WITOLD GOMBROWICZ przełamywał w światowej skali schematy myślowe i wyprzedzał epokę. To nasz!

Gombrowicz wyprzedził nie tylko swoją epokę, następną też

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.

 



To zapewne jeden z najwybitniejszych prawie noblistów w historii tej nagrody. Jej brak świadczy bardziej o jurorach niż o nim. Pisał tak, jak często nie pisze się nawet dzisiaj. Ale świat sztuki zna takie przypadki – choćby (najsłynniejszy) brak Oscara za najlepszy film dla Obywatela Kane’a. O kim mowa? Oczywiście o Witoldzie Gombrowiczu, którego nienawidzili ani bogoojczyźniani konserwatyści, ani komunistyczne władze.

Największym rozczarowaniem, jakie oczekuje ludzkość w najbliższej przyszłości, będzie bankructwo filozofii kolektywnej, która ujmując jednostkę jako funkcję masy poddaje ją w rzeczywistości abstrakcjom, takim jak klasa społeczna, państwo, naród, rasa, a dopiero na trupach tych światopoglądów urodzi się trzecie widzenie człowieka: człowiek w związku z drugim, konkretnym człowiekiem, ja w związku z tobą i z nim.

Tak, wiem, że dokładnie tym samym cytatem rozpocząłem już jeden tekst dla REO, ale prawda jest taka, że patronuje on większości moich artykułów. Jak to jest, że w tekstach o XXI wieku tak często posługuję się poglądami kogoś, kto żył kilkadziesiąt lat wcześniej, i to przed rewolucją obyczajową, która przeorała nasze myślenie o człowieku i jego roli w społeczeństwie? Cytat ten pochodzi z Dziennika, a jego autorem jest Witold Gombrowicz – to on jako pierwszy przyszedł mi do głowy, gdy otrzymałem propozycję napisania o kimś, kogo uważam za wizjonera. O kimś z przeszłości, którego słowa sprawdziły się później praktycznie jeden do jednego. Zastrzegam przy tym, że nie jestem historykiem literatury lub filozofii, lecz socjologiem, i pod tym kątem oglądam poglądy Gombrowicza.

Zacznijmy od krótkiego przedstawienia tej jakże barwnej postaci. Otóż Gombrowicz żył w bardzo niespokojnych dla Polski i świata czasach, w latach 1904-1969. W 1927 r. został magistrem prawa, ale jak wiadomo, inny zawód był mu pisany. Pomimo że publikował już wcześniej, uznanie w polskich kręgach literackich zdobył dopiero w wieku 33 lat, a to za sprawą znanej chyba każdemu, kto ma za sobą liceum, powieści Ferdydurke. Obowiązki dziennikarskie sprawiły, że w chwili wybuchu II wojny światowej był w Argentynie – i tam zdecydował się pozostać na czas wojny. Do Europy wrócił w 1963 i zamieszkał w Berlinie Zachodnim, co wywołało wściekłość polskich władz (które wcześniej, w latach 1956-1958, pozwoliły drukować jego książki, czym zyskał sławę w kraju). To właśnie w latach 60. zdobył międzynarodowe uznanie i stał się znaną postacią w intelektualno-artystycznym światku Paryża tamtych czasów. Jak pisał o nim Konstant Jeleński: Ten szlagon sandomierski nie zdaje sobie sprawy, że jest w sztuce (w literaturze) odpowiednikiem ludzi szukających myśli jutra. W 1964 pisarz zamieszkał w Vence na południu Francji.

gombrowicz wyprzedził swoją epokę
Pamiątkowa tablica w gdyńskim porcie, fot. wikipedia commons

Swoją przygodę z Gombrowiczem większość z nas rozpoczyna od Ferdydurke. Myślę, że praktycznie cała ta powieść opowiada o jednej, jakże ważnej dla wielu młodych ludzi, szczególnie dzisiaj, kwestii. Zresztą nie tylko młodych, o czym dowiadujemy się z reklam, poradników pop-psychologicznych, magazynów mniej i bardziej poważnych, programów telewizyjnych i radiowych oraz oczywiście od prawdziwych psychologów (ale to niestety rzadziej). Mówi się o tym wszędzie. Otóż książka opowiada o słynnym dzisiaj byciu sobą, a w zasadzie o poszukiwaniach tego, czym owo bycie sobą miałoby być. O poszukiwaniach swojego prawdziwego ja.

