prowadzona w interesie prawdziwych średniaków, a nie wyobrażonych.

Wadliwe teorie
Dominująca obecnie definicja klasy średniej skupia się na jej społecznych możliwościach. Idealnie przedstawił je Bohdan Wyżnikiewicz w archetypowym wręcz tekście Klasa średnia rośnie w Polsce w siłę dla Obserwatora Finansowego z 2015 roku. Z jego opisu wyłania się obraz człowieka należącego do ścisłej elity. Otóż przedstawiciel klasy średniej powinien tworzyć miejsca pracy, kreować wzorce zachowań, tworzyć oszczędności, aktywnie uczestniczyć w życiu publicznym, kształtować opinię publiczną i mieć wpływ na legislację. Tak wyśrubowanych standardów nie spełniłoby wielu reprezentantów klasy wyższej. Zresztą Wyżnikiewicz nie ukrywa, o kim myśli, mówiąc klasa średnia. Według niego w Polsce można do niej zaliczyć najzamożniejsze trzy miliony Polaków. Czyli górne osiem procent. Zasadne staje się zatem pytanie, czy definicja, według której do klasy średniej należy górne osiem procent społeczeństwa, nie jest aby wadliwa.

Zasadne staje się zatem pytanie, czy definicja, według której do klasy średniej należy górne osiem procent społeczeństwa, nie jest aby wadliwa.

Także inne definicje klasy średniej pojawiające się w Polsce pozostawiają wiele do życzenia. Często jej przedstawicieli określa się na podstawie stylu życia. Na przykład mieszkają na strzeżonych osiedlach i posyłają dzieci do prywatnych szkół. Problem w tym, że z tego opisu również wyłania się obraz najzamożniejszej warstwy. W tym przypadku ikonicznym tekstem jest opublikowany w tym roku w przez Dziennik Gazetę Prawną tekst Agnieszki Rybak Między stanami. Autorka jako przykład klasy średniej podaje małżeństwo, które postanawia zmienić mieszkanie i bez większych problemów kupuje duży apartament w centrum Warszawy, z widokiem na Stadion Narodowy.

Socjolog dr hab. Maciej Gdula w publikacji Krytyki Politycznej pt. Klasy w Polsce przywołuje koncepcję Pierre’a Bourdieu, który dzieli klasy na podstawie ich dyspozycji. Mianowicie klasę średnią cechuje nastawienie na porządek, samodyscyplina i aspirowanie. Są to tak niejasne i wieloznaczne kryteria, że trudno na ich podstawie tworzyć analizę struktury społeczeństwa. Jeszcze mniej użyteczna jest koncepcja, której wciąż wierna jest część socjalnej lewicy. Według niej klasy należy dzielić na podstawie dostępu do kapitału. Jeśli jesteś pracownikiem, nie należysz do klasy średniej, kropka. W ten sposób informatyk na etacie zarabiający kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie należy do klasy robotniczej, a właściciel małej firmy z dochodem pięć tysięcy, zatrudniający dwóch pracowników, jest kapitalistą. Ta koncepcja sprawdzała się może w XIX wieku, ale w XXI już ani trochę.

Dochód się liczy
Tymczasem w krajach Zachodu, które są przecież historycznym matecznikiem klasy średniej, określa się ją w dużo prostszy i bardziej użyteczny sposób. Mianowicie na podstawie osiąganych dochodów. Przecież to poziom dochodu określa w dużym stopniu nasz styl życia czy role społeczne. Na przykład Niemiecki Instytut Gospodarczy (DIW) w niedawnej analizie niemieckiej klasy średniej definiował ją, jako osoby zarabiające między 70 a 150 procent średniej krajowej. Czołowe biuro statystyczne w USA, Pew Research Center, opublikowało raport Middle Class Fortunes in Western Europe, w którym zbadało wielkość klasy średniej w krajach Europy oraz dla porównania w USA na przestrzeni dwudziestu lat. W tym wypadku kryterium było jeszcze bardziej otwarte, gdyż do klasy średniej kwalifikowały się gospodarstwa domowe o dochodzie rozporządzalnym między 66 a 200 procent mediany. Wiele z tych gospodarstw nie załapałoby się do klasy średniej według polskich kryteriów. Według Pew Research Center do klasy średniej kwalifikuje się 80% gospodarstw domowych w Danii, 72% w Niemczech i 59% w USA. A to i tak oznacza, że jej rozmiar w większości krajów Europy wyraźnie się zmniejszył. Gdyby analitycy PRC dowiedzieli się, że według polskiej definicji do klasy średniej kwalifikuje się 8% społeczeństwa, to solidnie puknęliby się w czoło.

