📻 MIRO BIAŁY. Nie je, nie pije, a chodzi, a żyje

Ile trzeba chcieć od (i do) życia?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 



Zupełnym przypadkiem odkryłem w sobie pewne niezwykłe właściwości. Niepodobne do żadnych innych, o których kiedykolwiek słyszałem.

Po upadku z drabiny leżałem w szpitalu ze złamaną nogą i obolałą głową. Pacjentom przywożono wózkami śniadania, obiady i kolacje. Wystarczyło, że patrzyłem i czułem się nasycony. Nie miałem potrzeby jedzenia. Jednocześnie wiedziałem, że muszę jeść, by mieć energię.

Po kilku dniach wypisałem się na własną prośbę. Potem w domowej kuchni, z nogą w gipsie, kuśtykając niezdarnie, usiłowałem przyrządzić sobie coś do jedzenia. Nic nie byłem jednak w stanie przełknąć. Patrzyłem na salceson, pasztetową, jajka w majonezie i czułem się pełny. Karmiłem się widokiem pieczywa, mięsa i nabiału. W tym dziwnym procesie najbardziej zastanawiało mnie to, że – nie jedząc – nadal regularnie się wypróżniam.

Podobnie było z napojami. Nie piłem herbaty, którą piłem. Wysikiwałem sok, którego nie tknąłem. Dostawałem kofeinowego kopa po kawie, która pyrkotała w tygielku na kuchence.

Postanowiłem więc skończyć z zakupami w spożywczym. Zacząłem natomiast łakomie oglądać telewizyjne programy kulinarne. Syciły, ale ich wizualna konsumpcja nie sprawiała mi specjalnej przyjemności. Brakowało mi zapachu.

Minęło kilka tygodni. Zdjęto mi gips. Każdego dnia czułem, że staję się silniejszy i sprawniejszy. Podpierając się laską, pozwalałem sobie na coraz dłuższe spacery.

Od czasu do czasu odwiedzałem więc bary i restauracje, przekąsić wzrokiem coś na szybko. Siadałem przy stoliku i patrzyłem na ludzi, którzy zamawiali rozmaite dania: pieczone kurczaki z frytkami, kalmary smażone w delikatnej panierce, mule w białym winie, krewetki królewskie z patelni z dzikim czosnkiem i roszponką, foix gras z żurawiną czy comber sarni z garni z batatów. Po dłuższej obserwacji podawanych dań, nażarty jak wieprz, z trudem wstawałem od stołu i wychodziłem.

Nie mitrężyłem czasu. Nie traciłem go na przygotowanie posiłków, zmywanie naczyń, sprzątanie po wyżerce. Nie używałem talerzy, sztućców, garnków.

Zaoszczędzone w ten sposób godziny mogłem poświęcić wreszcie na moją pasję: pisanie. Rozwijałem swoje pisarskie umiejętności, publikowałem, aż wreszcie zainteresował się mną wydawca. Byłem dumny. Miałem w kieszeni lukratywny kontrakt z REO.pl. Zarabiałem na tyle dużo, że mogłem sobie pozwolić na egzotyczne podróże. Nigdy jednak nie zapominałem o zabraniu ze sobą podręcznej, ilustrowanej książki kucharskiej, by zaspokoić w razie czego głód. Dzięki temu mogłem zwiedzać odległe, bezludne miejsca.

Czułem się wyzwolony. Prawie niczego nie musiałem zdobywać, prawie niczego kupować. Swoje wrażenia z podróży opisywałem w felietonach i opowiadaniach.

W czasie jednej z wypraw poznałem kobietę o podobnych właściwościach jak moje. Często wzajemnie zapraszamy się na romantyczne kolacje do modnych, drogich restauracji. Zamawiamy, nie zamawiając. Jemy i pijemy, nie jedząc i nie pijąc. Taka dieta nam najwyraźniej służy, bo w ogóle się nie starzejemy.

A potem patrzymy na siebie, zjadając się nawzajem.



REO POLECA

📻 Krzysztof Garwatowski: Środki odchudzające – gruba ściema!