Przypuszczam, że w czasach Gombrowicza temat ten nie był szczególnie popularny, więc już za samo poruszenie go pisarz ten ma prawo do statusu wizjonera i człowieka, który myślą wyprzedził swoją epokę. Choć muszę przyznać, iż dzisiejsza psychologia wyprzedziła Gombrowicza w tym, że ja należy poszukiwać w tym, co wewnątrz (emocjach, przeżyciach, myślach), a nie w tym, co zewnętrzne (sposobie zachowywania się, ubiorze, stylu bycia, roli społecznej). Czyli nie w Gombrowiczowskiej formie. Prawda, że ucieka się z formy wyłącznie w inną formę, ale wyłącznie jeżeli nie zagłębi się we własnym wnętrzu, jeśli nie ma się samoświadomości.

Współczesna psychologia uczy także, że istnieje jednak coś takiego jak autentyzm i spontaniczność.

Jednak ja zajmę się tematem bardziej socjologicznym, który został zawarty w tym krótkim, wypromowanym przez Marka Grechutę cytacie. Powstał on w latach 50., gdy chyba nikt nie spodziewał się tego, co się stanie w następnej dekadzie. W latach, w których rodził się bunt – pojawili się amerykańscy beatnicy – wkrótce zmarginalizowany. I chyba nikt, poza ludźmi pokroju naszego wizjonera, nie przypuszczał, że stanie się on inspiracją dla prawdziwej rewolucji, i to takiej w głowach, nie na ulicach.

Gombrowicz napisał jeszcze kilka powieści i dramatów, w tym słynny Trans-Atlantyk. W tym utworze w karykaturalny sposób przedstawia polskość w wersji bogoojczyźnianej i wydaje się, że nie tyle wyśmiewa samą tradycję romantyczną, ile wycierających sobie nią gęby. Pisze też o konflikcie tradycji z nowoczesnością (ojczyznasynczyzna), ale dostrzega wady i zalety obu światopoglądów.

Warto zaznaczyć, że

Gombrowicz cytatem, który umieściłem na początku, podważył całą sobie współczesną, oczywiście wielce naukową socjologię.

Dzisiejsi socjologowie raczej przyznaliby rację pisarzowi, a nie swoim poprzednikom. Otóż stawiam tezę, że w tej jakże krótkiej wypowiedzi Gombrowicz przewidział nastanie postmodernizmu (czasów daleko po rewolucji obyczajowej). Nie tylko następną fazę rozwoju społeczeństwa (czyli rewolucję), ale wręcz jeszcze następną. W pewnym sensie przewidział też nastanie w socjologii interakcjonizmu symbolicznego – następcy funkcjonalizmu strukturalnego, który to panował niepodzielnie za czasów Gombrowicza.

Streszczę, na czym polegała ta myśl socjologiczna i czym się różniła od idei naszego wizjonera. Otóż wierzono wtedy (chociaż uważano, że się to wie, a nie w to wierzy), że człowiek jest jedynie elementem wszechpotężnego i omnipotentnego systemu, determinującego prawie każde zachowanie jednostki. Tym systemem było społeczeństwo, ale nie takie, jakie znamy dzisiaj (zbiorowisko ludzi, których łączą jakieś relacje, wspólne interesy i podobieństwa), lecz zewnętrzne wobec jednostki. Gdzieś tam istniejące, niczym Bóg. Funkcjonaliści w ogóle brzmieli jak fanatycy religijni, z tym że Boga, któremu wszystko ma być podporządkowane, zamienili właśnie na owo społeczeństwo.

Uważali, że klasa społeczna, naród, rasa itd. istnieją obiektywnie i że sterują absolutnie każdym człowiekiem. Oczywiście każda rola społeczna miała jakiś zakres swobody, ale dotyczył on spraw pomniejszych – całe życie człowieka miało polegać na wypełnianiu oczekiwań owego społeczeństwa, a jak tego nie robił, wariował (bo rzekomo tak jest skonstruowany). Słowa o byciu sobą do dzisiaj wielu socjologów kwituje zdradzającym politowanie uśmiechem. Gombrowicz natomiast popełnił nie lada bluźnierstwo. Stwierdził, że wszystko to, co rzekomo steruje człowiekiem i określa jego byt, jest wyłącznie abstrakcją – istnieje wyłącznie w ludzkich głowach.

Miał rację. Po funkcjonalizmie nastało owo trzecie widzenie człowieka – człowiek w związku z drugim, konkretnym człowiekiem. Otóż socjologowie stwierdzili, że choć istnieje coś takiego jak społeczeństwo (role społeczne), nie jest ono wszechpotężnym bóstwem, które za pomocą niewidzialnych sznurków steruje ludźmi jak marionetkami, tylko że ludzie sami je ciągle tworzą, wchodząc ze sobą w relacje. Nazywa się to interakcjonizmem symbolicznym (jak sama nazwa wskazuje – kładzie on nacisk na interakcje). Owo

społeczeństwo, jakikolwiek porządek i podział ról, jest wynikiem tych interakcji, a nie ich przyczyną.