Definiowanie klasy średniej na podstawie zarobków nie jest może tak górnolotne jak socjologiczne koncepcje, ale ma niezaprzeczalną przewagę. Jest zrozumiałe, przejrzyste i obiektywne. Dzięki przyjęciu kryterium dochodowego klasa średnia, która powinna być fundamentem demokracji, zostaje w miarę precyzyjnie określona. Dzięki czemu będziemy znać potrzeby osób, którym służą polityki publiczne. Polska jest na niższym poziomie rozwoju niż kraje Europy Zachodniej – obecnie osiągnęliśmy PKB na głowę na poziomie 70% średniej unijnej. Dlatego nie możemy przyjąć tak liberalnych założeń, jak zrobiły to DIW i PRC.

Zdefiniowanie klasy średniej na podstawie przychodów 4,5-11 tys. zł brutto oznaczałoby, że planowane reformy podatkowe okrzyknięte jako zagrożenie klasy średniej wyraźnie odczułyby jedynie osoby zarabiające więcej.

Najbardziej odpowiedni wydaje się poziom między 100 a 250 procent średniej krajowej. Oznaczałoby to, że do klasy średniej kwalifikowaliby się pracownicy zarabiający w 2016 roku między 4347 a 10868 zł brutto miesięcznie, czyli 30% zatrudnionych. Nad nimi byłaby jeszcze 4% klasa wyższa. Oczywiście do tych danych należałoby jeszcze dodać osoby zarabiające w inny sposób. Jednak jest ich zdecydowana mniejszość, więc nie zmieniłoby to w sposób istotny obrazu wyliczeń. Zdefiniowanie klasy średniej w przedziale między 4,5 tys. a 11 tys. zł brutto oznaczałoby, że reformy podatkowe okrzyknięte jako zagrożenie klasy średniej – jednolity progresywny PIT czy zniesienie limitu składek ZUS – niemal nie dotknęłyby średniaków. Wyraźnie odczułyby je dopiero osoby zarabiające powyżej 11 tys. zł.

Jak wspierać średniaków
Twierdzenie, że klasa średnia jest niezbędnym fundamentem stabilnej demokracji, nie budzi większych kontrowersji. Oczywiście nieprawdą jest, że silna klasa średnia będzie stanowić tamę dla ugrupowań szowinistycznych. Krzywdzące stereotypy są równie popularne wśród reprezentantów klasy średniej i nie są oni ani bardziej otwarci, ani tolerancyjni. Jednak silna klasa średnia może zadbać o to, żeby państwo utrzymywało podstawowe standardy. Stanowią ją ludzie na tyle majętni, by mieć wiele do stracenia, a z drugiej strony nie na tyle majętni, by móc się po prostu wyprowadzić, jak kosmopolityczna klasa wyższa.

Jednak by spełnić swą rolę, klasa średnia musi być odpowiednio szeroka i zmobilizowana. Zasilanie jej szeregów musi się odbyć przez zmniejszanie nierówności – w krajach o niskim rozwarstwieniu jest ona najmocniejsza. Należy więc zmniejszać opodatkowanie osób mniej zarabiających, które do niej dopiero aspirują, lecz kosztem wyższych obciążeń tych, którzy należą już do wyższej klasy średniej lub klasy wyższej.

Średniacy będą bardziej zmobilizowani, gdy będą mieli więcej czasu wolnego i energii. Odciążyć mogą ich usługi publiczne, szczególne opiekuńcze (nad dziećmi i nad seniorami), jednak by je sfinansować potrzebne są środki budżetowe. A te również najlepiej ściągać z górnych 5%. Tak więc przeciwnicy podwyższania obciążeń dla najlepiej zarabiających wcale nie dbają o interes klasy średniej – wręcz przeciwnie, pośrednio utrudniają jej okrzepnięcie.