G. Onichimowski: Jaka ustawa o OZE jest nam potrzebna?


Podstawowe pytanie, kiedy mówimy o ustawie o OZE, brzmi według mnie tak: czy OZE powinny być traktowane na zasadzie, na której na całym świecie traktuje się research & development, czy może jest już to normalny biznes, zestaw normalnych technologii, które oczywiście mają swoją charakterystykę i dlatego w aktualnym kształcie rynku energii nie do końca się mieszczą i trzeba im zapewnić trochę inne traktowanie, ale we wszystkich innych aspektach powinny być traktowane jako normalna część miksu energetycznego.

Myślę, że wystarczyłaby nam ustawa mówiąca o promocji energetyki odnawialnej czy też jej dostosowaniu do aktualnego kształtu rynku energetycznego na pewien okres czasu. Prędzej czy później żadne wsparcie – inne, niż to stosowane obecnie przy innych technologiach – nie będzie potrzebne. Bo często o tym zapominamy, ale wszystkie technologie są tak naprawdę w jakiś sposób wspierane. W przypadku OZE można jednak powiedzieć, że jest to nieco inny sposób podejścia do biznesu.

Trzeba myśleć o finansowaniu

Dzisiaj przecież nie ma elektrowni, również konwencjonalnej – przynajmniej w Polsce – która byłaby budowana na zasadzie project finance, bo rachunek ekonomiczny zawodzi. Bloki konwencjonalne powstają, dlatego że budują je duże grupy energetyczne, które biorą inwestycje w nie na tzw. bilans. Grupy te są na tyle duże, że pewien poziom zadłużenia, który jest potrzebny, by wybudować taką jednostkę, jest akceptowalny z punktu widzenia wielkości całego biznesu tej firmy.

W OZE tego się nie da zrobić. Jeśli chcemy dalej aktywizować małych i średnich inwestorów, musimy im zapewnić możliwość finansowania ich inwestycji. Teraz ich nie ma, ale tak długo, dopóki stare, obowiązujące jeszcze przepisy miały jeszcze jakąś perspektywę i nie mówiło się o gruntownej ich zmianie, możliwości finansowania były. Oczywiście pewnie już nie da się wrócić do tamtej sytuacji, bo za dużo szkody wokół OZE już zrobiono.

Czy OZE są nam potrzebne?

Być może zmiany w resorcie gospodarki będą okazją do jakiejś refleksji. Odrzućmy rozważania na temat wysokości współczynników, zastanówmy się nad rzeczami najważniejszymi: czy w ogóle w skali globalnej, a tak samo w skali Polski stać nas na porzucenie OZE i koncepcji energetyki realizowanej siłami „społecznymi” – bo za pieniądze obywateli, którzy inwestują w ten sektor, bo chcą na tym zrobić biznes – czy też nie? Moim zdaniem nie, bo będziemy globalnie ciągle się odbijać od wysokich cen energii, jak tylko zaczniemy się rozwijać, jako że dostęp do surowców jest coraz bardziej ograniczony.

Musimy zatem rozwijać energetykę odnawialną, ale trzeba postawić pytanie: czy robić to na zasadzie scentralizowanej, biurokratycznej, w oparciu o założenie, że energia nie jest towarem, czy na zasadzie rynkowej. Jeśli to ostatnie, wówczas energia odnawialna musi być obecna na rynku energetycznym, a w takiej sytuacji cena za megawatogodzinę powinna podlegać normalnym rynkowym czynnikom. Natomiast wsparcie w postaci np. zielonych certyfikatów powinno być dostosowane do aktualnej polityki energetycznej i z niej wynikać. Tymczasem nowa propozycja ustawy jest z takim myśleniem całkowicie sprzeczna – nie ma gwarancji przychodów z certyfikatów, a energia z kolei ma być jakby poza rynkiem. Nie muszę chyba dodawać, że ja zrobiłbym dokładnie odwrotnie – zaproponowałbym mechanizm ochrony wartości certyfikatu, ale jednocześnie samą energię poddał mechanizmom rynkowym.

OZE na rynku energii

Dlatego według mnie nie ma powodu, by nerwowo popychać kolanem projekt, który jest zły. Myślę, że warto się zastanowić najpierw nad filozofią systemu wsparcia.

Dla mnie ważne jest to, jak OZE wprowadzić na dobre na rynek energetyczny. To trudne zadanie. Nikt w Europie w 100 proc. z tym sobie jeszcze nie poradził. Wcale nie jestem zafascynowany np. niemieckimi rozwiązaniami – według mnie tamten rynek energetyczny został zepsuty. Niemcy wprowadzili regulację polegającą na tym, że nie producenci (otrzymujący swoją stałą cenę zagwarantowaną przez feed-in tariff), ale podmioty, które od nich energię odkupują, mają obowiązek wprowadzania energii na rynek, jednocześnie sami otrzymując różnicę między ceną zakupu energii a tym, co za tę energię dostaną na rynku. W związku z tym opłaca im się oferować tę energię na rynku po cenach jak najniższych. Przy bardzo wysokiej penetracji OZE na rynku niemieckim, która w dolinie nocnej sięga kilkudziesięciu procent, Niemcy zepsuli sobie całe cenotwórstwo. Duża część producentów, w niektórych godzinach nawet połowa, mówi, że może sprzedawać i za zero. Taki rynek to żaden rynek.

Przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki projekt ustawy proponuje też feed-in tariff, ale tylko w minimalnym stopniu, dotyczącym mikrogeneracji. Te rozwiązania oceniam dobrze, ale myślę, że warto zastanowić się nad tym, czy my jesteśmy gotowi, aby w ogóle wprowadzić takie rozwiązania. Czy np. firmy dystrybucyjne są dzisiaj od strony smart gridu i smart meteringu gotowe na to, żeby przejmować tak niewiarygodną ilość danych pomiarowych, które muszą wpływać do tej firmy, żeby zapewnić bezpieczeństwo systemu? Na dodatek musi to już być nie tylko odczyt zużycia ale i stały pomiar generacji – klient jest jednocześnie producentem! To jest wyzwanie, przed którym stoi teraz cały świat. Na rynku amerykańskim rozwija się teraz współzawodnictwo między tradycyjnymi firmami energetycznymi a firmami z branży telekomunikacyjnej i informatycznej. Te drugie potrafią już zarządzać ogromnymi ilościami danych, potrafią współpracować z klientem. Być może niedługo staną się bardzo ciekawą alternatywą i konkurencją dla firm z branży energetycznej.

 

Grzegorz Onichimowski

G. Onichimowski: Nie ma powodu, by nerwowo popychać kolanem projekt, który jest zły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here