Obie strony (albo i więcej) są de facto panami sytuacji, a nie biernymi wykonawcami poleceń… tak naprawdę nie wiadomo czyich.

Roli kasjerki i roli klienta nie określa system, lecz owa kasjerka i klient. Można oczywiście dodać właściciela sieci sklepów, który organizuje szkolenie, jak należy się zachować w stosunku do klienta, ale on też jest stroną w tej relacji. Klient z kolei może złożyć skargę, jeżeli zachowanie ekspedientki mu się nie spodoba, a w interesie sklepu jest ją uwzględnić. Ludzie tworzą cały czas swoje role w relacjach społecznych, a nie wykonują polecenia tak naprawdę nie wiadomo kogo (bo czymże niby miałoby być owo omnipotentne społeczeństwo, jak fizycznie miałoby istnieć poza naszymi głowami?), jak zaprogramowane roboty.

Role kobiety i mężczyzny w związku niby też przez kulturę są określone – chociaż dzisiaj tych kultur jest wiele – ale tak naprawdę to od nich obojga zależy, jak będą wyglądały ich relacje w małżeństwie. To od nich zależy, czy przyjmą patriarchalny model związku (czy  inny, ewentualnie ich miks). Jednym zdaniem: role męża i żony wytworzą się w ich relacji. Z pewnością nie jest tak, że nie mają wpływu na to, co robią i działają pod przymusem społeczeństwa. Zwłaszcza że dzisiaj społeczeństwo każe różne rzeczy, często sprzeczne.

Tym jednak, co naprawdę można nazwać upadkiem filozofii kolektywnych oraz nastaniem trzeciego widzenia człowieka, jest postmodernizm. Który, de facto, w skrótowej formie Gombrowicz opisał w tym cytacie. I rację (oczywiście nie wprost) przyznał mu po latach jeden z najwybitniejszych na świecie socjologów Zygmunt Bauman. To on pisał o upadku szeregów, z których człowiek nie mógł się wychylać, a w których żył. To Bauman pisał, że tak naprawdę nikt w owych szeregach już swojego miejsca nie zna (bo ich nie ma), że nikt się już nie może schować za rolą społeczną, za miejscem w systemie.

Nie ma już jak uciec od siebie – trzeba być sobą, indywidualistą, co dla jednych jest zbawienie, dla innych katastrofą.

Widać to szczególnie w Polsce, gdzie wywodząca się z PRL-u wizja społeczeństwa jako czegoś uporządkowanego (kolektywnego, gdzie każdy zna swoje miejsce i nikt się nie wychyla – i nie chodzi tu o Solidarność) wciąż miesza się z nowym patrzeniem na społeczeństwo jako zbiór indywidualnych jednostek, które wchodzą ze sobą w interakcje. Ludzie wychowani do dostosowywania się, spełniania oczekiwań społecznych, rezygnacji z siebie na rzecz grupy społecznej czy innej zbiorowości teraz cierpią. Bo nie ma do czego się dostosować. Owe grupy i zbiorowości, które mają definiować człowieka i jego miejsce, zostały zgodnie z przewidywaniami Gombrowicza nazwane abstrakcjami.

Zresztą zawsze nimi były, tylko ludziom wydawało się inaczej. To oczywiście nie wyklucza na przykład idei patriotyzmu – uznania, że coś takiego jak naród polski istnieje. Oznacza tylko, że ów naród nie mówi nam, co mamy robić, że naród stanowią Polacy, a nie jakiś bliżej niezidentyfikowany system w postaci zbioru nakazów i zakazów. Sami o tym cały czas dyskutujemy, a temat Na czym dzisiaj polega bycie patriotą? przewija się wszędzie, zarówno w mediach, na forach, jak i w prywatnych rozmowach.

Ludzie, którzy nie potrafią być indywidualistami, którzy tęsknią do czasów, gdy coś określało, jacy mają być i kim są, dzisiaj nie tylko cierpią, ale chcą też zawrócić bieg historii. To w tym właśnie bym upatrywał np. zwycięstwa i poparcia dla PiS-u oraz wzrostu znaczenia ruchów skrajnie prawicowych w Europie, USA i nie tylko. Szczególnie że granica między zwycięstwami PiS a opozycji nie przebiega w poprzek zarobków, ale pomiędzy miastami a miasteczkami i wsiami. Nie chcę wikłać Gombrowicza w dzisiejsze spory, ale ruchy walczące z postmodernizmem oraz istnienie osób, którym nowy świat się nie spodoba, też przewidział. Ale o tym za chwilę.

 

1
2